piątek, 31 stycznia 2014

Szopki 1922–1931 Pikadora i Cyrulika Warszawskiego

Kto z Was nie lubi kabaretów? Zakładam (być może błędnie - jeśli tak, to wyprowadźcie mnie z tego błędu), że prawdopodobnie każdemu z Was zdarzyło się jakiś skecz kabaretowy obejrzeć. Dawniej tą profesją parali się najczęściej poeci i o nich (oraz ich twórczości) będę dzisiaj mówić.

Tytułem wstępu należy zatem wyjaśnić, czym jest ów Pikador oraz Cyrulik Warszawski:
Pikador (znany również jako kawiarnia poetów "Pod Picadorem") to otwarty w listopadzie 1918 roku lokal w Warszawie (przy ulicy Nowy Świat 57). Tam po zainstalowaniu niezbyt dużej estrady odbywały się wieczory poetyckie. To w tym miejscu właśnie skamandryci rozpoczęli wieczorki, podczas których recytowano wiersze, parodie i rozmaite satyry. Potocznie uważa się, że tam właśnie skrystalizowała się grupa poetycka Skamander. Warto również zaznaczyć, że Kawiarnię Pod Picadorem uznaje się za pierwszy znak niepodległego życia (również literackiego) w ówczesnych zaborach. Dlaczego? Jej otwarcie nastąpiło niedługo po (kilkanaście dni) odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Więcej o takich klimatycznych miejscach możecie poczytać TU. Natomiast Cyrulik Warszawski był tygodnikiem literackim i satyrycznym wydawanym w latach 1926-1934 w Warszawie. Został założony przez poetów z grupy Skamander.

Dobra, wystarczy teorii. Zaraz mi tu w komentarzach napiszecie, że jakbyście chcieli wiedzieć więcej, to byście zerknęli do encyklopedii ;-) Ale musiałam tu nakreślić pewne tło, aby wszystko było zrozumiałe.

Tytułowe szopki są czymś na kształt literackiej zabawy satyrycznej. Ich siła tkwiła w zespole autorskim - co by nie mówić, byli to jedni z najbardziej błyskotliwych satyryków w naszym kraju. Ważne jest również to, że szopki dobierały się do postaci żywych, publicznych (początkowo ze świata kultury, później również polityki - można to przymierzyć poniekąd do dzisiejszej twórczości kabareciarzy). Co jeszcze otrzymywała publiczność we wspomnianej powyżej kawiarni? Ano sporą dawkę dobrego, inteligentnego humoru, z mnóstwem podtekstów do rozgryzienia (niektóre z nich są genialne!).

Poeci organizowali sobie coś na kształt roboczych spotkań, podczas których powstawały wspólne dzieła. Wzajemnie się poprawiali, szlifowali. Niestety należy zdawać sobie sprawę, że w część szopek ingerowała cenzura. Wiadomo - teksty, które ośmieszały ludzi polityki, nie były raczej mile widziane. Można jednak z czystym sumieniem powiedzieć, że były owe szopki krzywym zwierciadłem polskiej rzeczywistości (w tym dokonujących się przemian politycznych).

Co do samej zawartości książki "Szopki 1922–1931 Pikadora i Cyrulika Warszawskiego" to nawet nie będę próbowała jej streszczać, bo byłoby to podobne do porywania się z motyką na słońce.

W szopkach znajdziecie mnóstwo różnorodnych chwytów literackich. Wiele tam odwołań do literatury (na ogół znanej wszystkim, jeśli jest inaczej - wszelkie pomocne szczegóły zawarte są w przypisach) i nie tylko (piosenek, pieśni ludowych, żołnierskich, szlagierów, znanych powiedzeń czy kalamburów). Nie zabrakło również takiego zabiegu, jak stylizowanie się. Rozmaite trawestacje wzbogacają ich treść. Zaraz zaserwuję Wam tu króciutki cytat z Pierwszej Szopki Warszawskiej:

BEZTSROŃSKI
Kto ty jesteś?

KAKUSZYŃSKI:
Polak mały!

BEZSTROŃSKI
Jaki znak twój?

KAKUSZYŃSKI
Orzeł biały!

BEZSTROŃSKI
Gdzie ty żyjesz?

KAKUSZYŃSKI
W kraju polskim!

BEZSTROŃSKI
A z kim pijesz?

KAKUSZYŃSKI
Z Markiewiczem i Czajkowskim,
Z Kasprowiczem i Ostrowskim (...)
Z enzetelem, z enzeterem,
Z zecerem i etceterem.

BEZTSROŃSKI
Dobrze, że nie z Belwederem.
(s. 44-45)

Muszę przyznać, że książka jest dopracowana. Są w niej wyjaśnione wszelkie okoliczności związane z daną szopką (np. data premiery). Zamieszczone zostały również życiorysy postaci pojawiających się w szopkach, do tego dochodzi mnóstwo przypisów (ubolewam jedynie, że nie zostały one umieszczone w treści szopek, tylko na końcu książki, co utrudniało lekturę - ratowałam się dwiema zakładkami). Piękne wydanie w twardej oprawie zachęca do wielokrotnego czytania. 

Jeżeli cenicie sobie humor na najwyższym poziomie, to "Szopki" polecam Wam z czystym sumieniem.

Ocena: 5/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu ISKRY

Ta recenzja bierze udział w wyzwaniu:

Grubość książki: 3,50 cm

wtorek, 28 stycznia 2014

Zaspałam... - 1 rocznica bloga :D

Przegapiłam, zapomniałam... A 26 stycznia stuknął roczek :)
In bed with books prowadzę już od roku, wcześniej moja przygoda z blogowaniem związana była z platformą onetu, ale kiepsko się tam odnajdywałam i przeskoczyłam na blogspota. Nie żałuję:)

źródło


Dziękuję za Wasze wizyty, komentarze, słowa pochwały i krytyki :-) Cieszę się, że przyjęliście mnie do swojego grona :*:*

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Maureen Lee, Matka Pearl

To już moje trzecie spotkanie z twórczością Maureen Lee. Do tej pory miałam przyjemność zapoznania się z "Wrześniowymi dziewczynkami" oraz "Wędrówką Marty". O ile pierwsza z nich mnie zachwyciła, o tyle drugą się nieco rozczarowałam. Przy "Matce Pearl" zauważam minimalną tendencję wzrostową, ale... "nie ma aż takiego szału" jak przy "Wrześniowych dziewczynkach". Za moment postaram się wytłumaczyć, skąd taka opinia.

Najpierw przedstawię Wam bohaterów i tło wydarzeń. Akcja toczy się w dwóch wymiarach czasowych, dwóch płaszczyznach. Część historii rozgrywa się w latach II wojny światowej. Poznajemy Amy i Barney'a, którzy są piękni, młodzi, szczęśliwi i wzajemnie w sobie zakochani. Dosyć szybko pobierają się, ale - na ich nieszczęście - wybucha wojna. Barney zaciąga się do wojska. Amy pozostawiona sama sobie również postanawia pomóc, zrobić coś dla wojny i wkrótce zostaje naczelnikiem pewnej stacji kolejowej. Barney przeżywa ciężkie chwile na froncie, by ostatecznie dostać się do niewoli jako jeniec wojenny. Wraca, ale jest innym człowiekiem. Amy nie potrafi zrozumieć jego zachowania. Zaczynają się spory, kłótnie. Na świecie pojawia się ich córeczka, Pearl, ale nie za bardzo zmienia to sytuację w ich domu. Pewnego dnia jedna z takich kłótni kończy się tragicznie... Amy zostaje oskarżona o zabójstwo męża. Na długie lata trafia do więzienia.

Druga przestrzeń czasowa to lata 1971-72. Tu narratorką jest wcześniej wymieniona Pearl. Opisuje tu ona swój świat i wszystko, co się w nim dzieje. Następuje moment, w którym jest świadkiem wyjścia na wolność swojej matki, Amy. Kobiety nie widziały się przez dwadzieścia lat, bowiem Pearl nie odwiedzała matki za kratkami. Jej wychowaniem zajęli się brat Amy wraz z żoną. Rodzina czekała na uwolnienie Amy z niecierpliwością, natomiast sama Pearl nie wiedziała, jak ma się do tego ustosunkować... No bo jak przywitać matkę, która zamordowała swojego męża, a jej ojca? W dziewczynie kotłują się skrajne emocje.

Jeżeli lubicie odkrywać rodzinne sekrety, główkować nad rozwikłaniem tajemnic, buszować i odkrywać przeszłość bohaterów, to ta książka jest dla Was. Mogę Wam obiecać, że pewnych zwrotów akcji nie jesteście w stanie przewidzieć i będziecie "wbici w fotel". Autorka postanowiła ukazać wojnę zza kulis, opisuje problemy żołnierza w trakcie wojny oraz po zakończeniu działań na froncie. Z precyzją odmalowuje przed nami psychikę człowieka "skrzywionego przez wojnę", który z normalnego, zdrowego mężczyzny zmienia się w udręczonego, rozchwianego emocjonalnie osobnika.

To powieść o mądrych kobietach, o ciężkich wojennych realiach, zawiłych uczuciach ludzkich, potędze przyjaźni oraz sile matczynej miłości. Język dostosowany adekwatnie do treści. Bohaterowie pełnokrwiści, do tego stopnia, że czytając o losach ciotki Pearl miałam ochotę potrząsnąć nią za jej specyficzny sposób bycia. Tego typu reakcje zawsze uznaję za wartość książki, która potrafi mnie do nich "pobudzić".

"Matka Pearl" to ciekawa lektura, ale muszę stwierdzić, że chwilowo twórczość Maureen Lee nieco mi się "przejadła". Może powinnam zrobić dłuższą pauzę po przeczytaniu "Wędrówki Marty"? Zbieżność tematów, podobna rzeczywistość świata przedstawionego - za wiele podobnych chwytów... Mam cichą nadzieję, że nie powielają się one w jej kolejnych powieściach.

Ocena: 5-/6

Ta recenzja bierze udział w wyzwaniu:

Grubość książki: 2,60 cm

sobota, 25 stycznia 2014

Adolf Nowaczyński, Słowa, słowa, słowa

Adolf Nowaczyński to polski pisarz, satyryk, poeta, dramaturg, wybitny publicysta, krytyk, działacz polityczny i społeczny żyjący na przełomie XIX i XX wieku. Na Uniwersytecie Jagiellońskim studiował prawo oraz literaturę. Pierwsze próby pisarskie podejmował już podczas nauki w gimnazjum. Jednym z najdoskonalszych artystów był dla niego Stanisław Wyspiański, o którym nigdy nie wypowiadał sie źle. Dobrego słowa nie otrzymał od niego natomiast Piłsudzki. Nowaczyński uchodził za jednego z jego najzagorzalszych krytyków (za co został trzykrotnie pobity). Pod koniec XIX wieku uważany za jeden z filarów cyganerii. Zmarł w stolicy miesiąc przed wybuchem Powstania Warszawskiego. Na sześć lat przed śmiercią ukazały się "Słowa, słowa, słowa". Dzięki Wydawnictwu RYTM w moje ręce trafiło wznowienie tej książki.

"Słowa, słowa, słowa" to pozycja, której nie da się tak po prostu streścić. Znaleźć tam możemy mnóstwo anegdot, rozmaite dygresje dotyczące różnorodnych zagadnień - na przykład literatury. Jeden z komentarzy dotyczących dzieł literackich traktuje o "Kordianie" Juliusza Słowackiego (prototyp Kordiana był klerykiem w zakonie ojców pijarów) lub wierszu Adama Mickiewicza pt. "Reduta Ordona". W sprawie tego ostatniego długo trwał spór, czy aby na pewno Julian Ordon wysadził redutę nr 54... Nowaczyński próbuje również na nowo interpretować pewne zdarzenia lub zachowania ludzi. Pod lupę bierze przykładowo fenomen pana Kulczyckiego, który otworzył pewną kawiarnię w Wiedniu w 1683 r. po pogromie Turków. W barwny i wyrafinowany sposób opowiada nam o tym mówcy, gawędziarzu, w którego ustach nawet wulgaryzmy brzmiały kunsztownie. Nie zapomina jednak Nowaczyński o edukacyjnym celu swej twórczości. Mamy tu bowiem podany morał w bardzo ciekawej formie:

Najpierw taki, że to wszystko, co z imaginacji poczęte, zawsze bywa piękniejsze od tego, co w rzeczy samej miało miejsce i się wydarzyło. Drugie, że i w łganiu, jako we wszystkim, wszyscy powinni konserwować pewną miarę alias umiar. I w las się zbyt daleko nie zapędzać. (s.38)

Zaciekawił mnie rozdział o "odbrązawianiu" rozmaitych legend i ukazywaniu autentycznej dziejowej rzeczywistości. Zarzuca autor (szczególnie) poetom tworzenie różnych mitów:

Niekiedy jeden krótki wiersz jednego, byle świetnego poety obdarzył nieśmiertelnością kogoś, kto na nią właściwie nie zasłużył, podczas gdy właśnie tysiąckrotnie więcej zasłużeni nie jeno znikli w zapomnienia cieniach, ale w ogóle nigdy w świadomości ogółu nawet nie zaistnieli. (s.67)

Pewien rozdział traktuje o rozwoju gospodarczym. Czytałam go z uśmiechem, bo - jak się okazuje - problemy z drogami w naszym kraju mamy chyba "od zawsze". Przed asfaltem były problemy z nieutwardzonymi, za to bardzo dziurawymi traktami...

Mistrz pióra oprowadza nas po nieznanych zaułkach historii, zapoznaje z życiorysami osób znanych nam mniej lub bardziej (współczesnemu czytelnikowi raczej mniej). Wiele z tych historii czyta się niczym opowieści awanturnicze, przygodowe bądź sensacyjne. Autor sięga po rozmaite chwyty: raz zaskakuje przedziwnym stylem, raz doprawia swoje wywody szczyptą humoru. Bywa również złośliwy, ale nie nadto.

Gdybym miała określić styl Adolfa Nowaczyńskiego to musiałabym przyznać, że jest: erudycyjny, zaskakujący, inteligentnie zabawny. Ujawnia się w nim ogromna wiedza historyczna autora. Język jest szczegółowy, każda opowieść ocieka detalami - coraz rzadziej odnajdujemy takie poszanowanie dla języka.

Mimo wielu zalet obawiam się, że nie jest to literatura dla wszystkich. Pomimo, że ja sama uwielbiam delektować się słowem pisanym, miałam spore problemy ze zrozumieniem treści. Archaiczny język (nie wszędzie, ale jednak), a do tego mnóstwo obcojęzycznych wtrętów, które nie zostały przetłumaczone, powodowały, że musiałam niektóre zdania wykoncypować sobie z kontekstu. Nie zawsze było to takie proste. Sądzę jednak, że miłośnikom erudycyjnego stylu pisarzy przełomu XIX i XX wieku, taka książka może się spodobać.

Ocena: 4,5/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Oficynie Wydawniczej RYTM ;-)

Ta recenzja bierze udział w wyzwaniu:

Grubość książki: 2,70 cm

piątek, 24 stycznia 2014

Charles Martin, Kiedy płaczą świerszcze

Na rynku małego miasteczka siedmioletnia dziewczynka zbiera pieniądze na transplantację serca sprzedając lemoniadę. Reese, drugi z głównych bohaterów, stojąc pod sklepem rozmyśla o swoim życiu. Wiatr porywa zebrane przez dziewczynkę banknoty. Mężczyzna zauważa wyjeżdżający zza rogu samochód, a później Annie wbiegającą na ulicę za lecącymi pieniążkami. Od tego momentu wszystko się zmienia... Co wyniknie ze znajomości mężczyzny ciężko doświadczonego przez los oraz dziewczynki walczącej o życie mimo braku nadziei..? Dowiecie się tego, czytając "Kiedy płaczą świerszcze" Charlesa Martina.

Co znajdziemy w tej dosyć grubej książce? Na pewno sporo religijnych odniesień, nawiązań, czasem również cytatów. Jednak są one podane w przystępny dla laika sposób (początkowo podchodziłam do nich nieufnie, ale w końcu dotarło do mnie, że one są tam zamieszczone celowo). Jest tam również kawał wiedzy medycznej, bez której ciężko byłoby nam pojąć istotę choroby bohaterki. Elementem, który najbardziej przypadł mi do gustu były dialogi zaprawione odrobiną humoru, co pozwoliło mi rozluźnić się podczas czytania o tych smutnych kwestiach zdrowotnych. Wśród tych medycznych niuansów, o których wspominałam powyżej, znaleźć można również niezwykle zabawne informacje o tym, jak starsi profesorowie medycyny "testują" swoich studentów przy stole operacyjnym. Tak więc przeplata się tu tematyka poważna z tą nieco lżejszą - bardzo zgrabnie zostało to wszystko skomponowane. Nie mam się do czego przyczepić.

To taki literacki misz-masz: znajdziecie tam i religijne wywody o życiu, i elementy thrillera, i piękną opowieść o miłości. "Kiedy płaczą świerszcze" to powieść o dokonywaniu niezwykle trudnych, życiowych problemów. I tu proszę o uwagę. Wiem, że takie zdanie widzicie prawdopodobnie w wielu recenzjach książek, ale muszę Was ostrzec: to, co przeczytałam w "Kiedy płaczą świerszcze" było tak poruszające, że miałam łzy w oczach. To, jakiego wyboru musiał dokonać Reese, przyprawiło mnie o dreszcze. Powiem Wam jedno: nie chciałabym się znaleźć w jego sytuacji. Najgorszemu wrogowi nie życzę, by musiał dokonywać podobnego wyboru jak bohater tej książki...

Gorąco polecam!

Ocena: 5,5/6

Ta recenzja bierze udział w wyzwaniach:
 Grubość książki: 3,00 cm

wtorek, 21 stycznia 2014

Jael McHenry, Kuchnia duchów

O zespole Aspergera słyszałam już wiele razy. Miałam również do czynienia z chłopcem cierpiącym na tę chorobę, więc wiem, jak wygląda ona w rzeczywistości. Moja ulubiona autorka, Jodi Picoult, także popełniła książkę o tym zaburzeniu - "W naszym domu" (recenzja TUTAJ). Kiedy w moje ręce trafiła powieść "Kuchnia duchów", a na jej okładce przeczytałam, że traktuje ona między innymi o młodej kobiecie z Aspergerem, od razu zabrałam się za czytanie.

Ginny jest nieśmiałą kobietą, która niedawno straciła rodziców w wypadku. Do tej pory żyła i mieszkała razem z nimi, więc ten brak odczuwa boleśniej niż siostra mieszkająca już z własną rodziną. Nie wie, że jest chora, rodzice nie zdecydowali się na wizytę u lekarza. Jednak pewne objawy wskazują, że Ginny nie jest taka, jak inni: nie lubi, jeśli dotyka ją ktoś nieznajomy (nawet, jeśli jest to tylko delikatne dotknięcie ramienia czy złapanie za łokieć, żeby jej coś pokazać), nie potrafi znieść obecności większej ilości ludzi w swoim towarzystwie, nie patrzy ludziom w oczy. Aby się uspokoić po jakiejś szczególnie nerwowej sytuacji chowa się w szafie, a dłonie zanurza w butach rodziców. Poza tym jest niezwykle inteligentną osobą. Potrafi zapamiętać wiele różnorodnych pojęć podczas przeglądania słownika. Opanowanie umiejętności gotowania również nie było dla niej większym problemem.

Jej życie jest uporządkowane, ma pewien stały rytm. Ginny najlepiej i najpewniej czuje się w kuchni - tam rytmiczność czynności związanych z przygotowywaniem posiłków powoduje, że kobieta czuje się bezpiecznie. Ale powróćmy do fabuły: pewnego dnia podczas gotowania według odręcznie spisanego przepisu pojawia się gość - duch babci Giny (która była autorką wymienionego wcześniej przepisu). Giny otrzymuje pewne ostrzeżenie... Jakiś czas później młoda kobieta odkrywa, że posiada moc przywoływania duchów osób zmarłych, których ulubiony posiłek właśnie przyrządza. Korzystając z tej nowo nabytej umiejętności Ginny będzie próbowała wyjaśnić pewną rodzinną tajemnicę. Czy jej się to uda? Czy mówienie o zdolności przywoływania duchów pomoże jej w chorobie, czy też nie - o tym przekonacie się, czytając smakowitą powieść autorstwa Jael McHenry.

Jakie są moje odczucia po lekturze tej powieści?
Ano po pierwsze: nie polecam czytania jej NA GŁODNEGO, bo spotęguje to jedynie burczenie w brzuszku:-)
Po drugie: jeśli ktoś w ogóle nie spotkał się z chorym na zespół Aspergera lub przynajmniej nie czytał nic na ten temat, to powieść ta może drażnić. Jest w niej bowiem ukazany specyficzny sposób myślenia (np. kiedy bohaterka próbuje się uspokoić i powtarza jakąś myśl) i obawiam się, że nie przez każdego może on zostać dobrze zrozumiany.

Poprzez narrację pierwszoosobową powieść zyskuje na realizmie. Celująco - moim zdaniem - "Kuchnia duchów" oddaje sedno wspomnianej choroby. Autorka precyzyjnie odwzorowuje tok myślenia osoby dotkniętej zespołem Aspergera, osoby, która nie rozumie aluzji czy metafor, myśli dosłownie. Główna bohaterka jest postacią bardzo wyrazistą, ale także ogromnie wrażliwą, z którą chętnie bym się zaprzyjaźniła. Zawsze podchodziłam sceptycznie do powieści, w których występują duchy, ale tutaj są one drugoplanowe; mają być swoistą pomocą dla Ginny, stąd potrzeba ich obecności na kartach powieści jest uzasadniona.

To książka zmuszająca do refleksji nie tylko nad pojęciem normalności:
Normalność nie oznacza wyłącznie tego, co ty chcesz uznać za normalne. (s.27)
Zmusza nas do zastanowienia się nad kwestią szufladkowania ludzi i skreślania ich tylko ze względu na chorobę. To powieść o lękach, bólu i nadziei na lepsze jutro...

Ocena: 5/6

Ta recenzja bierze udział w wyzwaniach:

Grubość książki: 2,30 cm

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Brain Tracy, Zarabiaj tyle, ile jesteś wart

Po poradniki sięgam niezwykle rzadko. Kiedyś, jako nastolatka, zaczytywałam się w nich, teraz podchodzę do nich z większą dawką sceptycyzmu. I z takim właśnie nastawieniem zabrałam się za lekturę książki "Zarabiaj tyle, ile jesteś wart". Autor, Brian Tracy, jest pisarzem pochodzącym z Kanady. Jego e-booki dotyczą problematyki rozwoju osobistego oraz psychologii sukcesu. Ponoć wiele jego publikacji znalazło się na listach bestsellerów. Zdobywając już tylko takie informacje o autorze, zastanawiałam się, czemu mi to tak "amerykańsko" brzmi..? Dobrze, przepraszam, postaram się ironię schować na jakiś czas do kieszeni...

Autor zwraca uwagę, że każdy z nas powinien znać swoją wartość. Dzięki temu naprawdę łatwiej znaleźć pracę. Przyszły pracodawca już podczas rozmowy kwalifikacyjnej widzi, z jaką osobą ma do czynienia. A przecież zahukane szare myszki raczej nie mają szans w dzisiejszym pędzącym świecie. Według autora każdy z nas powinien sporządzić osobistą wizję działania. Powinna odnosić się ona do naszych wartości i wyrażać to, kim chcielibyśmy być w określonej przyszłości, np. za cztery, pięć lat. Równie istostne jest to, aby stale sprawdzać "kierunek kursu". Chodzi tu o to, aby kontrolować, czy zmierzamy w tym kierunku, który sobie obraliśmy (może się to wiązać ze zmianą dotychczasowej pracy).

Dalej Brain Tracy sugeruje, abyśmy się ciągle dokształcali. Abyśmy ocenili, w czym jesteśmy słabi i starali się te słabości eliminować. Zachęca nas również, byśmy zaczęli zarabiać na swoich atutach i byli specjalistami w jakiejś dziedzinie. Tu zgadzam się z autorem - nie można być przecież alfą i omegą we wszystkich dziedzinach. Musimy wybiegać w przyszłość. Najlepiej byłoby, gdybyśmy opisali sobie gdzieś na kartce naszą wymarzoną ścieżkę rozwoju (zawodowego), powiedzmy na 5 lat do przodu, po czym zastanowili się, co musimy zrobić, aby się właśnie tak potoczyła. Powinniśmy planować każdy dzień, tak aby dobrze, rozważnie wykorzystywać czas.

Wymienia autor kilka cech, których oczekują pracodawcy od swoich potencjalnych pracowników. Są wśród nich takie cechy, jak: inteligencja, zdolności przywódcze, prawość, lojalność, serdeczność, kompetencja, odwaga, wewnętrzna siła.

Książka ta rzeczywiście daje nam wskazówki, jak zwiększyć swoje szanse na rynku pracy. Ale wiele niuansów za bardzo pachniało mi "amerykańskim snem" o bogactwie. Wprawdzie autor pochodzi z Kanady, ale bliskość Stanów Zjednoczonych na pewno miała na to wpływ. Oprócz kilku cennych rad, przydatnych niezależnie od miejsca zamieszkania, mam wrażenie, że ciężko będzie je zaadaptować na gruncie polskim. W naszym kraju nie zmienia się pracy (oprócz dużych miast, w których co najwyżej specjaliści w określonych dziedzinach mogą sobie na to pozwolić), bo nam ona nie odpowiada. I to nie jest tak, jak twierdzi autor, że pracujemy za tyle, za ile zgodziliśmy się pracować. Pracujemy za tyle, ile jest nam w stanie zaoferować pracodawca albo... nie pracujemy wcale. Mogę się mylić, bo jestem stosunkowo młodym pracownikiem, ale obserwuję mój kraj i ludzi w nim pracujących i wiem, że teoria bardzo często rozmija się w praktyką. Dlatego było wiele momentów, w których podczas lektury tej książki zgrzytałam zębami. Bynajmniej nie z radości. Uważam, że niektóre z rad autora są cenne, jednak większość z nich nie ma przełożenia na nasze warunki. Dobrze, że przynajmniej nie próbował pan Tracy podać nam jakiejś konkretnej recepty na bogactwo, bo już całkiem zniszczyłabym sobie zęby tym zgrzytaniem... ;-)

Sami musicie ocenić, czy jest to lektura dla Was.

Ocena:
4/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu HELION


Ta recenzja bierze udział w wyzwaniu:

Grubość książki: 1,00 cm

niedziela, 19 stycznia 2014

Gemma Malley, Deklaracja

Wyobraź sobie, że żyjesz w świecie, w którym nowe życie nie jest wcale witane z radością i oczekiwaniem. Świecie, w którym żyją "legalni" oraz "nadmiary". A teraz wyobraź sobie, że należysz do tej drugiej grupy. W zasadzie nie masz prawa żyć, ale pewni legalni stwierdzili, że możesz im się do czegoś przydać, więc żyjesz w zakładzie dla nadmiarów. Tam masz nauczyć się "być użytecznym", być pomocą (po opuszczeniu murów tej "szkoły") dla legalnych. Nie masz żadnych praw... Ale pewnego dnia zjawia się ktoś, kto jest z Zewnątrz i wie, jak tam jest. Opowiada Ci różne rzeczy, między innymi to, że Ziemia jest dla wszystkich ludzi, a Ty wcale nie jesteś nadmiarem, tylko osobą, którą ktoś kocha i na którą ktoś czeka. Co wtedy robisz...?

Książka prezentuje wizję niedalekiej przyszłości; świata, w którym nie każdy może korzystać z jego dobrodziejstw. Wynaleziono lek na Długowieczność, a ludziom kazano podpisywać Deklarację - można było wybrać między posiadaniem dziecka a otrzymywaniem leku na Długowieczność. Wtedy też dokonał się podział ludzi na legalnych i nadmiary. Jest jednak pewien mankament - mało kto chce zrezygnować z własnej nieśmiertelności, więc po Ziemi chodzą w większości starsi ludzie.

Główną bohaterką jest Anna, a konkretniej nadmiar Anna, mieszkająca w ośrodku Grange Hall. Odbywa tam pokutę za to, że w ogóle się urodziła. Żeby nie gniewać Matki Natury, musi uczyć się być użyteczną (być "wartościowym zasobem"), to również pomoże jej w odkupieniu win. Pewnego razu do szkoły trafia Peter, ale niezwykle ciężko dotrzeć mu do Anny, która przepojona zasadami nie potrafi samodzielnie myśleć. Potrafi jedynie do pewnego stopnia...

Czytając książkę zdawałam sobie sprawę, że jest to utopia (a konkretniej utopia negatywna, czyli antyutopia), ale świat tam przedstawiony był tak brutalny, że w niektórych momentach miałam gęsią skórkę. Znajdziemy w "Deklaracji" Emmy Malley mnóstwo nawiązań do ustrojów totalitarnych. Zrozumiemy, jak tworzyły się pewne zachowania w takich ustrojach.

Wartka akcja, interesujący bohaterowie, którym albo się kibicuje albo ich nienawidzi, a do tego prosty język bez zbędnych udziwnień - to wszystko sprawia, że książkę czyta się niezwykle szybko. Temat nieśmiertelności został poruszony w interesujący sposób - nie ma tu jakichś nadprzyrodzonych istot, fabuła (pomimo konwencji) jest realistyczna i w moim odczuciu właśnie to potęguje siłę rażenia tej opowieści.

To historia o emocjach, ale nie tylko. Po lekturze tej książki trzeba sobie odpowiedzieć na wiele pytań. Między innymi o to, czy ktoś dał nam prawo do decydowania o życiu innych? Do czego jesteśmy zdolni jako ludzie?

Z niecierpliwością wypatruję kolejnej części tej antyutopii, czyli "W sieci" :-)

Polecam!

Ocena: 5,5/6

Ta recenzja bierze udział w wyzwaniu:

Grubość książki: 2,30 cm

czwartek, 16 stycznia 2014

Stefan Themerson, Euklides był osłem

Postanowiłam, że od czasu do czasu będę sięgać po klasykę, szczególnie prozę, aby nieco poszerzać horyzonty... Nie samymi nowościami wydawniczymi żyje prawdziwy czytelnik. I tak w moje ręce wpadła książka Stefana Themersona pt. "Euklides był osłem".

Autor, urodzony w Płocku w 1910 roku, był twórcą wszechstronnym. W okresie międzywojennym, wraz z żoną Franciszką zrealizował kilka filmów awangardowych; jako poeta był twórcą poezji semantycznej; jako prozaik pisał zarówno po polsku, jak i po angielsku; był również autorem czytanek (i innych tekstów dla dzieci) zamieszczanych w przedwojennych podręcznikach szkolnych, kompozytorem, filozofem, eseistą; wraz z żoną prowadził nawet wydawnictwo (w Londynie). Żona była dla pana Stefana muzą, ilustrowała również jego książki. Jedna z książek Themersona "Przygody Pędrka Wyrzutka" posiada wiele powiązań ze znanym chyba wszystkim "Małym Księciem". W młodości autor konstruował rozmaite urządzenia techniczne. Czuję się zaciekawiona jego życiorysem i zamierzam za jakiś czas nieco głębiej poszperać i dostać się na przykład do twórczości przeznaczonej dla dzieci.

Themerson to pisarz na wskroś filozoficzny, który uwielbia szokować i zaskakiwać czytelnika. Fabuł jego utworów nie da się streścić, a jeśli już się o to pokusimy, to streszczenie takie brzmi co najmniej jak bełkot napranego profesora. Nie będę zatem tu nawet tego próbować. "Euklides był osłem" - jak większość książek autora, jest powiastką filozoficzną. Autor stara się tropić absurdy, paradoksy i nieścisłości ukryte w logicznym (ponoć) porządku świata. Forma powiastki filozoficznej pozwala mu na wykorzystanie fantastycznego pomysłu fabularnego jako pretekstu do rozmyślań o człowieku i jego naturze. Themerson wielokrotnie sięga po parodię czy groteskę, tworzy ironiczne wypowiedzi wykorzystując formę uczonego wywodu. W powieści "Euklides był osłem" znaleźć możemy wiele zabawnych scen, mnóstwo dowcipu, w którymś momencie zaczynamy zastanawiać się, co możemy traktować poważnie. To książka prześmiewcza, która wytyka bezlitośnie nasze wady i braki. Fabuła jest tak splątana i skomplikowana, jak splątane bywa spaghetti na talerzu ;-) Beznadziejne porównanie, ale lepsze nie przychodzi mi do głowy. Akcja przenosi się z miejsca w miejsce. Gdybyśmy mieli wymienić bohaterów, to byliby nimi: pisarz, filozof, geniusz matematyczny, który szybko zmarł, terroryści, dwie lesbijki i dwie starsze panie o nienagannych manierach. Bohaterowie mają wspólny mianownik - prawie każdy jest powiązany z Polską.

To powieść do wielokrotnego czytania, odczytywania sensów na nowo. Jednak jest to lektura dla czytelnika wymagającego, lubiącego intelektualne "zagwozdki". Nad "Euklidesem..." trzeba się zatrzymać i zadumać...

W utworach Stefana Themersona można spotkać rozważania dotyczące rozmaitych problemów filozoficznych: tożsamości, inności czy identyfikacji; zawsze jednak autor patrzył przyszłościowo, był prekursorem (np. filmów eksperymentalnych). Był osobą przeciwną przyklejaniu ludziom etykietek, szufladkowaniu ich. W swoich ostatnich powieściach, do których należy omawiana tu książka, przedstawiał ludzi, którzy uparcie owładnięci byli jakąś ideą, dążyli do jakiegoś celu - w "Euklidesie..." jest to terrorysta, który wysadza w powietrze zły, niewłaściwy dom, przez co giną niewinni ludzie.

To autor, który mnie zaintrygował, zachęcił do szukania lektur niebanalnych, innych od standardowych...

Na koniec przytoczę wiersz Themersona, który wprawdzie nie jest powiązany z omawianą powieścią, ale ma w sobie głębię:

Gramatycznie - wydaje mi się,
że w ogóle nie jestem rzeczownikiem.
Jestem czasownikiem.
Przez miliardy lat nie byłem.
Potem zacząłem się dziać.
Teraz się dzieję.
I wkrótce przestanę się dziać.
To są cechy czasownika,
a nie rzeczownika...

Polecam każdemu, kto chciałby zmierzyć się z lekturą niebanalną i niesztampową.

Ocena: 5/6

Ta recenzja bierze udział w wyzwaniu:

Grubość książki: 2,50 cm

środa, 15 stycznia 2014

Sarah Lark, W krainie białych obłoków

Uwielbiam sagi rodzinne, ale prawda jest taka, że nie zawsze mam na nie czas. Najczęściej są to książki pokaźnych rozmiarów i nie zawsze mam siłę targać je ze sobą w różne miejsca. Tym razem jednak nie zraziłam się, widząc sześćset stron lektury z dosyć drobnym drukiem. Przeczytałam mnóstwo pozytywnych recenzji i postanowiłam zatopić się w barwnej historii pewnych rodzin. Skutek? Jestem ogromnie usatysfakcjonowana i przekonana, że tak szybko nie zapomnę o książce niemieckiej pisarki Sarah Lark pt. "W krainie białych obłoków".

Mamy rok 1852, akcja początkowo toczy się w Londynie, ale dosyć szybko przenosimy się na tereny pięknej, jeszcze nie do końca ujarzmionej Nowej Zelandii. Dwie młode kobiety wyruszają w rejs w nieznane, by rozpocząć życie u boku mężów (których również nie znają!). Lady Gwyneira jest zaręczona z synem pewnego bogatego człowieka, zwanego "owczym baronem", a młoda guwernantka - Helen postanowiła odpowiedzieć na anons z parafialnej gazetki i rozpoczęła listowną znajomość z pewnym farmerem. Każda z nich liczy na to, że w tej nowej krainie spotka szczęście i miłość. 

To niezwykle barwna, intrygująca i wciągająca saga rodzinna. Mogłabym tu wypisywać znacznie więcej epitetów, ale nie ma to większego sensu. "W krainie białych obłoków" jest po prostu godna uwagi osób, ceniących sobie ten typ powieści. Niczego tam praktycznie nie brakuje: mamy pełnokrwistych bohaterów, mnóstwo emocji (od miłości, przyjaźni aż po zawiść i nienawiść) oraz przepiękne opisy krajobrazów. Czegóż chcieć więcej?

Wracając jednak do bohaterów - sądzę, że większości z Was spodobałaby się ognistowłosa i temperamentna Gwyneira, kochająca zwierzęta (szczególnie konie oraz psy), która nie da sobie "w kaszę dmuchać". Spokojniejszej części czytelników mogłaby natomiast przypaść do gustu spokojna Helen, która również potrafi walczyć o swoje. Bohaterek płci pięknej, jak to w sadze rodzinnej, jest znacznie więcej, nie będę tu jednak wszystkich opisywać. Mężczyźni występujący na kartach tej powieści... oj wiele można by o nich powiedzieć: niektórzy z nich są w gorącej wodzie kąpani, inni czuli, troskliwi, ale nie spełniający ówczesnych "męskich" wymagań, a jeszcze inni - surowi, zahartowani w ciężkiej pracy. Autorka umiejętnie prowadzi nas przez losy dwóch rodzin, które nierozerwalnie są ze sobą powiązane, choć początkowo ich członkowie nie do końca zdają sobie z tego sprawę.

Skąd jednak pomysł, żeby młode kobiety opuszczały ojczyznę i wyruszały tysiące kilometrów od rodzinnych stron? Ano dlatego, że w opisywanym czasie Nowa Zelandia była dopiero kolonizowana. Dotarli tam już pionierzy, pierwsi mężczyźni, którzy wyruszyli w poszukiwaniu przygód (mamy tu też poszukiwaczy złota, a jakże!), ale brakowało tam... kobiet. Stąd pomysł umieszczania ogłoszeń matrymonialnych w angielskich gazetkach parafialnych.

Nie ma tu typowych zwrotów akcji, o jakich mówimy recenzując na przykład jakąś powieść sensacyjną, ale mamy za to mnogość różnorodnych sytuacji: niektóre zdarzają się w rodzinach po dziś dzień, inne - ku mojej uldze - zdarzały się chyba li tylko osadnikom na nowych ziemiach. Powieść "W krainie białych obłoków" jest napisana językiem lekkim. Tej książki się nie czyta. Ją się "pochłania". Po tej lekturze muszę powiedzieć, że jestem zafascynowana Nową Zelandią. W końcu dotarło do mnie, że to właśnie tam kręcono "Władcę Pierścieni"...

Nie będę ukrywać - to zdecydowanie typ powieści przeznaczonych dla kobiet. Mężczyznom mogłyby spodobać się co najwyżej opisy hodowli owiec, zdobywania nowych terenów na nieznanych ziemiach, ale poza tym treść, emocje i wszystko, co można znaleźć w tej książce, bardziej przemówi do płci pięknej.

Gorąco polecam!

Ocena: 5,5/6

Ta recenzja bierze udział w wyzwaniu:

Grubość książki: 3,40 cm
Mój wzrost: 173 cm

niedziela, 12 stycznia 2014

Stanisław Wasylewski, Klasztor i kobieta. O miłości romantycznej. Pod urokiem zaświatów

Wydawnictwo ISKRY pokusiło się opublikować w jednym tomie teksty trzech książek autorstwa Stanisława Wasylewskiego*. Warto tu zaznaczyć, że od pierwszego wydania "O miłości romantycznej" minęło sto lat, a od pozostałych dwóch części (czyli "Klasztoru i kobiety" oraz "Pod urokiem zaświatów") - dziewięćdziesiąt. Styl pana Wasylewskiego jest gawędziarski i to łączy wszystkie trzy części. Pewną składową łączącą je jest również postać kobiety, choć (w moim odczuciu) najbardziej uwidacznia się ona w dwóch pierwszych.

"Klasztor i kobieta" to niezwykle barwna charakterystyka losów kobiety, której życie toczy się w okowach zakonu. Ten swoisty traktat historyczny wzbogacony został w liczne anegdoty dotyczące różnych krajów.

W tej części poznajemy dzieje kobiet na ziemiach polskich, po czym autor wprowadza nas w tematykę dotyczącą historii kobiet żyjących według klasztornych reguł (od około XII wieku). Niezwykle zabawne wydały mi się perypetie niektórych panów na włościach, którzy omamieni obietnicą życia niebieskiego wydawali skarbce złota na budowę kościołów, klasztorów i relikwii (taki to był wówczas "ciemnogród"). Jeden z tych panów ufundował świątynię w Strzelnie, gdzie zaczęły urzędować (wreszcie samodzielnie!, bez pomocy mnichów) siostry norbertanki. Wydarzyło się to wszystko wskutek nakazu kapituły norbertańskiej, by oddzielić siostry od braci "z powodu czarta, który ciągle bruździł w zgromadzeniach wspólnych i do figlów namawiał" (s.27). Wielce interesujące są dzieje powstawania klasztoru w Trzebnicy (1202), skąd zaczęły wypływać w świat wieści o cudach świętej Jadwigi. Był to czas dziwny, gdyż kobiety zaczęły wówczas składać potrójne śluby: czystości panieńskiej, małżeńskiej i wdowiej, stąd też "łożnice małżeńskie puste stanęły" (s.34) (ku - oczywistemu dzisiaj - niezadowoleniu mężów).
O tempora, o mores!

Twarde były reguły zakonne w XIII wieku, oj twarde: włosiennice, biczowanie - za przykład podaje autor dzieje świętej Jadwigi, która za pokutę wzięła sobie chodzenie w lichym ubraniu, nie jadała mięsa, tylko chleb popiołem (!) posypany. Zadziwiające dla współczesnego czytelnika jest to, jakie "cuda" przypisywano niektórym siostrom zakonnym (leczyły pocałunkami lub wzrokiem). Pisze dalej autor, że największym problemem w zakonach żeńskich był... mężczyzna:

"Osią trosk i zgryzoty, sprawcą niepokoju i turbatorem zadumy pozostał zawsze ten, chociaż intruz w klasztorze panieńskim, lecz przecież władca jego bezwzględny - opat, probosz, m ę ż c z y z n a" (s.74).

Interesująco rozpisuje się Wasylewski o rozmaitych rolach klasztoru. Dbałość o sprawy przyziemne powodowała swary i odsuwała na bok rozmyślania o doczesności. Klasztor stawał się czymś na kształt pierwszej apteki (zioła!) oraz szpitala. Zaczytałam się szczególnie w historiach dotyczących handlu relikwiami, z którym kolejni papieże walczyli bezskutecznie. Średniowieczny klasztor został tu ukazany również jako zalążek kultury. To właśnie tam, nigdzie indziej, powstał język literacki. Jak wyjaśnia autor książka ta miała odsłonić "profil i rysy kobiety, najdawniejsze rysy najstarszej kobiety polskiej" (s.141), a jako że o mniszkach wiadomo znacznie więcej (z tego okresu) niż o kobietach świeckich, im to przypadła rola głównych bohaterek. Klasztor był wówczas pierwszą szkołą (życia) kobiety - najpierw uczyła się tam gospodarnej egzystencji, później zbierała plony pierwszych ziaren kultury - byłą zatem również kolebką piśmiennictwa narodowego.

"O miłości romantycznej" to zbiór esejów dotyczących tytułowego uczucia. Określa autor romantyków pierwszymi osobami, które zdecydowały się głośno mówić o miłości. Tu również bohaterką jest kobieta. Niewiasta, która zaczyna się w XIX wieku buntować; pragnie wolności. Stanisław Wasylewski opisuje romantyków jako ludzi, którzy zachłysnęli się miłością (tak jakby przed nimi nikt nikogo nigdy nie kochał!). Dalej szeroko rozwodzi się autor nad typami kobiet: dzieli je na dusze nieodgadnione (niewiasty egzaltowane), niezrozumiane, opuszczone, natchnione (dające natchnienie, muzy). Z pasją, niezwykle barwnie przedstawia nam publicysta dzieje par kochanków idealnych, połączonych ogromną (ale też często nieszczęśliwą) miłością. Najbardziej spodobały mi się fragmenty dotyczące Mickiewicza (od czasu pisania pracy magisterskiej o jego twórczości minęło już trochę czasu, ale sentyment pozostał), Słowackiego i Krasińskiego.

"Pod urokiem zaświatów" to tekst o romantykach, którym przyszło patrzeć z przerażeniem na rozwijający się spirytyzm. Mowa tu o "stolikach wirujących", metaplazmach i innych tego typu historiach. Tę część przeczytałam chyba z największymi wypiekami na twarzy. Zachwyca mnie ten moment dziejów, w którym tłumy dały się ponieść zbiorowej wyobraźni.

To istna skarbnica wiedzy. Cenię sobie książki, po których zostaje mi coś w głowie, jakaś wiedza, do której jeszcze nie dotarłam. Z pokorą podchodzę bowiem do stwierdzenia, że "człowiek uczy się całe życie"...

Ta kompilacja trzech tekstów Wasylewskiego przeznaczona jest w głównej mierze miłośnikom doby romantyzmu. Takie są moje odczucia. Ktoś, kogo w ogóle nie interesują czasy Mickiewicza, może się wynudzić. To pozycja bogata w koloryt epoki. Dziwnym trafem twórczość autora nie wpadła w moje ręce wcześniej, a szkoda, bo podczas studiów mogłaby mi wielokrotnie pomóc podczas zajęć. Z oczywistych względów polecam tę książkę szczególnie studentom filologii polskiej.

Ocena: 5/6

* Stanisław Wasylewski to publicysta żyjący w latach 1885–1953, autor wielu felietonów, kilkunastu książek, artykułów prasowych i słuchowisk. Był człowiekiem, który popularyzował historię. Czytelników ujął swoim barwnym stylem, a także umiejętnością wyszukiwania intrygujących faktów i ciekawostek.

Wszystkie cytaty podaję za: Stanisław Wasylewski, Klasztor i kobieta. O miłości romantycznej. Pod urokiem zaświatów, Warszawa 2013 (w nawiasach podaję numery stron)


Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu ISKRY ;-)

Ta recenzja bierze udział w wyzwaniu:


Grubość książki 3,50 cm
Mój wzrost: 173 cm
Do przeczytania pozostało: 153,10 cm

sobota, 11 stycznia 2014

Anna Przedpełska-Trzeciakowska, Na plebanii w Haworth

Anna Przedpełska-Trzeciakowska, znana tłumaczka literatury anglosaskiej wykonała kawał dobrej roboty. Ze znawstwem i wnikliwością psychologiczną prezentuje nam dzieje rodziny Brontë. Jak to się stało, że trzy siostry mieszkające wśród yorkshirskich wrzosowisk potrafiły wyczarować w swej wyobraźni światy przedstawione w ich utworach?

Autorka wnikliwie analizuje i opisuje pierwsze lata życia i twórczości czwórki z Haworth. Pani Anna Przedpełska-Trzeciakowska musiała wykonać tytaniczną pracę, by powstała ta książka. Odwołuje się w niej bowiem do niezliczonej ilości wspomnień i listów.

Charlotte, Emily i Anne oraz ich brat Patrick Branwell wychowywali się w kamiennym domostwie, z którego rozciągał się widok na... cmentarz. Ich dzieciństwo pozbawione było towarzystwa rówieśników oraz zabawek, co spowodowało, że partnerem ich zabaw stała się ich wyobraźnia. Była ona na tyle rozbuchana, że rodzeństwo potrafiło tworzyć swoje sekretne światy, które wkrótce każde z nich opisywało. Jako rodzeństwo byli ze sobą bardzo zżyci. Współzależności między nimi były ogromnie silne. Śmierć Branwella, który w pewnym okresie życia stał się dla rodziny Brontë utrapieniem, była dla sióstr ogromnym przeżyciem.

Autorka plastycznie opisała świat, w którym przyszło żyć rodzinie Brontë. Ponure wrzosowiska i hulający po nich wiatr... Inspiracją dla sióstr bardzo często były rozmaite zasłyszane historie oraz przeżyte doświadczenia (jakże ich mało, gdy popatrzymy z perspektywy współcześnie żyjącej kobiety!).

Wczoraj przed pójściem spać troszkę rozmyślałam i doszłam do wniosku, że czasem mam takie dni, w których czuję się totalnie nieprzystosowana do życia w dzisiejszych czasach. Czuję, że mogłabym się urodzić we wcześniejszych latach, bo w ogóle nie przemawia do mnie obecny praktycznie wszędzie wyścig szczurów... Ale po lekturze "Na plebanii..." odnoszę wrażenie, że nie jest ze mną wcale tak źle, jak sądziłam dotychczas - moje "nieprzystosowanie" to nic w porównaniu z tym, jakie reprezentowały sobą panny Brontë. Ich nieznajomość realiów życia, swoista zaściankowość i nieznajomość ludzi są w moim odczuciu porażające.

To książka, którą czytałam partiami. Czytana jednym cięgiem potrafiła mnie znużyć. Dawkowana w odpowiedniej ilości - naprawdę wciąga. Cieszę się, że sięgnęłam po tę książkę zanim zapoznałam się z twórczością sióstr Brontë. Dzięki temu mam solidną podbudowę, wiedzę o tym, skąd autorki czerpały pomysły, a także, kto został sportretowany pod postacią danego bohatera ich powieści. Teraz pozostaje mi tylko zacząć zaczytywać się w światach, które wyczarowały.

To godny uwagi zapis dokumentujący życie pisarek znanych chyba na całym świecie. Gorąco polecam!

Ocena: 5,5/6

Ta recenzja bierze udział w wyzwaniu:
Grubość książki: 3,80 cm
Mój wzrost: 173 cm

Niemiecki słowniczek, wyd. Lingea

Dzisiaj zaprezentuję Wam słowniczek. Tak, dobrze przeczytaliście. Wszak nie samymi przyjemnościami żyje człowiek. Czasem musi się trochę... pouczyć. A jeśli się już uczyć języka niemieckiego, to polecam zajrzeć do najnowszego "Niemieckiego słowniczka" wydanego przez wyd. Lingea.

To słowniczek kieszonkowy, który ma za zadanie pomagać w sytuacjach kryzysowych (w szkole, na kursach językowych, podczas podróży czy spotkaniach biznesowych), stąd też jego niewielkie wymiary (8,50 cm x 12 cm x 2,80 cm). Bez problemu zmieścicie go w plecaku, torebce czy neseserze.

W "Niemieckim słowniczku" można znaleźć najczęściej używane słowa ze współczesnego języka niemieckiego. Zawiera on starannie wyselekcjonowane i wybrane hasła zarówno z języka literackiego, jak i języka mówionego. Jak każdy słownik (nie ważne, czy mały, czy duży) podzielony jest na dwie części - w tym przypadku niemiecką i polską. Oprócz standardowego tłumaczenia haseł zostały zamieszczone tam również różne przykłady używania czy wyrażenia/zwroty oraz lista czasowników nieregularnych.

"Niemiecki słowniczek" zawiera około 30 000 haseł, zamieszczonych na 655 stronach. Miękka okładka sprawia, że nie stanie się on zbędnym ciężarem w naszej torbie czy plecaku. Maksimum treści zawarte w niewielkiej przestrzeni. Dzięki zaokrąglonym stronom słowniczkowi nie grozi nieestetyczne zaginanie.

W większości słowników obok hasła zamieszczona jest również pisownia wymowy danego słowa. Tu jej nie znajdziemy z bardzo prostej przyczyny - jest to słownik kieszonkowy, który ma być nam pomocą w krytycznych chwilach. 

Jednym słowem: wszystkim, którzy uczą się niemieckiego lub podróżują za naszą zachodnią granicę, polecam zabrać ze sobą "Niemiecki słowniczek" wydawnictwa Lingea. Dzięki niemu nie trzeba będzie dukać: "Ich verstehe nicht"... ;-)

Ocena: 5/6

Za udostępnienie słowniczka dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu LINGEA ;-)

Zostałam nominowana... ;-)

Serdecznie dziękuję za włączenie mnie do zabawy Liebster Blog Award - wszystko dzięki Agnieszce.


1. Twoja wymarzona oaza spokoju?
Łóżko w sypialni - serio, bez podtekstów :-) To tam najczęściej czytam. Stąd też nazwa bloga.

2. Czekać czy działać?
Wypadałoby od razu powiedzieć, że ... działać, ale nic w życiu nie jest tylko czarne albo tylko białe, więc skłaniałabym się do odpowiedzi: w zależności od okoliczności.

3. Twoja pozytywna myśl na początek dnia.
Ile jeszcze dni do weekendu (ewent.najbliższych wolnych dni w pracy) ?

4. Jak nazywali by się główni bohaterowie twojej powieści?
Jeśli kobieta to Zuzanna (Zuza), jeśli facet to.... hmmm, i tu mam problem: Franek, Kuba, Ksawery? - musiałabym się dłużej zastanowić. To taki mój subiektywny wybór, którego nie potrafię jakoś logicznie uzasadnić.

5. Którego bohatera nie lubisz, ale cię intryguje?
Aleksy Kiryłowicz Wroński z "Anny Kareniny". Dziwny typ.

6. Słowo, które ci teraz przyszło do głowy?
Tylko słowo? Polonistce kazać się wypowiadać TYLKO jednym słowem? To niemożliwe do zrealizowania. Zamiast słowa będzie całe zdanie: Im szybciej dziś posprzątam, tym więcej czasu będę miała na czytanie, ha!

7. Żałować że się nie zrobiło, czy żałować że się zrobiło?
Och, z pewnością to drugie. Tą zasadą kieruję się już od dobrych kilkunastu lat (od rozpoczęcia studiów, kiedy to poznałam moją przyjaciółkę).

8. Czym jest w twoim życiu blogowanie?
Początkowo blogowałam, żeby "zanotować", co już przeczytałam. Od jakiegoś czasu stało się to moją (oprócz czytania, rzecz jasna) pasją. Mogę się tu intelektualnie "wyżyć" i oczywiście staram się ciągle doskonalić mój styl (o ile mogę to tak nazwać).

9. Wolisz pozytywnego, negatywnego czy skomplikowanego bohatera książki?
Skomplikowanego, to jasne. Takiego, którego psychikę trzeba dopiero rozgryźć, rozłożyć na czynniki pierwsze. To, że go na przykład nie polubię, nie znaczy, że lektura książki, w której występował, nie wniosła nic do mojego życia.

10. Co malujesz na kartce, gdy ci się nudzi?
Dawno nie zaistniała taka sytuacja, więc nawet nie potrafię sobie przypomnieć;-)


Chciałabym tu nominować do zabawy Klaudię oraz Robertę Raj.
Moje pytania do Was:

1) Czym jest dla Ciebie czytanie?
2) Wieczór z książką czy wieczór z przyjaciółmi?
3) Książka, która wywarła wpływ na Twoje życie?
4) Najgorsza książka, jaką kiedykolwiek miałaś w dłoni?
5) Co czytasz najchętniej?
6) Gdzie czytasz?
7) Który bohater literacki mógłby zostać Twoim mężem?
8) Dwie książki (przeczytane w ubiegłym roku), które byś mi poleciła?

Miłego dnia! Ahoj!

środa, 8 stycznia 2014

Te chwile są z nami...

...czyli o tym, jak się czuje blogerka, kiedy otrzymuje e-maila od autora książki, którą ostatnio recenzowała :-)

Część z Was zapewne pamięta mój niedawny tekst dotyczący książki "100 kijów w mrowisko" autorstwa pana Jacka Wąsowicza (LINK). Ta książka naprawdę mnie zachwyciła. Obecnie w wolnych chwilach podczytuje ją mój mąż.


I co się okazuje? Wczoraj wieczorem otrzymałam maila od samego autora z podziękowaniem za recenzję. Nie będę tu cytować tego krótkiego listu, ale powiem Wam jedno: pan Jacek napisał, że moja recenzja ... dodaje skrzydeł. 
Zdajecie sobie sprawę, jak się teraz czuję??? Muszę jednak przyznać, że ten mail zmotywował mnie do dalszej pracy, samodoskonalenia się.

To taka iskierka w tunelu, mam nadzieję, że zapowiadająca nowy, lepszy (niż poprzedni) rok!

Gdybyście chcieli poznać pióro pana Wąsowicza - zerknijcie TU :-)








Niezdecydowanym polecam krótki wywiad z autorem:



"Te chwile są z nami
 I nikt nie zabierze ich(...)"
(Kamil Bednarek - Cisza)

Ps. Wiem, że dla części z Was kontakt z autorami to chleb powszedni, ale przypomnijcie sobie, jak się czuliście pierwszy raz odbierając podobnego maila ;-)

wtorek, 7 stycznia 2014

Margaret Leroy, Kolaborantka

Kolaboracja - jak zapewne wiecie - polega na współpracy z nieprzyjacielem, wrogiem, okupantem. Zabarwienie emocjonalne tego zwrotu przez długi czas (dopóki historycy nieco nie oczyścili pojęcia z odniesień ideologicznych) było negatywne i równoznaczne ze zdradą narodową. Kolaboracja najczęściej utożsamiana jest ze współpracą z hitlerowcami podczas II wojny światowej. Obecniej patrzy się na nią nieco łagodniej i jej mianem określa się zachowania społeczne ukazujące zbiorową uległość społeczeństwa wobec ogarniającej jej represji. Nie zawsze bowiem można patrzeć na świat dzieląc jego wartości tylko na czarne i/lub białe, o czym możecie się przekonać czytając "Kolaborantkę" Margaret Leroy.

Vivienne de la Mare próbuje przetrwać wojenny czas. Jej mąż walczy na froncie, a ona - z niedostatkami (spowodowanymi wojną), które panują na wyspie Guernsey, na której przyszło jej mieszkać. Ma pod opieką dwie córki oraz zniedołężniałą teściową, której życie ma się ku końcowi. Podczas okupacji okazuje się, że sąsiedni dom został zamieszkany przez Niemców. Jeden z niemieckich oficerów drobnymi gestami próbuje okazać Vivienne swoją życzliwość. Czy ich przyjmowanie jest już zdradą wobec własnego kraju? Kobieta sama ze sobą toczy walkę...

Jakoś tak się złożyło, że praktycznie pod rząd przeczytałam dwie powieści, których tłem są czasy II wojny światowej. Choć ostatnio pisałam, że moje czytelnicze wybory są bardziej przemyślane niż dotychczas, to muszę tu przyznać, że zarówno "Kolaborantkę", jak i "Przemilczenia" wypożyczyłam pod wpływem impulsu. Nie były to lektury, że tak powiem, planowane. Mimo tego faktu nie mogę powiedzieć, że żałuję. 

Miłość to piękne uczucie (ależ banał, prawda?). Jak przyjemnie jest kochać i być kochanym (dobra, wiem - kolejny banał)... Wszystko pięknie ładnie, szczególnie jeśli żyjemy (i kochamy) w czasach względnego pokoju. A co z tymi, którym przyszło żyć w czasach wojennej zawieruchy? Czy mieli oni zamknąć swoje serca na kłódkę i odsunąć od siebie jakiekolwiek myśli o miłości? Przecież wiemy, że to nie takie proste. Powieść, którą tu opisuję, traktuje właśnie o rodzącym się uczuciu, kiedy w tle słychać spadające bomby. Mamy tu jednak dodatkową komplikację, dodatkowy dramat. Główna bohaterka zakochuje się bowiem w osobie, zaliczanej do miana wrogów. Margaret Leroy w piękny sposób ukazała, jak rodziła się ta miłość, jak wiele wymagała (szczególnie od Vivienne), jakim ryzykiem była obarczona. Główna bohaterka każdego dnia walczy, by jakoś utrzymać rodzinę (mimo wielu ograniczeń, nie tylko żywnościowych). Stara się jak tylko może, by o jej romansie nie dowiedzieli się mieszkańcy wyspy.

Kolejnym wątkiem powieści była pomoc więźniowi, któremu czasem udaje się "wyjść" (dzięki temu, że niektórzy strażnili przymykali oko) z pobliskiego obozu. Zaczyna się od tego, że młodsza córka Vivienne zaprzyjaźnia się z tym człowiekiem i wykrada dla niego jedzenie z domowej spiżarni, choć i w niej zieje pustką. Gdy Vivienne dowiaduje się o tym, postanawia wziąć sprawy we własne ręce. Jej strach o córki jest czymś, o czym trudno w dzisiejszych czasach pisać. Nie mamy chyba bowiem porównania z naszymi doświadczeniami... W wyniku tego strachu oraz wrodzonej dobroci sama zaczyna pomagać więźniowi. Czy uda się mu pomóc...?

"Kolaborantka" dotyka niezwykle trudnego, ale zarazem delikatnego tematu - zakazanych związków w przerażającym czasie II wojny światowej. W tych mrocznych chwilach żaden wybór nie jest prosty. Tytuł wydaje się nie do końca trafny, bo przecież główna bohaterka nie przekazywała Niemcom żadnych strategicznych informacji o swoim państwie. A to, że czasem otrzymała bochenek chleba, to już inna historia... Dobroć okazujemy przecież chyba niezależnie od swojego pochodzenia...

Ocena: 5/6

Ta recenzja bierze udział w wyzwaniu:

Grubość książki: 2,50 cm
Mój wzrost 173 cm

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Sue Eckstein, Przemilczenia

Akcja powieści autorstwa amerykańskiej pisarki Sue Eckstein toczy się dwutorowo (do czego doszłam - niestety - dopiero po przeczytaniu wielu stron). Poniżej spróbuję najpierw w skrócie przedstawić Wam fabułę tej niewielkiej objętościowo książki.

Julia Rosenthal po wielu latach ma możliwość obejrzenia swojego rodzinnego domu. Korzystajac z uprzejmości obecnie mieszkającej tam kobiety, spaceruje po domu, przypominając sobie własne dzieciństwo. Z pozoru było ono całkiem normalne, zwyczajne, ale pod tą skorupą normalności kryły się dosyć niepokojące wydarzenia (na przykład dziwne pobyty matki Julii w szpitalu psychiatrycznym, jej nagłe i niespodziewane zniknięcia czy ukrywanie różnych spraw z przeszłości). Julia próbuje rozeznać się w rodzinnych sekretach i wyjaśnić, czy miały one jakikolwiek wpływ na wychowanie jej córki, Susanny. Natomiast brat Julii, Max, woli nie zagłębiać się w przeszłość i żyć dniem dzisiejszym.

Druga opowieść dotyczy pewnej kobiety, która przywołuje wspomnienia z lat spędzonych w Niemczech w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Bardzo powoli otwiera się ona przed słuchaczem (prawdopodobnie psychologiem) i ujawnia wiele bolesnych tajemnic, o których wcześniej nikomu nie mówiła. Jej opowieść dotyczy dorastania w trudnych czasach II wojny światowej. Nie miała ta kobieta łatwego życia - ojciec terroryzował rodzinę, bił nawet za małe przewinienia. Dopiero później dowiadujemy się, że kobietą zwierzającą się u terapeuty jest sama matka Julii.

"Przemilczenia" nie dotykają tematyki wojennej tak wprost, jak jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Tu dla autorki ważniejsza jest psychika ludzka; to, czy pewne cechy dziedziczymy czy nabywamy w takich, a nie innych okolicznościach. Matka Julii została w pewien sposób okaleczona uczuciowo, wmawiano jej, że nie jest wiele warta. W przyszłości nie będzie potrafiła ona stworzyć ciepłej, kochającej prawdziwie rodziny właśnie dlatego, że nie miała odpowiedniego wzorca w domu rodzinnym. Przemilczenia nie są sposobem rozwiązywania problemów. To może być dla niektórych tylko pusty frazes, ale jeżeli zastanowimy się głębiej, to wszyscy dojdziemy do wniosku, że ukrywanie wielu spraw, przemilczanie problemów raczej nie wychodzi nam na dobre...

"Przemilczenia" Sue Eckstein zmuszają do zastanowienia się, jak wielki wpływ na ludzi ma wojna. Czy ich psychika jest w stanie wrócić do normy "sprzed" wojny? Dlaczego o tak wielu kwestiach milczą? Czy nadal się czegoś boją? Takich pytań jest więcej...

Książka poruszająca, ale w moim odczuciu jakby trochę niedopracowana. Coś jak nieoszlifowany diamencik. Mimo tematyki ciężkiego kalibru nie przemówiła do mnie tak, jakbym oczekiwała.

Poszczególne wątki łączą się w spójną całość stosunkowo późno, co mnie dosyć wyprowadziło z równowagi. Sposób poprowadzenia narracji nie ułatwił mi "odpowiedniego" odbioru tej książki. A szkoda, bo potencjał jest...

Ocena: 4,5/6

Ta recenzja bierze udział w wyzwaniach:
Grubość książki: 2,00 cm
Mój wzrost: 173 cm


Widziałam dobry film...

... a w zasadzie kilka naprawdę dobrych filmów. To będzie takie krótkie podsumowanie ostatnich tygodni:

1) Kamerdyner - to historia czarnoskórego kamerdynera Białego Domu, który na przestrzeni trzech dekad służył ośmiu prezydentom













2) Koneser (org.La Migliore offerta) - po śmierci rodziców Claire Ibbetson zostaje właścicielką dzieł sztuki o nieoszacowanej wartości. W jej otoczeniu pojawia się coraz więcej osób proponujących swoją pomoc. Film godny uwagi, naprawdę zaskakujący :)













3) Zakazane pragnienia - o tym, że należy doceniać to, co się ma ;)













4) Stuck in Love - o pisarzu, który nie może się otrząsnąć po rozwodzie. W tym samym czasie jego nastoletnie dzieci przeżywają pierwsze miłości













5) Koliber (org. Hummingbird) - historia o byłym żołnierzu sił specjalnych, który staje się bezdomny. Zrządzenie losu sprawia, że przejmuje tożsamość innej osoby













6) Oszukane - o tym polskim filmie chyba nie muszę pisać, bo prawie każdy o nim słyszał













7) Zagubiony czas - dwójka zakochanych więźniów obozu koncentracyjnego organizuje ucieczkę, lecz los i wojna rozdzielają ich. Po wielu latach kobieta, dostrzegając lubego w telewizji, postanawia go odnaleźć. Przejmująca historia...













8) Wakacje Waltera - nieśmiały nastolatek zostaje zmuszony do spędzenia wakcji u dwóch ekscentrycznych krewnych. Chłopak zdobywa tam doświadczenia, staje się bardziej pewny siebie. Ciepła opowieść o życiu :)













9) Sęp - tytułowy Sęp to policjant o wyjątkowych zdolnościach dedukcyjnych. Dostaje on zlecenie poprowadzenia dochodzenia w sprawie znikających przestępców













Nieco mniej emocji wzbudził we mnie:

1) Świat w płomieniach - bohaterem jest niedoszły agent służb specjalnych, który zabiera córkę na wycieczkę po Białym Domu (a ten staje się celem ataku grupy terrorystów)













Wszystkie plakaty i większość opisów filmów zaczerpnęłam z filmweb.pl

Pozycje nr 1, 2 i 7 to filmy, które polecam naprawdę gorąco :)

sobota, 4 stycznia 2014

Maciej Zaremba Bielawski, Higieniści. Z dziejów eugeniki

Eugenika to temat-rzeka. Spróbuję Wam przybliżyć to, co ostatnimi czasy poruszało mnie do głębi...

Jak doszło do tego, że w demokratycznym państwie (mam tu na myśli Szwecję) do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku na tysiącach obywateli wykonano zabiegi pozbawiające ich płodności? Dlaczego podzielono ludzi na "pożytecznych" i "małowartościowych"? Dlaczego głośno zaczęto mówić o tym problemie dopiero na przełomie XX i XXI wieku?

 Wśród eugeników znaleźć możemy rozmaitych fanatyków i szarlatanów - wszyscy oni byli oczywiście przekonani o swojej racji. Możliwe, że do pewnych zdarzeń by nie doszło, gdyby nie fakt, że nauka posiadała instrumenty do ulepszania ludzkości. To wystarczyło, by zainspirować ludzi do planów reform.

Wiele "autorytetów" medycznych z końca XIX wieku uznawało, że wszelkie ograniczenia ("nierozgarnięcie", przestępczość, włóczęgostwo, prostytucja, porywczość - proszę zwrócić uwagę, że wszystkie te pojęcia były wrzucane do "jednego worka") są dziedziczne. Należało wobec tego zintensyfikować rozmnażanie tych najbardziej inteligentnych. Ale te kwestie pozostały raczej w sferze teorii - bo jak państwo miałoby zmusić ludzi do łączenia się w pary? Pozostała więc możliwość kontrolowania rozmnażania się "nieodpowiednich" członków społeczeństwa. 

Pierwszym krajem, który eugenikę uznał za dyscyplinę naukową, była Szwecja. W ten sposób "w ciągu dziesięciolecia 1928-1938 pięć nordyckich demokracji i trzy reżimy autorytarne wokół Bałtyku wprowadziły ustawodawstwo higieny rasy". (s.63-64) Bardzo dokładnie analizuje autor losy eugeniki w Wielkiej Brytanii i USA. Na wyspach trwała burzliwa debata, gdyż czołowi badacze mieli diametralnie różne poglądy. Wątpliwości budziła "dobrowolność" (bo jednak odbierało się pacjentom prawo do własnego zdania i podjęcia decyzji o sterylizacji). Ostatecznie ustawa w Wielkiej Brytanii nie została przyjęta. W Ameryce samowolka eugeniczna miała swe korzenie w Kalifornii, gdzie najważniejszym argumentem "za" były kwoty możliwe do zaoszczędzenia w danym stanie. Pierwsze kalifornijskie ustawy wprowadzono w życie dosyć szybko i energicznie. Później kolejne stany wprowadzały odpowiednie ustawy. Amerykanie nawet nie trudzili się, by wykazać (w dokumentacjach) wartość sterylizacji ze względów medycznych - wyliczano po prostu "ograniczonych", "zboczeńców" itp.

W następnej kolejności autor opisuje wszelkie objawy higieny rasy na terenie Niemiec. Sterylizacja z punktu widzenia prawa była uszkodzeniem ciała - znaleziono jednak i na to "radę". Otóż zdrowia nie powinno się rozpatrywać "indywidualnie", lecz jako przedmiot wspólnoty. Określano sterylizację mianem zabiegu profilaktycznego (!!!). Propozycje te zostały przez rząd pruski odrzucone. W 1933 roku Hitler podpisał ustawę, która później doprowadziła do tysięcy przymusowych sterylizacji (niby były one dobrowolne, ale jeśli się ktoś nie zgodził, to grożono mu np. cofnięciem zasiłku). Przeraża fakt, jak łatwo "demokratyczna" higiena rasy przekształciła się w totalitarną...

W Japonii ustawy o sterylizacjach eugenicznych obowiązywały od 1940 do 1996 roku. Wysterylizowano tam (według oficjalnych statystyk ponad 840 tysięcy osób). Możliwe, że trwałoby to do dziś, gdyby na konferencji ludnościowej w Kairze nie dowiedziała się o tym zagraniczna świadomość publiczna. W Japonii krnąbrnego pacjenta można było potraktować siłą, czyli np. skrępować (później premier obiecał, że ten przymus nie będzie stosowany). O ile na Zachodzie uważano, że segregacja to wynik ulepszania cywilizacji (szczepionki pomagały żyć "niewartościowym"), o tyle w Japonii eugenicy uznali, że "jakość ludzi" można podnieść dzięki lepszej higienie, opiece zdrowotnej itd. Nie będę streszczać tu wszystkich poruszanych wątków, ale muszę przyznać, że higena rasy w wersji "japońskiej" poruszyła mnie do głębi.

Dalej poznajemy historię eugeniki we Francji, Włoszech i Ameryce Łacińskiej. Dostrzeżemy, że różnice w mentalności poszczególnych narodów kazały im inaczej patrzeć na kwestie higieny rasy. Szeroko rozpisał autor dzieje pierwszej krytyki ruchu eugenicznego. Ktoś w końcu dostrzegł, że dzieje się tam samowolka...
Niesmak budzi wiadomość, że w Polsce z ideą ruchu eugenicznego sympatyzowali Tadeusz Boy-Żeleński czy Janusz Korczak.

A jak w ogóle doszło do tego, że ten ruch mógł się utrzymać np. w Szwecji? Przecież - jak się później okazało - propagatorzy ruchu eugenicznego wcale nie byli "głosem ludu"... Tysiące sterylizacji mogło mieć miejsce, bo władza była scentralizowana, tworzyła system naczyń połączonych.

Co najbardziej przeraża, to fakt, że w zasadzie idee ruchu eugenicznego nie zostały całkowicie wyrugowane ze świadomości ludzi. Czymże jest bowiem (jak nie zmienioną nieco higieną rasy) oskarżanie lekarzy o tzw. "złe urodzenie" (dzieci domagają się odszkodowania, bo urodziły się kalekie; czasem te pozwy wychodzą od rodziców owych dzieci) - czyli brak porządnych danych o wynikach z badań prenatalnych...?

Tego typu książki powinny (przynajmniej we fragmentach) być lekturą w szkołach średnich. "Higieniści" to pozycja dotykająca trudnej tematyki, ale napisana językiem zrozumiałym. Pozostawia wiele emocji, niektóre kwestie do tej pory powodują moje wzburzenie. Poszerza horyzonty - to pewne.

Polecam gorąco!

Ocena: 6/6

Ta recenzja bierze udział w wyzwaniu:


Grubość książki: 3,40 cm
Mój wzrost: 173 cm

piątek, 3 stycznia 2014

Paolo Curtaz, Miłość i inne sporty ekstremalne

O miłości napisano już tyle, że nikt z nas nie jest w stanie przeczytać tego wszystkiego w ciągu swojego życia. Są jednak takie książki traktujące o tym uczuciu, które naprawdę warto poznać. W moim odczuciu należy do nich "Miłość i inne sporty ekstremalne". Miłość niezmiennie połączona jest z ryzykiem i wyzwaniami, nie wspominając o wielkich emocjach. Dlatego spokojnie można ją zaliczyć do dziedziny "sportów ekstremalnych"...

Autor na przykładzie Włoch obrazuje, jak wygląda model (tradycyjnej) rodziny i jak się on zmienia w ostatnich latach. Pisze językiem prostym, zrozumiałym, bez bufonady. Obala różne tezy i robi to w niezmiernie ciekawy sposób. Zauważa także, że zachodni świat przeżywa głęboki kryzys uczuć.

Paolo Curtaz wielokrotnie podaje cytaty z Pisma Świętego, po czym dogłębnie je analizuje. Na szczęście nie czyni tego w sposób, jakim posługiwali się swego czasu moi profesorowie podczas studiów (nie umniejszając im). Używa prostego języka, zrozumiałego dla każdego.

W "Miłości..." znajduje się wiele mądrych myśli, poniżej jedna z nich:

Zaakceptowanie punktu widzenia drugiej osoby bywa bardzo trudne. Wymaga bowiem wyjścia poza ramy swojego światopoglądu, wymaga dialogu i spotkania, wymaga gotowości do zrewidowania własnych poglądów*. (s.45)

Autor prowadzi wywód, w którym stwierdza, że odmienność między kobietą a mężczyzną jest wynikiem Bożego planu i jest nam ona potrzebna do szczęśliwego związku (małżeństwa). Powtarza też mądrość, że miłość jest jak ogród, który trzeba pielęgnować. Trzeba wyjść ze stanu zakochania, by móc prawdziwie kochać. P. Curtaz podejmuje temat rodzicielstwa, które w społeczeństwie włoskim wygląda w zasadzie bardzo podobnie jak na naszym rodzimym podwórku. Znikoma pomoc państwa w kwestiach związanych z wychowaniem potomstwa i próby radzenia sobie w czasach, kiedy dzieci postrzega się jak jachty (czyli jak dobra luksusowe) - to cechy wspólne.

Pan Curtaz tłumaczy także, co się dzieje w związku po zdradzie i sugeruje, że naprawdę nie warto tego robić. Na każde swoje zdanie ma solidne wytłumaczenia - to nie jest jego "widzimisię":

Wychodzimy z domu, aby spróbować nowego dania, ale po kilku miesiącach orientujemy się, że zupa jest dokładnie taka sama... (s.154)

Na czynniki pierwsze zostaje rozłożona chęć uwodzenia. Z pełnym zrozumieniem autor dotyka tematów związanych z płodnością, próbuje pojąć dramat rodzin, które nie mogą mieć dzieci.

Ujął mnie rozdział "Rut i Noemi. Rehabilitacja teściowej". Pewnie dlatego, że sama również mam dobre (bardzo!) kontakty z własną teściową - tak jak Rut z Noemi. W tym miejscu warto byłoby zaznaczyć, że autor posłużył się pewną metodą w konstrukcji swojej książki. Otóż każdy rozdział opowiada o konkretnych postaciach biblijnych. Po czym na kanwie ich losów roztrząsany jest i tłumaczony określony temat/problem. Dzięki temu nie powstaje dysonans między życiem tu i teraz, a tym, co przekazuje Pismo Święte. Jasno i klarownie tłumaczy autor, że kłótnie w małżeństwie nie muszą być oznaką kryzysu. Musimy tylko nauczyć się, jak kłócić się konstruktywnie, by wzajemnie się nie ranić i nie upokarzać. Nie zabrakło miejsca na omówienie tematu odmienności, a konkretnie - kwestii związanych z małżeństwami wielokulturowymi.

Paolo Curtaz umiejętnie, w sposób jasny i klarowny porusza "życiowe" tematy. Wyjaśnia wszystko bez religijnego nadęcia, przez co lektura jest interesująca i pouczająca. Daleko jej jednak do przesadnego dydaktyzmu. Szkoda tylko, że autor odwoływał się do dziedzictwa włoskiego. Gdyby nie to, spokojnie można by zaliczyć książkę w poczet tych, które traktują o uniwersalnych problemach ludzi.

Na koniec jeszcze kilka słów godnych zapamiętania:

Zostaliśmy stworzeni po to, aby poznać Boga, aby szybować w przestworzach jak orły, a tłoczymy się w swoim gronie jak kurczaki na podwórku. Jesteśmy niepowtarzalnymi arcydziełami, a kopiujemy tylko inne kopie. Jesteśmy piękni, a ukrywamy się za maskami. Jesteśmy cennymi klejnotami, a zakładamy na siebie podróbki... (s.49)

Komu polecam?
Wszystkim, którzy są w związkach; tym, którzy są małżonkami lub wkrótce mają nimi zostać; tym, którzy chcieliby coś w swoim małżeństwie zmienić.

* Wszystkie cytaty za: Paolo Curtaz, Miłość i inne sporty ekstremalne, Kraków 2013 (w nawiasach podaję numery stron)

Ocena:
5/6

Ta recenzja bierze udział w wyzwaniu:

źródło

Grubość książki: 2,20 cm
Mój wzrost: 173 cm

Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu WAM