sobota, 31 maja 2014

Spotkanie autorskie z... OLGĄ TOKARCZUK

W dniu wczorajszym miałam przyjemność uczestniczenia w spotkaniu autorskim z panią Olgą Tokarczuk, wybitną polską pisarką, prozaiczką, autorką wielu prestiżowych nagród - m.in. Nike (2008 r.) za powieść "Bieguni". Jej najbardziej rozpoznawalne książki to "Prawiek i inne czasy", "Dom dzienny, dom nocny" oraz "Bieguni". Spotkanie poprowadził Bartosz Walat z kędzierzyńskiego Radia Park Fm.

Jako powieściopisarka zadebiutowała w 1993 roku, więc - jak sama opowiadała podczas spotkania - miała okazję przyglądać się zmianom na polskim rynku wydawniczym.

Pani Olga bardzo ciekawie opowiadała o różnych kwestiach związanych z tłumaczeniami jej książek oraz o współpracy z tłumaczami - jak się okazuje różnice światopoglądowe, kulturowe czy klimatyczne (dana roślina może nie rosnąć w innym kraju) są czasem tak wielkie, że niejednokrotnie pytania od tłumaczy wbijały ją w fotel.

Autorka wprost i "bez ściemy" zauważyła, że obecnie na rynku wydawniczym brak dobrych powieści w stylu "Anny Kareniny" czy "Wojny i pokoju". Ze smutkiem muszę się z nią zgodzić. Takich "monumentalnych" książek obecnie w zasadzie brak, chociaż wydawnictwa zalewają nas ogromem nowości i bestsellerów, to daleko im do "klasyki"... Olga Tokarczuk stwierdziła również, że obecnie pojawia się sporo książek, w których autorzy traktują tylko o... sobie. Czym się zajmowali, gdzie byli, jakie przygody przeżyli - ale czy zawsze jest to aż tak interesujące?

Smutna rzecz jest taka - to kolejna z kwestii poruszonych podczas spotkania przez panią Olgę - że pisarze w naszym kraju nie są konkretną grupą zawodową, więc wszelkie sprawy związane z ubezpieczeniem czy składkami na emeryturę muszą załatwiać we własnym zakresie. Ponoć kiedyś pani Olga poszła do banku, żeby wziąć kredyt. Kiedy powiedziała, że jest pisarką (no bo padło pytanie, z czego się utrzymuje) - została wyśmiana... Dlatego śmiała się, że chętnie przyjęłaby kolejną nagrodę NIKE, bo z wygranych pieniędzy mogłaby utrzymać się przez dłuższy czas.

Usłyszeliśmy również, jak wygląda obecnie współpraca z wydawnictwami - bardzo często jest to praca w kieracie, bo co rok lub dwa lata należy mieć napisaną nową powieść (jeśli jest się już poczytnym autorem). Pani Olga trochę zazdrości Niemcom, bo tam ta współpraca jest na bardzo wysokim poziomie (bardzo dokładnie zaplanowane trasy promocyjne książki, do tego stopnia, że autor może jechać w nie ze swoją rodziną) i tam pisarze, poeci to konkretny zawód (doceniany jako "dobro kultury"). Niestety zanim takie podejście będą mieli polscy urzędnicy... ach, szkoda gadać.

Jeden z czytelników pokusił się o stwierdzenie, że widzi pewne podobieństwo książki "Prawiek i inne czasy" do "Stu lat samotności", co autorka przyjęła z uśmiechem, czując się zaszczycona takim porównaniem.

Na koniec mogliśmy dowiedzieć się, czym obecnie zajmuje się pani Olga - kończą się prace nad jej najnowszą książką pt. "Księgi jakubowe" (nie jestem pewna, czy dobrze zapisałam tytuł) - czyli kontrowersyjną powieścią historyczną.


Oczywiście udało mi się zdobyć autograf, z czego jestem ogromnie zadowolona:



Ps. Naprawdę fantastyczna z pani Olgi kobieta, sympatyczna, wzbudzająca zaufanie i chęć podyskutowania o literaturze... :D

piątek, 30 maja 2014

Sara Connell, Surogatka. Jak moja mama urodziła mi syna

Bycie matką to najprawdopodobniej najpiękniejsze uczucie na świecie. Piszę najprawdopodobniej, bo sama jeszcze nie dostąpiłam tego zaszczytu. Niektóre z kobiet zostają matkami nieoczekiwanie, a ich dzieci są wynikiem radosnych igraszek. Inne w sposób planowy i systematyczny przygotowują się do macierzyństwa. Jeszcze inne - ogromnie pragną go doświadczyć/doświadczać, ale z różnych powodów medycznych nie jest im to dane. Mają problemy z samym zajściem w ciążę, a jeśli już się im to uda (nierzadko z "laboratoryjną" pomocą), to miewają trudności z tzw. "donoszeniem" ciąży. Właśnie do tej ostatniej grupy należy Sara Connell, autorka książki "Surogatka. Jak moja mama urodziła mi syna".

Sara i jej mąż Bill przez siedem lat starali się o dziecko. Przeszli wyboistą drogę, naznaczoną trudnościami, ćwiczeniem cierpliwości i wielokrotnie... łzami. Początkowo pomocy szukali w akupunkturze, a gdy ta nie przyniosła oczekiwanych efektów, zdecydowali się na proces sztucznego zapłodnienia - przeszli aż siedem jego cykli! Los doświadczył ich boleśnie: przeżyli jedno wczesne poronienie, a później - gdy Sara była już w piątym miesiącu kolejnej ciąży - stracili dwoje bliźniąt. To odcisnęło ogromne piętno na kobiecie, która po tych smutnych doświadczeniach stała się bardzo nieufna i bojaźliwa.

Sara Connell opisuje swoją trudną i żmudną drogę do macierzyństwa. Aby czytelnicy w pełni mogli pojąć "cud", który się przydarzył jej i jej mężowi, nie stroni od opisu swoich relacji z mamą, z rodzicami - które przez pewien czas nie były natchnione miłością i zrozumieniem. Sara w wyniku pewnych przeżyć odsunęła się od rodziców i utrzymywała z nimi jedynie kurtuazyjny kontakt. Tym bardziej zadziwia fakt, że jej własna matka zdecydowała się zostać surogatką - w wieku prawie sześćdziesięciu lat!

Wiele wspomnień autorki przepełnionych jest tym, czym zajmuje się ona na co dzień - tworzeniem "wizualizacji" własnego życia (Sara jest trenerem rozwoju osobistego, prowadzi szkolenia dla kobiet). Sporo uwagi poświęca refleksologii i technikom medytacyjnym. Przyznam szczerze - do wszystkich tych fragmentów książki byłam uprzedzona. Chyba jestem małostkowa: nie podoba mi się coś, czego tak naprawdę nie znam. Źle to o mnie świadczy... ale mówię, jak jest.

Pokuszę się o refleksję - uważam, że książka mogłaby być o 1/3 krótsza. Autorka wiele razy niepotrzebnie - moim zdaniem - skupiała się na opisach otaczającego ją świata, próbując opóźnić właściwy tok narracji. Czy naprawdę w całym tym zamieszaniu pamiętała, jaka była w danym dniu pogoda? Albo kto był jak ubrany? Szczerze w to wątpię. A ja przecież chciałam wiedzieć, co działo się dalej. Sara skupiała się na opisach wystroju wnętrz, architektury czy pogody, a ja naprawdę nie o tym chciałam czytać. Ten element książki bardzo mnie drażnił. Poza tym język lektury jest prosty, a całość czyta się płynnie.

Nie potrafię podjąć się oceny sytuacji opisanej w książce. Jestem świeżo po lekturze "Faktury na zabijanie" Terlikowskiego i na kwestię zapłodnienia in vitro patrzę teraz z innej perspektywy. Jednak historia Sary i jej męża Billa zmusza do zastanowienia - co my byśmy zrobili na ich miejscu? Całkiem zrezygnowali z posiadania potomstwa? Zdecydowali się na trud życia rodziny zastępczej lub adopcyjnej? Na te pytania nie ma łatwej i jednoznacznej odpowiedzi.

Spoilerem nie będzie informacja (w kontekście okładki i kilku zdjęć wewnątrz książki), że w końcu Sarze i Billowi udało się zostać rodzicami. Cała fabuła prowadzi nas do tego szczęśliwego momentu. Ramy książki wypełniają opisy walki o rodzicielstwo, ból i rozpacz po nieudanych próbach... Wspaniałe jest to, że Sarze udało się odbudować relację z własną matką - zżyły się ze sobą i więź między nimi jest teraz niezwykle silna. To pokazuje, jak wielka siła tkwi... w rodzinie.

Abstrahując od filozofowania, czy Sara i Bill podjęli słuszną (pod względem etycznym) decyzję, czy też nie, jest to opowieść o tym, że warto mieć nadzieję...

Zainteresowanych tematem odsyłam na stronę: http://www.saraconnell.com


Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu Nasza Księgarnia


Grubość książki: 2,40 cm


środa, 28 maja 2014

Jeannette Kalyta, Położna. 3550 cudów narodzin

"Żyję z seksu i pracuję na telefon" - tak sama o sobie mówi Jeannette Kalyta, autorka książki "Położna. 3550 cudów narodzin".

Ostatnio mam szczęście do książek - trafiam na same wartościowe "perełki". O "Położnej..." gdzieś kiedyś przeczytałam i zamierzałam zabrać się za nią w niedalekiej przyszłości, ale w mojej bibliotece udało mi się szybko wskoczyć w kolejkę oczekujących na tę książkę i już - już jestem po lekturze. Cóż na początek mogę powiedzieć? FANTASTYCZNA. Ogromnie cieszę się, że przeczytałam tę książkę teraz. Choć nie jest to poradnik - wiem już, czego mogę się spodziewać, a czego mogę wymagać na oddziale położniczym.

"Położna. 3550 cudów narodzin" to autobiograficzna historia Jeannette Kalyty - znanej wielu jako "położna gwiazd'. Przyznam się bez bicia, że nie kojarzyłam wcześniej tej pani, która od ponad 25 lat jest położną i która przyjęła (a nie "odebrała" jak to się czasem mówi - wszak odebrać można życie, a poród się "przyjmuje") ponad  trzy tysiące porodów. Dopiero po przekopaniu połowy internetu dotarłam do reklamy pewnego środka służącego do higieny intymnej i przypomniałam sobie, że dziwiło mnie imię i nazwisko osoby polecającej ten specyfik. To była właśnie pani Jeannette Kalyta. W swoim środowisku znana jest jako propagatorka rodzenia po ludzku, z pełnym zrozumieniem wobec kobiety mającej wydać na świat potomstwo.

Z książki przebija obraz powoli zmieniającego się położnictwa w Polsce. Był to proces podobny do porodu - rodził się wolno i w bólach... Często bywało tak, że szpitale były już zaopatrzone w odpowiednie sprzęty, ale... mentalność lekarzy i położnych nie nadążała za zmianami. Zdarzało się i tak, że problemem była na przykład przełożona położnych, która celowo utrudniała pracę autorce. J. Kalyta z czasem została doceniona za pracę na rzecz rodzenia po ludzku i to powodowało w środowisku zawiść. Oto Polska właśnie.

Pani Kalyta opisuje swoje doświadczenia w pracy położnej. Niektóre są przerażające, inne zabawne, jeszcze inne powodują „pocenie się oczu”. Widać, że praca jest jej powołaniem. Trochę trwało, zanim zrozumiała mechanizmy rządzące szpitalami (oddziałami położniczymi w połowie lat ’80), ale nie chciała zgadzać się z nimi. I już na swoim pierwszym dyżurze w pracy sprzeciwiła się powszechnie obowiązującym  regułom, kładąc dziecko na brzuchu matki (zaraz po urodzeniu).

Autorka odczarowuje poród z mitów, których wszędzie pełno. Uświadamia, że ból to "standardowy" towarzysz przyjścia na świat nowej istoty. Pani Jeannette pomaga go oswoić... Pokazuje, jakie zmiany dokonały się na przełomie ostatnich 20-30 lat w polskim położnictwie.

Obecnie czasy są inne, ojcowie są bardziej uświadomieni. Mają więcej przywilejów. W połowie lat osiemdziesiątych mogli tylko pomarzyć o tym, że wejdą do sali zaraz po porodzie, by obejrzeć dziecko, a co dopiero, by w tym porodzie uczestniczyć. Prawda jest też taka, że ówcześnie położne nie miały dobrego PR-u - rodziło się wtedy mnóstwo dzieci (wyż demograficzny), one same bywały przemęczone, a co za tym idzie - złe i niemiłe. Ileż opowieści krąży o wrednych położnych... Moja Mama zaraz po przybyciu do szpitala również od jednej z nich usłyszała: "Boże, kolejna do rodzenia?".

Oprócz zwykłych czy niezwykłych porodów, pani Kalyta ma również do czynienia z zabawnymi historiami. Pozwolę sobie przytoczyć tu jedną. Na oddział została przyjęta pani, która była dziewicą oraz... mężatką od czterech lat. Autorka zapytała więc męża, czemu nie zgłosili się do ginekologa na przecięcie błony dziewiczej:

- Moja żona miałaby stracić dziewictwo z innym mężczyzną?! Chyba pani żartuje - odburknął niemiło.
- Trzeba było pójść do kobiety - zasugerowałam.
- Jeszcze gorzej - odparł. - Żaden zabieg nie wchodzi w grę. Zdecydowaliśmy, że najlepiej będzie, jak się to stanie przy porodzie. Poza tym zawsze możemy powiedzieć, że syn się urodził z matki dziewicy, jak Jezus. (s. 260)

Wiele podobnych historii w trakcie rodzinnych ploteczek opowiada i opowiadała mi moja własna Mama. Jak na przykład opowieść o kobiecie, która leżała w pokoju razem z Mamą i również czekała na rozwiązanie. Tyle, że miała naprawdę ogromny brzuch. Mama próbowała żartować, że na pewno będą bliźniaki, ale pani zarzekała się, że nie - że jest po badaniach i czeka na JEDNO dziecko. A że były to czasy, kiedy USG nie było standardem, to nic nie powinno nas zdziwić. Nadszedł czas porodu. Siłami natury owa pani wydała na świat jedno dziecko (płci niestety nie pamiętam), no i już zespół był przygotowany na to, by kończyć... ale ta pani stwierdziła, że coś jej nie pasuje, coś jakby się w niej jeszcze rusza. Więc lekarz podszedł i dosłownie położył się na jej brzuchu... po czym na świat przyszło KOLEJNE dziecko... Mąż był w takim szoku, że po przyjściu w odwiedziny do żony prawie zaraz wyszedł, bo stwierdził, że "to drugie" na pewno nie jest jego... Dalszej historii niestety nie pamiętam, ale do dziś napawa mnie ona przerażeniem. 

Książka ogromnie przypadła mi do gustu, urzekła mnie historiami porodów, "ludzkim" podejściem do tematu (bez nadmiernego epatowania medycznym słownictwem). Ta ciepła opowieść zawierająca przedziwne historie z sal szpitali położniczych, Domów Narodzin czy zwykłych domów co najmniej kilkukrotnie doprowadziły mnie do płaczu (również płaczu ze śmiechu;)). Autorka - jako doświadczona położna - dowodzi, że nie ma dwóch identycznych porodów. Każdy jest indywidualnym i mistycznym przeżyciem. Cieszę się, że przeczytałam tę książkę już teraz, pomimo że doświadczenie macierzyństwa jest - mam nadzieję - wciąż przede mną...

Grubość książki: 2,40 cm

wtorek, 27 maja 2014

Agnieszka Kaluga, Zorkownia


Jakoś tak się złożyło, że dzień po dniu przeczytałam dwie niezwykle trudne, wartościowe książki. Tego typu lektury pozwalają mi otrząsnąć się z marazmu negatywnego myślenia czy użalania się nad sobą. "Zorkownia" na nowo pomogła mi ustawić hierarchię rzeczy ważnych i ważniejszych. "Zorkownia" to nie tylko tytuł książki, to również nazwa bloga, którego prowadzi Agnieszka Kaluga. Po niezwykle trudnych doświadczeniach we własnym życiu, autorka postanowiła użyć swoich sił w wolontariacie - wybrała jego najcięższy kaliber: wolontariat w hospicjum palium.

To przejmująca opowieść o cierpieniu, bólu, stracie, nad którymi nie da się przejść do „porządku dziennego”. Autorka jest - jak wspomniałam -  wolontariuszką w hospicjum. Na co dzień spotyka się z chorymi, w większości przykutymi do łóżek. Pomaga im być w tych dniach, które dla większości z nich są ostatnimi dniami życia. Jakie pokłady ciepła, serdeczności, wewnętrznej siły trzeba mieć w sobie, by być dla tych ludzi wsparciem? Czasem potrzebny jest dotyk, pogłaskanie, podanie szklanki wody, innym razem - wystarczy samo przebywanie, bycie obok - chociaż może nie tyle obok, ile z tymi ludźmi. Autorka uczy się tam, jak z nimi pomilczeć, jak im pomóc (by ulżyć w cierpieniu).

Uczę się dopiero rozmawiać, denerwujące napięcie, 
że muszę mówić, zagadać cierpienie.
Nauka milczenia o niebo trudniejsza. (luty 2010)

To książka, której nie da się streścić. No bo jak w skrócie opisać ból, cierpienie i ostatnie godziny życia tak wielu ludzi.

- Nie można płakać po dziecku. Słyszałam, że potem
dźwiga na ramionach dzbany pełne łez i nie może
przez to odejść do nieba. Więc nie płakałam. (marzec 2010)

Widzę, że ból przeszedł. Odczuwanie bólu jest takie
względne. Sporo zależy od bariery, jaką mu postawimy
sami, od naszego przekonania, że jesteśmy nadal
nad nim, że nas nie topi. Domyślam się jednak, że
przychodzi moment, gdy ból połyka nas wielorybim
brzuchem i powyższe teorie nadają się do kosza. (marzec 2010)

Przed śmiercią nie uciekniemy - tego uczy nas autorka. Jeżeli mamy w sobie pokłady dobrej woli, możemy próbować pomóc tym, którzy powoli zaczynają przechodzić na drugą stronę...

Przed lekturą „Zorkowni” rozmawiałam z pewną panią, która już ją przeczytała. Stwierdziła, że żałuje, iż nie przeczytała tej książki przed śmiercią swojego taty, bo wtedy wiele rzeczy inaczej by zrobiła, spróbowałaby inaczej przeżyć te ostatnie chwile z tatą. Myślę, że te słowa mogłyby zastąpić moją marną recenzję.

Bycie wolontariuszem w hospicjum to naprawdę… wielka rzecz. Ale myślę też, że trzeba mieć wiele hartu ducha i mocne nerwy, by pomagać tym, którym pomóc już się nie da (przynajmniej w głównej kwestii - przedłużenia życia). Autorka sama zmagała się ze stratą córeczki…

Piękny, prosty, ale zarazem niezwykle poetycki język, z bogactwem metafor i krótkimi zdaniami przemawia do mnie, jak mało co. Pani Kaluga w prostych zdaniach potrafi zmieścić taki ładunek emocjonalny, że... wysiadam. To obowiązkowa lektura dla tych, którzy przed śmiercią uciekają i nie chcą pogodzić się z jej nieuchronnością.

To druga pozycja wydana przez ZNAK, o trudnej, bolesnej tematyce. Była "Chustka", teraz jest "Zorkownia", obydwie wydane w dosyć niecodzienny sposób, bez podania numerów stron. To uświadamia nam, jak błahe są niektóre sprawy w obliczu śmierci...

Na koniec muszę się do czegoś przyznać - początkowo oceniłam książkę po okładce i jakoś tak się złożyło, że nawet nie czytałam jej recenzji. Dopiero po jakimś czasie przypadkowo trafiłam na nią i... nie mogłam się oderwać. Tak więc w tym przypadku sądzę, że okładka jest nieco myląca, ale w zasadzie... taka dająca nadzieję?

Polecam wszystkim, bez wyjątku.


Grubość: 1,60 cm

poniedziałek, 26 maja 2014

Agnieszka Turzyniecka, Dziewczynka z balonikami


Szpital psychiatryczny mało komu kojarzy się pozytywnie. Nie inaczej jest z bohaterką powieści Agnieszki Turzynieckiej pt. "Dziewczynka z balonikami". Ona również spogląda w stronę budynku szpitala z wielką nieufnością...
Marlena, jest młodą Polką mieszkającą od dłuższego czasu w Niemczech. Jest kobietą inteligentną i wykształconą, lecz od wielu lat cierpi na depresję. Leki, które przepisywali jej lekarze, nie działały tak jak trzeba, więc postanowiła sama, z własnej woli udać się na leczenie do szpitala. Marlena wierzy, że uda się jej tam dojść do siebie. Konkretna nazwa choroby uprzykrzającej życie młodej kobiecie to zaburzenia afektywne dwubiegunowe, czyli coś, co większość zna pod nazwą psychozy maniakalno-depresyjnej. Marlenie wydaje się, że nikt (ma tu na myśli lekarzy i pielęgniarki) nie chce jej pomóc, nie widzi poprawy ani sensu dalszego życia, więc… próbuje je sobie odebrać. Zresztą – nie pierwszy raz. To jej sposób radzenia sobie z własnymi myślami, które nie pozwalają jej normalnie funkcjonować i cieszyć się życiem. Choroba uaktywnia się w przypadku Marleny zawsze w jakimś szczególnie trudnym momencie życia.

Bohaterka stopniowo, podczas indywidualnej terapii z lekarzami zaczyna dostrzegać pochodzenie swojej depresji, i – jak to zwykle w takich przypadkach bywa – niebagatelne znaczenie ma dzieciństwo. Trudne relacje w rodzinie, szczególnie na linii matka-córka są przyczyną problemów Marleny. Brak miłości, czułości, zrozumienia, brak pochwał i znikoma ilość czasu spędzanego razem – tak wyglądała dziecięca rzeczywistość bohaterki. Jest ona tak głęboko uwikłana, że lekarz w pewnym momencie orzeka, iż psychicznie jest ona nadal małą dziewczynką. A przecież czas „dojrzeć” i stać się kobietą... Brat przyjeżdżający odwiedzić Marlenę jeszcze bardziej pogarsza sytuację – stwierdza, że powinna przestać „cudować” i wracać do pracy, bo mieszkanie samo się nie opłaci… zero zrozumienia! 

Można odnieść wrażenie, że otoczenie, w jakim przychodzi Marlenie dochodzić do zdrowia, nie służy jej w ogóle. Klimat szpitala, współmieszkańcy, pacjenci tak dalece odbiegają od rzeczywistości, że Marlena czuje się początkowo, jakby trafiła na Księżyc. Dopiero po pewnym czasie dostrzega, że są to „normalni” ludzie – tyle że borykają się z problemami natury psychicznej.

Marlena jest podręcznikowym dowodem na to, że przemoc psychiczna (wyzwiska) mogą zniszczyć człowieka. Brak akceptacji ze strony rodziców – w tym przypadku matki – doprowadza do nieszczęścia. A gdy doda się do tego wiele nieszczęśliwych okoliczności, wszystko się kumuluje i młoda dziewczyna trafia do szpitala psychiatrycznego.

Narracja jest pierwszoosobowa – całą historię poznajemy z perspektywy Marleny. To pozwala nam wczuć się w jej sytuację. Kobieta bowiem dokładnie, ale prostym językiem opisuje to, jak się czuje i jakie zmiany zauważa po kuracji lekami. O ile dobrze pamiętam, to moje pierwsze zetknięcie się z tematyką chorób psychicznych i szpitala psychiatrycznego - od wewnątrz.

Nie można obojętnie przejść obok bohaterki i jej historii. Ja przynajmniej nie umiem – książka poruszyła mnie do głębi. Podziwiam Marlenę za to, jak wciąż na nowo próbowała walczyć ze swoimi demonami - ona najzwyczajniej w życiu walczyła o swoją "normalność". Depresja jest niestety chorobą naszych czasów, więc brawa dla autorki za odwagę i chęć poruszenia tego trudnego tematu.

Wyraziście nakreślona została również postać matki oraz – w mniejszym stopniu – brata. Oboje wzbudzali we mnie niepohamowaną złość. Jak można tak uogólniać i spłaszczać problemy bliskich? Miałam ochotę potrząsnąć nimi. Kreacje bohaterów, ukazanie odczuć bohaterki oraz rzeczywistość świata przedstawionego zostały odtworzone tak realnie, że miałam wrażenie, jakbym słuchała opowieści, która wydarzyła się naprawdę na przykład mojej sąsiadce czy koleżance z pracy... Za ten realizm - wielki szacunek dla autorki.

To, co podniosło mnie na duchu to… zakończenie. Jego pozytywny, ale nie lukrowy wydźwięk pozwala mieć nadzieję, że „najlepsze wciąż przed nami”:

Wierzę, że wszystko w życiu ma jakiś cel. Wierzę, że we wszechświecie jest równowaga. Jeśli coś się wznosi, to musi też opaść. Jeśli coś opada, to musi powstać. Najlepsze wciąż przed nami. (s. 174)

Polecam serdecznie - "Dziewczynka z balonikami" to lektura poruszająca najczulsze struny, uczulająca na drugiego człowieka i jego potrzeby. Otwierająca oczy na wiele spraw...


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję portalowi SZTUKATER
oraz Wydawnictwu Szara Godzina 





Grubość książki: 1,40 cm

czwartek, 22 maja 2014

Historia ludzi. Historia dla ludzi. Krytyczny wymiar edukacji historycznej

Według Rolanda Meighan'a szkoła jest w pewien sposób "miejscem nawiedzonym", w którym uczniowie oraz nauczyciele obcują z "duchami" - przodków, autorów książek itd. W przypadku edukacji historycznej wpływ owych "duchów" jest największy i najbardziej odczuwalny. Uczniowie korzystając z podręczników, przerabiają materiał według określonych tematów, a te z kolei wybierane są (oprócz "kanonu") spośród zainteresowań autorów. I wtedy często mamy do czynienia z subiektywnym oglądem historii.

We wstępie autorki zastanawiają się "jakiej historii nam trzeba". Jak jej uczyć, by nie produkować uprzedzeń, nie dyskryminować? Czy ważny jest światopogląd samych nauczycieli historii?

Gdyby zapytać uczniów, o czym jest historia, której się uczą na szkolnych zajęciach, musielibyśmy się przygotować na odpowiedź, że nadal (...) jest to historia konfliktów, wojen i bitew, wielkiej polityki z domieszką kultury, mitologii i legend (...). Szkolna narracja historyczna budowana jest wokół idei wyścigu zbrojeń i wojen, których głównymi bohaterami, uczestnikami oraz ofiarami są... mężczyźni. (s.13)

Autorki pytają, czemu historia nie może być opisywana z perspektywy codzienności, pokoju, z punktu widzenia zwykłych ludzi. Niestety nawet w demokratycznych państwach "obiektywna" wiedza historyczna ma ideologiczne podłoże i jest narzędziem sprawowania władzy.

Edukacja historyczna jest jednym z fundamentów kształtowania nowoczesnego, demokratycznego i pacyfistycznie nastawionego społeczeństwa. (s.16)

Autorki pytają o miejsce i rolę edukacji historii we współczesnej szkole, do dyskusji zaprosiły ludzi nauki, zajmujących się w teorii i praktyce edukacją historyczną. Książka została podzielona na osiem części. Tematyka obejmuje rolę historii w budowaniu tożsamości, przygotowanie nauczycieli, podręczniki czy pozaszkolne formy edukacji. To nie wszystkie zagadnienia omawiane w tej publikacji.

Z ogromnym zainteresowaniem przeczytałam rozdział napisany przez Jana Hartmana pt. "Jak uczyć historii pod naporem reakcji?", w którym tłumaczy, czemu na lekcjach historii nie opowiada się o winach i błędach własnego narodu, lecz o zwycięstwach i walecznych przodkach. Mitologizowanie bohaterów to chleb powszedni na lekcjach historii. J.Hartman pisze:

Patriotą jest człowiek z empatią i krytycyzmem myślący o historii swojego kraju i kochający go, mimo wszystkich tych strasznych rzeczy, których dopuścili się jego przodkowie (...). (s.109)

Godny uwagi jest także rozdział "Historia u źródeł interpretacji i analizy literatury i sztuki", a także ten traktujący o tym, czego historia nie naucza. Autorzy pokusili się nawet o ocenę podręczników szkolnych (do nauczania historii) z drugiej połowy ubiegłego wieku i wpływie ideologii na treść przekazu.

Praca zbiorowa pod redakcją Iwony Chmury-Rutkowskiej, Edyty Głowackiej-Sobiech oraz Izabeli Skórzyńskiej zawiera ogrom refleksji dotyczących problemów w nauczaniu historii we współczesnej Polsce. Edukacja historyczna jest swego rodzaju trzonem świadomości narodowej. To, jak - przykładowo - spoglądamy na konflikty dotyczące naszych sąsiadów w Europie, w dużej mierze zależy od tego, jaką mamy o nich wiedzę historyczną. Z wielu artykułów zawartych w tej książce przebija bardzo wyraźna wskazówka, kierowana w szczególności do pedagogów: nie można nauczać historii "w zawieszeniu", bez kontekstu (kulturowego, społecznego itd.). To właśnie ów kontekst często pomaga w zrozumieniu różnych kwestii.

"Historia ludzi. Historia dla ludzi. Krytyczny wymiar edukacji historycznej" to lektura naukowa, w której dominuje język takiego właśnie dyskursu. Jednak osobom zafascynowanym tematyką związaną z edukacją historyczną z pewnością nie przysporzy problemów. To typ publikacji niezbędnej w moim odczuciu podczas studiów na kierunkach historycznych. Gdyby nie to, że już jest po studiach, poleciłabym tę książkę mężowi przyjaciółki - historykowi właśnie.

Drobna uwaga w stronę Oficyny Wydawniczej "Impuls": warto zwrócić uwagę na sposób klejenia tak grubych książek - marginesy wewnętrzne mogłyby być większe, ułatwiłoby to czytanie szczególnie od połowy książki (trzeba pomagać sobie obiema rękami, co mnie osobiście wyprowadzało z równowagi). To jednak tylko kwestia techniczna, pod względem merytorycznym nie mam publikacji nic do zarzucenia.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Oficynie Wydawniczej "Impuls"


Grubość książki: 4 cm

Ekhm, ekhmmm... ogłoszenie parafialne

Z racji tego, że chętnych na konkurs było tak wielu, że walili drzwiami i oknami... :P ;-) konkurs zamienia się w coś na kształt rozdawajki.

Pierwsza osoba (z terenu Polski), która wyrazi chęć otrzymania książki Elżbiety Jodko-Kuli "Zdrady i powroty" (recenzja TUTAJ), a następnie skontaktuje się ze mną i poda swój adres korespondencyjny, dostanie egzemplarz tej książki za darmo. Wysyłka nastąpi w ciągu 14 dni od momentu otrzymania adresu.

Dziękuję za uwagę, miłego popołudnia!

środa, 21 maja 2014

Maria Ulatowska, Prawie siostry

Dziś nie będzie "standardowej" recenzji, tylko krótka wzmianka o książce, którą skończyłam czytać kilka dni temu.

Na okładce znajdziemy takie oto informacje:

Po ukończeniu liceum Leksi, Teo i Luśka, czyli Aleksandra, Teodora i Jolanta, trzy przyjaciółki z tej samej klasy, postanowiły, że bez względu na to, jak potoczą się ich losy, będą się spotykały co pięć lat w umówionym miejscu, zawsze tego samego dnia. Każda opowie wtedy, co się wydarzyło przez ten czas w jej życiu. A dzieje się wiele, jak to w życiu. Pojawia się pewien mężczyzna, jest więc miłość, odrzucenie, tęsknota, ból po stracie najbliższej osoby, zdrada, wybaczenie… Ale czyż z tym wszystkim nie poradzi sobie prawdziwa przyjaźń? Ta największa, trwająca przez lata…

Osadzona w trzech planach czasowych opowieść o wielkiej próbie lojalności, wierności i pamięci; o wartościach, dla których czas jest najtrudniejszym sprawdzianem.

 W tle – Bydgoszcz i Gdynia oraz pewne schronisko dla zwierząt i kilka futrzastych czworonogów.

I teraz tak: generalnie książka nawet mi się podobała. Język prosty, dopasowany do bohaterów. Pomysł na samą fabułę ciekawy, ale z jego realizacją nieco gorzej. Już tłumaczę, dlaczego. Wymienione na okładce trzy plany czasowe wcale nie są w tym przypadku dobrym pomysłem. Bodajże do połowy książki (jak nie dalej) nie mogłam się połapać kto, z kim i dlaczego. Z tego, co zdążyłam sprawdzić w sieci, nie ja jedna miałam z tym problem. Troszkę za dużo było tam też zbiegów okoliczności - bohaterowie cudownie spotykali się "po latach" w odpowiednio dopasowanych życiowych momentach. I jeszcze główny wątek: trzy przyjaciółki i jeden mężczyzna. Gdyby ten mężczyzna jeszcze był wart tej uwagi, jaką mu poświęcały...

Mimo tych wszystkich mankamentów klimat tej powieści mi odpowiadał. Pani Ulatowska pokazuje, że nawet, gdy popełnimy wiele błędów, to może nas jeszcze coś dobrego czekać w życiu.

Wiem, nie jestem konsekwentna w swojej ocenie, ale piszę tak, jak czuję...


Grubość książki: 2,30 cm

niedziela, 18 maja 2014

Teresa Lewkowicz-Mosiej, Egzotyczne owoce. Właściwości lecznicze i zastosowanie

Książki o zdrowiu, warzywach czy owocach od wielu lat zbiera moja Mama. Jako, że na "swoim" mieszkam już od jakiegoś czasu, postanowiłam i ja wzbogacić swoją biblioteczkę o książki tego typu. I tak w moje ręce trafiła niezbyt gruba (ale jakże treściwa!) książka pt. "Egzotyczne owoce. Właściwości lecznicze i zastosowanie".

Kompendium autorstwa Teresy Lewkowicz-Mosiej to napisana przystępnym językiem książka o kilkunastu egzotycznych owocach, których większość obecnie znamy.

Autorka prostym językiem opisuje wygląd, pochodzenie owoców, a także próbuje dokonać opisu ich smaków (domyślacie się zapewne, że jest to dosyć trudne zadanie). Podaje nazwy korzystnych minerałów i witamin zawartych w konkretnych owocach oraz tłumaczy ich właściwości lecznicze dla ludzkiego organizmu. Poznajemy całą historię danego owocu: miejsce pochodzenia, sposób uprawiania, nazwy nie tylko łacińskie, ale także angielskie, francuskie i niemieckie. Większość opisywanych tu owoców rośnie w krajach tropikalnych oraz w Azji.

Wracając do właściwości omawianych owoców, przytoczę kilka faktów. Na przykład kiwi zawiera mnóstwo witaminy C (prawie tyle, ile dzika róża). Co jednak istotne, ta witamina w owocu kiwi jest praktycznie niezniszczalna w procesie konserwowania. Spożywanie kiwi zaleca się profilaktycznie i leczniczo przy różnych chorobach (ze względu na wymienioną powyżej wit.C, a także wapń, fosfor czy żelazo). Bo to, że spożywanie kiwi wzmacnia system odpornościowy, to już pewnie wiecie...
Jak myślicie więc, co zrobiłam podczas ostatnich zakupów spożywczych? Czym prędzej pobiegłam na stoisko z owocami w poszukiwaniu kiwi właśnie. Tym bardziej, że i mnie, i mojego Męża rozłożyło ostatnio jakieś przeziębienie.

Jeżeli chodzi o ananasa, to zadomowił się on w swojej ojczyźnie - Brazylii - jeszcze przed odkryciem Ameryki! Ciekawostką było dla mnie to, że jego miąższ w 85% składa się z wody (wiedziałam, że jest "wodnisty", ale nie sądziłam, że w aż tylu procentach). Owoc ten działa przeciwzapalnie i - podobnie jak kiwi - wzmacnia odporność organizmu. Zaleca się go także przy chorobach nerek czy anemiach. Przeciwdziała również rozstrojom nerwowym. Nie zdawałam sobie z tego sprawy. Kolejną ciekawostką jest to, że smak ananasów jest bardziej wyrazisty w konserwach aniżeli "na surowo" - to odróżnia je od innych owoców.

Inny przykład: arbuz wskazany jest przy niedokrwistości i ogólnym osłabieniu organizmu. To środek przeciwmiażdżycowy, który obniża ciśnienie krwi, a sok z niego - działa przeciwgorączkowo. Polecany przy stanach zapalnych dróg moczowych i kamieniach nerkowych. Po raz pierwszy usłyszałam o takich właściwościach arbuza. Zawsze sądziłam, że to taki owoc-woda, który ma trochę smaku i w zasadzie nic z niego nie "pozostaje" w moim organizmie. A tu takie nowości... Ciągle powtarzam, że człowiek uczy się całe życie... ;-)

Banan (rajski) wpływa łagodząco na układ nerwowy. Wskazany szczególnie osobom chorym na celiakię. I tu, podczas opisu tego owocu, pozwolę sobie na anegdotę. Jedna z bliskich mi osób jakoś w latach siedemdziesiątych po raz pierwszy w życiu zetknęła się z bananami, a że uczęszczała wówczas do szkoły poza domem, mieszkała w internacie z rówieśnikami. Dotykała, oglądała, wąchała te banany i... jakoś nie mogła się do nich przekonać. A że wyrzucanie jedzenia w ogóle nie wchodziło w rachubę, obeszła parę najbliższych łóżek i rozdała te banany kolegom/koleżankom. Z niedowierzaniem przyjęli te podarunki i zaczęli się nimi zajadać ze smakiem. Dopiero po wielu latach ta bliska mi osoba spróbowała wreszcie banana i nie mogła uwierzyć, że to takie dobre... Ale dzięki temu mamy przynajmniej śmieszną anegdotę rodzinną...

Cytryna była traktowana jako środek leczniczy od niepamiętnych czasów. Częste spożywanie cytryn zapobiega awitaminozie; są też dobre przy schorzeniach nerek, reumatyzmie czy nadciśnieniu. Spowalniają proces krzepnięcia krwi, więc przeciwdziałają zawałom serca i płuc.

To tylko niektóre ciekawostki dotyczące najbardziej znanych owoców. Z książki "Egzotyczne owoce..." poznacie również właściwości granatu, figowca, mandarynki, mango czy opuncji. Na zachętę podałam Wam tu trochę informacji, a jeżeli czujecie się zaciekawieni, sięgnijcie po książkę pani Teresy Lewkowicz-Mosiej.

Lektura ta okraszona jest wspaniałymi rysunkami, znanymi mi z różnych publikacji o roślinach, które mają w swoim domu moi rodzice. Od razu przypomniały mi się czasy podstawówki, kiedy w nich buszowałam, żeby znaleźć jakieś pożyteczne informacje na przykład na lekcje biologii.

Elementem, który wzbogaca lekturę, są różnorodne przepisy kulinarne z wykorzystaniem omawianych w książce owoców. Niektóre z nich zaskoczyły mnie ogromnie - nie sądziłam, że można łączyć ze sobą tak różnorodne smaki, jak np. arbuz z jajkiem i pomidorem... Jak się okazuje, również w przygodzie kulinarnej wszystko jest jeszcze przede mną.

To lektura, która w pewien sposób zachęca do poznawania nowych smaków. Wszak książka - choćby nie wiem, jak interesująca - nie jest nam w stanie dokładnie przedstawić danego smaku. Póki nie spróbujemy, nie będziemy w pełni wiedzieć, jak dany owoc smakuje i czy w ogóle "trafia" do naszych kubków smakowych;)

Podoba mi się język tej niezbyt długiej książki i nie ukrywam, że chętnie poczytałabym też o warzywach. A szczególnie o sposobach, jak przekonać męża do jedzenia zieleniny!


Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu M ;-)


Grubość książki: 1,20 cm 

sobota, 17 maja 2014

Tomasz P. Terlikowski, Faktura na zabijanie. Współczesny przemysł śmierci

Dziś mam dla Was recenzję dosyć kontrowersyjnej książki. Tym chętniej dowiem się, co sądzicie na poniższe tematy. Zapraszam do komentowania.

Tomasza Piotra Terlikowskiego nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Chociaż może na wszelki wypadek napiszę, kto zacz. Terlikowski jest polskim dziennikarzem, publicystą, filozofem, działaczem katolickim, autorem ponad trzydziestu książek. Jak sam o sobie pisze we wkładce "Faktury na zabijanie", współpracował z większością polskich mediów. Znany głównie z telewizji i radia, w których słowem walczy o dobre imię katolicyzmu. Autoironicznie nazywa się "katotalibem, który po nocach straszy dzieci uczciwych ateistów i pobożnych otwartych katolików".

Autor postanowił napisać książkę o tym, że żyjemy w czasach, w których "przemysł śmierci" jest bardziej rozwinięty niż miało to miejsce w pierwszej połowie ubiegłego wieku (Holokaust, obozy koncentracyjne). Antykoncepcja, aborcja, eutanazja czy zapłodnienie in vitro są dziś na językach całego świata, ponieważ są niezwykle dochodowymi "interesami". Zyski z nich czerpią nie tylko gigantyczne koncerny farmaceutyczne, ale także firmy ubezpieczeniowe, czy nawet rządy państw. Wprowadza się opinię publiczną w błąd, próbując wmówić społeczeństwu, jak wielkie są z tych rzeczy (tj. eutanazji itp.) korzyści. Tomasz Terlikowski oprowadza nas po współczesnym przemyśle śmierci, wskazując, dokąd zaprowadzić nas może ślepa pogoń za zyskiem.

Zaczynamy...
Na początku autor ukazuje nam antykoncepcję z innej niż zazwyczaj strony, otóż wskazuje nam, że jest to w zasadzie cały przemysł, a co za tym idzie koncerny zarabiają na niej grubą kasę. Oprócz tego, że zmieniła ona podejście ludzi do uczciwości i zdrady małżeńskiej (bo i tak dziecka z niej nie będzie!), ma także spory wpływ na zdrowie kobiet. Terlikowski dokonuje krótkich obliczeń, by uzmysłowić nam, jak ogromny rynek zbytu zapewniają właśnie środki antykoncepcyjne. Liczby są porażające - a pamiętać należy - że wmawia się kobietom, że powinny te np. pigułki brać przez wiele, wiele lat. Wnioski każdy może wyciągnąć sam...

Jeżeli chodzi o in vitro, to pobieranie komórek jajowych od kobiet jest niebezpieczne, ale na dobrą sprawę mało kto mówi o tym głośno. Jak twierdzi publicysta, robienie dzieci "na zamówienie" to współczesna eugenika, tyle że ładnie opakowana (sterylne, ładne kliniki, "kompetentni" lekarze). Inna kontrowersyjna kwestia dotyczy dzieci, które zostały poczęte, by być "lekarstwem" dla starszego rodzeństwa. Już Kant mówił, że człowiek ma fundamentalne prawo do tego, by być traktowany jako cel sam w sobie, a nie środek do celu. Takie uprzedmiotowienie dziecka prowadzi na manowce...

Na dodatek czasy mamy takie, że powoli wzrasta akceptacja wyboru płci podczas in vitro. Marzenia eugeników mogą stać się współczesnym koszmarem. Zamawianie dziecka "z probówki" wedle upodobań i zachcianek - czyli z założenia eliminacja słabszych jednostek - doprowadzi do ogromnych zmian w strukturach społeczeństwa. Przecież nie wszystkich będzie stać na in vitro, więc... cofniemy się wieki wstecz - bogaci będą się rozwijać (korzystać z najlepszych genotypów), a u biednych niewiele się zmieni. Przepaść między tymi grupami społecznymi jeszcze bardziej się powiększy (elita będzie rządzić resztą "niewolników"?).

Dalej dowodzi autor, że próbuje się to nazywać "liberalną" eugeniką, wszak chodzi o poprawienie inteligencji, wytrzymałości, odporności czy urody (można sobie zamówić małego Einsteina!). Najgorsze jest to, że z konsekwencjami mogą się zmagać dopiero kolejne pokolenia (bo teraz póki co wszystko niby jest OK). Nie mówi się też zbyt głośno o tym, ile zarodków eliminuje się w trakcie inseminacji. Niby ta "nowa eugenika" ma jednostkowy wymiar, ale tak naprawdę odbija się to na całym społeczeństwie - krótki przykład: już w Chinach na 100 dziewczynek rodzi się 117 chłopców.

W krajach zachodnich objawia się ta liberalna eugenika usuwaniem na zarodkowej i embrionalnej fazie rozwoju dzieci z potencjalnymi wadami genetycznymi i chorobami - tym samym Fryderyk Chopin nie chodziłby w ogóle po świecie, bo według niektórych biografów chorował na pewną formę mukowiscydozy.

Można się z poglądami autora nie zgadzać, warto jednak zastanowić się, ile jest w tym prawdy, a ile rzeczy próbują nam wmówić media. Z drugiej jednak strony zawsze w takich momentach zastanawiam się nad problemem małżeństw, które dzieci mieć nie mogą, a pragną ich z całego serca... Co wtedy...?

A kto korzysta z tej współczesnej eugeniki? Oczywiście same kliniki, ale także systemy ubezpieczeniowe czy ubezpieczyciele - często jest to koronny argument, o którym się nie mówi.  Pamiętajmy też, że ograniczenie narodzin chorych dzieci - to spore ułatwienie dla państwa, które nie musi wówczas ponosić kosztów ich leczenia czy rehabilitacji.

Kolejna kwestia poruszana przez Terlikowskiego to aborcja (szczególnie późne aborcje, które są niezwykle "dochodowe" i "opłacalne"), ale są ogromnie niebezpieczne dla zdrowia, a nawet życia kobiet. W książce znajdziemy również opis pewnego imperium aborcyjnego, funkcjonującego w USA - Planned Parenthood. Organizacja ta propaguje model aktywnego seksualnie stylu życia (dzięki temu PP zarabia coraz więcej pieniędzy). Troska o kobiety i ich "prawa reprodukcyjne" to główne sztandary działalności tego imperium. Aborcję zaczyna się tam nazywać awaryjną antykoncepcją, co mnie osobiście bardzo szokuje... Co ciekawe 1/3 budżetu tej organizacji proaborcyjnej pochodzi z ... podatków obywatelskich!

Tomasz Terlikowski porusza również kwestię aborcji "terapeutycznej" (gdy zdrowie matki jest zagrożone) oraz z gwałtu twierdząc, że takie aborcje nigdy nie odbywają się z korzyścią dla kobiet.  Przeraziła mnie treść rozdziału dotyczącego aborcji pourodzeniowej (dzieciobójstwa), czyli zabijania dzieci już narodzonych - zarówno w szczególnych przypadkach zdrowotnych, jak i "na życzenie" rodziców (przesłanką może być potencjalna "niska jakość życia"). Szok i jeszcze raz szok... 

Aborcja (...) pochłania rocznie życie od 45 do 50 milionów osób. Holokaust kosztował życie (...) od 1,5 miliona do 6 milionów istnień ludzkich, II wojna światowa - 72 miliony ofiar, a komunizm (...) około 100 milionów. Tymczasem aborcyjne ludobójstwo, trwające w państwach zachodnich od ponad 40 lat (...) pochłonęło prawie 1,5 miliarda ofiar. Mimo tak szokującej skali (...) mówienie o aborcji, o związanej z nią rewolucji obyczajowej jako o ludobójstwie jest w istocie zakazane, traktowane jako przejaw szaleństwa czy ignorancji. (s.105.)

Wiele kancelarii prawniczych czerpie zyski z tzw. "złych narodzin" (Jodi Picoult poruszała ten temat w którejś ze swoich książek) - rodzice pozywają lekarzy, bo np. błędnie zinterpretowali wynik badania USG czy wyniki testów prenatalnych, więc powstaje kolejny wielki biznes - bo dziecko urodziło się chore (to taka współczesna puszka Pandory).

Kolejny rozdział dotyczy eutanazji. Kultura eutanazyjna - jak dowodzi autor - jest np. w Ameryce znacznie tańsza niż utrzymanie osoby starszej przy życiu! Ostatni rozdział dotyczy operacji zmiany płci. Dziwię się umieszczeniu tego rozdziału w tej konkretnej książce...

Mocna lektura, którą polecam wszystkim, którzy chcą świadomie chodzić po tym świecie. Można się z panem Terlikowskim w wielu kwestiach światopoglądowych nie zgadzać, ale ta książka otwiera szeroko oczy na szereg spraw związanych ze współczesnym przemysłem śmierci. O wielu rzeczach nawet człowiek nie myśli, że na czymś tam... inni chcą zarabiać kasę, nie patrząc na koszty w ludziach... Pan Terlikowski jest postacią na tyle wyrazistą, że nie sposób przejść obok jego książki obojętnie - wywołuje tak skrajne emocje.

Z książki dosyć wyraźnie przebija światopogląd autora, który w życiu stara się kierować wiarą. Może to niektórym przeszkadzać, ale wiadomo - wszystko jest kwestią gustu. Według mnie autor jest niezwykle spójny w tym, co mówi. Książkę polecam naprawdę gorąco. Mocna, poruszająca, zmuszająca do zastanowienia się nad wielu sprawami!


Grubość: 1,70 cm

piątek, 16 maja 2014

Philip M. Farber, Magia mózgu


Twój umysł to magia!

Według autora magia jest tym, co łączy wymiar duchowy z fizycznym. Tym samym łączy idee zaczerpnięte z przeróżnych dziedzin: z psychologii, a także fizyki czy magii ceremonialnej. Parapsychologia ukazuje się nam wówczas z innej strony: tradycyjna nauka nie jest tu wykluczona, lecz jest przez ową parapsychologię wzbogacana.

Książka ta zawiera wiele ćwiczeń dla mózgu, w wyniku których korzystanie z ludzkiego umysłu podobno stanie się bogatsze i pozwoli prowadzić bardziej satysfakcjonujące życie. Pozycja ta - według opinii osób polecających - jest kopalnią wiedzy o technikach poznawania ukrytych światów („wiedza tajemna”).

Autor zaczyna od wprowadzenia nas w tematykę dotyczącą stanów świadomości – doświadczanie i na przykład opuszczanie jakiegoś konkretnego stanu świadomości to element znany z magicznych praktyk (na przykład przed określonym rytuałem). 

Philip H. Faber swoimi ćwiczeniami chce nauczyć nas  aktywnie obserwować zmiany stanów świadomości: 
(...) pamiętasz wspaniały prezent, który ktoś ci wręczył i jak bardzo cię to uszczęśliwiło, ale nie przemianę, jaka stopniowo się w tobie dokonywała. Podobnie rzecz się ma z praktykami magicznymi - włożysz wiele wysiłku w zapamiętanie słów i symboli, ale sam proces umknie twojej uwadze. (s.22)

Autor chce również nauczyć nas korzystania z modelu sensorycznego – byśmy wiedzieli, które zmysły wykorzystujemy w danym stanie świadomości i w jaki sposób to robimy. Wśród pytań, które mają pomóc nam to ustalić, są takie oto:
- jak bardzo jestem świadom tego, co słyszę i co widzę?
- czy mam trudności z rozróżnianiem bodźców dostarczanych przez poszczególne zmysły?

Dalej znajdziemy bazę technik wchodzenia odmienny stan świadomości. Są to kolejno: podstawowe zen, małpa Ajna, pogoń za własnym ogonem, autohipnoza wedle Betty Frickson, świadome śnienie, oddech jogina, pranayama (oddychanie po kwadracie i po okręgu), taniec wolności, oddech pszczoły, świadoma medytacja, entuzjastyczne oddychanie, orgazm i substancje psychoaktywne. Każda z nich zawiera minimalny czas trwania oraz sposób wykonania – taką krótką „instrukcję obsługi”. Najbardziej zainteresowało mnie świadome śnienie. Mąż kiedyś mi o tym opowiadał, ale jakoś nie chciałam mu wierzyć, że człowiek ma aż takie możliwości. W wolnej chwili na pewno wrócę do tego tematu.

Szczególna uwaga zostaje zwrócona na to, że funkcjonowanie ciała ma ogromny wpływ na stan świadomości, a ten z kolei – na oddech i tętno czy pracę serca. To taka dwukierunkowa droga pomiędzy umysłem a ciałem. Wiele informacji dotyczy kwestii snu i stanu umysłu (ćwiczenie może polegać na przypominaniu sobie rano, o czym śniliśmy w trakcie nocy).

Pomocne w wywoływaniu określonego stanu są „naturalne punkty zaczepienia”, czyli np. bodźce zmysłowe (określane przez autora mianem „kotwic”) – ton głosu bliskiej osoby czy zapach dawnej przyprawy (to bodźce, które kojarzymy z określonym stanem. Takimi kotwicami mogą być szczegóły wspomnień, takie jak podane wyżej przykłady.

Gdy próbujemy sobie coś przypomnieć, odsiewamy wiele skojarzeń i wspomnień. To zjawisko nosi nazwę poszukiwań transderywacyjnych. Niektóre ćwiczenia mają za zadanie pomóc zrozumieć w jaki sposób to, jak przedstawiasz swoje myśli, wspomnienia i doświadczenia wpływa na twój stosunek do nich. (s.49).

Niestety spodziewałam się całkiem innej lektury - liczyłam na to, że znajdę w książce wiedzę dotyczącą ludzkiego mózgu, wytłumaczoną przystępnie - jak w książkach popularnonaukowych. A znalazłam pseudonaukowe wywody okraszone sporą ilością magii. Wiele sformułowań zawartych w książce najzwyczajniej do mnie nie przemawia - czułam się trochę jak na seansie spirytystycznym... Przecież liczyłam na książkę traktującą o mózgu! Sądziłam więc, że znajdę naukowe zwroty i słowa... Takiej książkowej "wpadki" dawno nie zaliczyłam.

Jedyne, co uznaję za godne uwagi, to niektóre ćwiczenia. One rzeczywiście - nie wszystkie, rzecz jasna - mają sens i mogą nam nieco pomóc "zapanować" nad tym niezwykle ciekawym organem, jakim jest mózg. Cała reszta, to - przynajmniej dla mnie - spora porażka.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz wydawnictwu Studio Astropsychologii



Grubość książki: 1,20 cm

Przypomnienie o konkursie

Kochani, postanowiłam przypomnieć o konkursie, o którym pisałam kilka dni temu. 

Szczegóły znajdziecie TUTAJ ;-)
Naprawdę zachęcam - spróbujcie swoich sił, wszak zadanie konkursowe do najtrudniejszych nie należy;-)

Pozdrawiam w ten pochmurny dzionek!

źródło


źródło


wtorek, 13 maja 2014

Anna Mulczyńska, Powrót na Staromiejską



Zaczęło się od tego, że zobaczyłam tę książkę na wystawie pewnej księgarni i od razu wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Wiem, wiem - nie powinno oceniać się książki po okładce, ale po prostu czułam, że ta powieść mnie zauroczy. I nie pomyliłam się!

Weronika Peterson to typ kobiety, z którą chętnie bym się zaprzyjaźniła. Otacza ją aura, która sprawia, że ludzie do niej lgną - zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Jest typem artystycznej duszy, która swoją bogatą wyobraźnię przekształca w piękne projekty artystyczne. Zakłada magiczne miejsce, które nazywa "Robótkowo". Zajmuje się szeroko pojętym rękodziełem: dzierganiem, decoupage'm, a także - by wyleczyć po rozstaniu z mężem zranione serce - szyciem patchworkowej kołdry Dear Jane (zainteresowanych odsyłam na stronę http://dearjane.com). Uciekła ze Szwecji, zostawiając za sobą przeszłość, w tym nieudane małżeństwo. Jednak serce potrzebuje czasu, by wyleczyć się ze zdrady. Największą zaletą bohaterki jest to, że... nie jest idealna. Ma krzywe zęby, walczy z dodatkowymi kilogramami (a która z nas nie?;-)) i  dzięki temu zyskuje na autentyczności. Czytelniczki mogą się z nią rzeczywiście utożsamiać. Bohaterka w krótkim czasie nawiązuje wiele ciekawych znajomości...

Edward Zawiślak - dla bliskich Edek, Edzik, Edziu - to młody mężczyzna, prowadzący z przyjacielem Robertem (barwna postać drugoplanowa!) Trattorię Cannelloni. Jego serce zostało zranione przez pewną baletnicę z pobliskiego teatru. Leczył je podróżując po Europie i kształcąc się w swoim - kulinarnym - fachu. Gotował w przeróżnych knajpkach, restauracjach, mieszkał w przyciasnych kątach - wszystko po to, by móc po przyjeździe do kraju założyć coś własnego. Na ulicy Staromiejskiej w nieznanym nam bliżej mieście (interesujący zabieg, o którym opowiem za moment), jego ojciec prowadził małą "kanapkownię" (z okienka podawano klientom pyszne kanapki), więc po powrocie Edek postanowił rozbudować, przebudować lokal i serwować pyszności, które poznał w trakcie swojej europejskiej tułaczki.

Autorka posłużyła się specyficznym zabiegiem - umiejscowiła akcję powieści na urokliwej brukowanej uliczce Staromiejskiej oraz jej pięknych okolicach, nie podając nam nazwy miasta. Domyślamy się, że nie jest to zabita deskami mieścina - w końcu znajduje się w niej między innymi teatr (!). Jedyną wskazówką geograficzną jest to, że w niedalekiej odległości od miasta znajdują się... Mazury. Wiemy TYLKO, a może AŻ tyle. Do całej reszty musimy uruchomić swoją wyobraźnię. Wydaje mi się, że taki zabieg jest o tyle "sprytnym" posunięciem, że autorka nie musiała później uważać na topografię jakiegoś konkretnego miasta podczas pisania, bo najprawdopodobniej sama je na swój użytek wymyśliła (chociaż mogę się mylić). To zapewne ułatwiło jej pracę nad powieścią.

Powoli robię się upierdliwym czytelnikiem... Już tłumaczę, dlaczego tak sądzę. W niektórych fragmentach "Powrotu na Staromiejską" odnajdywałam pewne nieścisłości czy niedomówienia. Na przykład: główni bohaterowie obejmowali się, przytulali (mam nadzieję, że nie jest to spoiler?) - i nie zgadzał mi się opis tej sytuacji: jedna ręka na biodrze, druga gdzieś na bioderku, a kawałek dalej - niby tkwiąc w tej samej pozie - już ręka leżała gdzie indziej. Chyba jakaś dziwna gimnastyka miała tam miejsce albo autorka w międzyczasie stwierdziła, że bohaterowie zmienili układ swoich ciał;-) Zżymałam się przy tym niemiłosiernie. Wiem, że takie rozkładanie powieści na czynniki pierwsze może być dla Was - Czytelników - irytujące, więc proszę o wybaczenie. Po prostu im więcej przeczytanych książek za mną, tym bardziej staję się wyczulona na takie niuanse. 

Muszę od razu zaznaczyć, że dużo pracy autorka poświęciła na przekazanie ogromu informacji dotyczących wyszywania haftem krzyżykowym, mulin czy decoupage'u. Za uwiarygodnienie powieści takim elementem... wielki szacunek. Widać, że autorka zna się na tym - w końcu starała się w powieść wpleść swoje pasje: rękodzieło czy dobrą kuchnię oraz fascynację Szwecją. Kolejny plus za realizm w odwzorowaniu kłopotów z polskimi urzędami - bohaterowie prowadzą własne firmy i borykają się w związku z tym z różnymi problemami.

Nie szkodzi, że były jakieś tam nieścisłości i że się przy nich irytowałam. Mimo wszystko było to sporadyczne, a książka najoględniej mówiąc... skradła moje serce. Gdybym miała napisać własną powieść dla kobiet, to bardzo bym chciała, aby była w stylu powieści pani Anny Mulczyńskiej. Dobrze wykreowani bohaterowie, przystępny język, zaskakujące zwroty akcji to zalety "Powrotu na Staromiejską".

To niezwykle ciepła, klimatyczna opowieść o tym, że każdy z nas chce kochać i być kochanym.

Czekam z niecierpliwością na kontynuację powieści pt. "Przyjaciółki ze Staromiejskiej"! I zapraszam na magiczną ulicę, gdzie przyjaźń, miłość i realizowanie własnych marzeń idą ze sobą ramię w ramię.

PS. Starajcie się nie czytać "na głodnego", bo po niektórych fragmentach jeszcze bardziej będzie Wam burczało w brzuchach;)

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu Nasza Księgarnia ;-)




Grubość książki: 3,10 cm

poniedziałek, 12 maja 2014

KONKURS z okazji dwusetnego posta na blogu :-)

Witajcie Kochani!

Jakoś tak się złożyło, że do tej pory nie zorganizowałam żadnego konkursu. A że za chwilę pojawi się na moim blogu dwusetny post, postanowiłam to zmienić :-)

Do wygrania jest książka Elżbiety Jodko-Kuli "Zdrady i powroty" (moja recenzja TU) - książka była czytana tylko przeze mnie i jest ostempelkowana przez Sztukatera - poza tym pachnie nowością ;-)



Regulamin konkursu:

1. Konkurs organizuję ja - a_psik z bloga in-bed-with-books.blogspot.com.

2. Konkurs trwa od dzisiaj do 20 maja 2014 (do godz.23:59).

3. Wyniki konursu zostaną ogłoszone najpóźniej 22 maja na blogu in-bed-with-books.blogspot.com.

4. Nagrodą jest książka  Elżbiety Jodko-Kuli "Zdrady i powroty".



5. Nagroda zostanie wysłana na mój koszt w ciągu 14 dni od momentu otrzymania adresu zwycięzcy. Po tym czasie, jeśli uczestnik nie poda adresu, wybiorę drugą najciekawszą wypowiedź.

6. W widocznym miejscu na blogu należy umieścić baner konkursowy i zostać obserwatorem mojego bloga. Będę również wdzięczna za poinformowanie innych o konkursie.

7. Zadanie konkursowe polega na tym, aby polecić mi dwie książki obyczajowe, które w Waszej opinii mogłyby mi przypaść do gustu i w kilku zdaniach napisać, dlaczego są warte uwagi. Najciekawsza - w mojej opinii - odpowiedź wygrywa. Pamiętajcie, liczy się również forma Waszej wypowiedzi!

8. Zgłaszać można się pod tym postem podając swój nick, mail oraz gdzie umieściliście baner, a także odpowiedź na zadanie konkursowe.

9. Konkurs dotyczy tylko uczestników z Polski.



Zapraszam do udziału! :D

Pamela Druckerman, Dziecko dzień po dniu. 100 złotych zasad francuskiego wychowania


Autorka znanej wielu czytelnikom książki „W Paryżu dzieci nie grymaszą” postanowiła podsumować i zebrać w całość zasady „francuskiego wychowania”. „Dziecko dzień po dniu” to kompendium wiedzy zdobytej przez Pamelę Druckerman. Pewnie nie są to wszystkie zasady, które warto stosować w stosunku do swojego potomstwa, ale z pewnością są to te najważniejsze – które znacząco mogą ułatwić życie świeżo upieczonym rodzicom.

„Dziecko dzień po dniu” to książeczka do przeczytania w ciągu – mniej więcej – dwóch godzin. Zapewniam Was – mimo że rodzicem jeszcze nie jestem, ale aktywnie obserwuję otaczający mnie świat i chodzących po nim ludzi (w tym rodziców!) – że nie będą to godziny stracone.

Publikacja ta zawiera wiele naprawdę sensownie brzmiących porad dotyczących życia i wychowywania dzieci. Książka podzielona jest tematycznie na krótkie rozdziały. Jeżeli chodzi o tematykę, to autorka oprowadza nas początkowo po ciąży w wydaniu francuskim, pierwszych dniach dziecka w domu i potrzebie mówienia do niego, kwestiach związanych ze spaniem; sporo uwagi poświęca żywieniu dzieci i wszelkim zasadom z nim powiązanym, nauce cierpliwości i sztuce odmawiania dziecku. Autorka zapewnia, że stosowanie tych prostych zasad może znacząco podnieść jakość życia rodziny. Ale o tym za moment.

Pamela Druckerman stara się na każdym kroku wyjaśniać, że małe dziecko to też… człowiek! – na dodatek myślący. Uważa więc, że nauczenie go pewnych rzeczy wymaga jedynie cierpliwości i systematyczności. Dzieci naprawdę szybko się uczą – a to może ułatwić codzienną egzystencję. Przykładem może być sen dziecka – jeżeli rodzice zrozumieją rytm snu i nie będą się zrywać na każde kwilenie bobasa, to – prawdopodobnie – dziecko nauczy się w miarę spokojnie przesypiać noce. Podkreślona zostaje jednak istotna kwestia – nie należy się spodziewać nagłych, oszałamiających rezultatów – spokojny sen dziecka jest ponoć wynikiem zdroworozsądkowego podejścia jego rodziców do niego przez dłuższy czas – dziecko samo „nauczy się” spokojnego spania bez ciągłych pobudek. A wyspani rodzice… to szczęśliwi rodzice! Jedna ze „złotych zasad” brzmi: „wszyscy jemy to samo” – nieco mnie to zdziwiło, ale po głębszym namyśle stwierdziłam, że… ma to sens. Wiadomo, nie mówimy tu o niemowlętach, tylko dzieciach, które już zaczynają próbować „dorosłego jedzenia”. Dzieci uczą się wtedy, że posiłki to przyjemność i radość ze spędzania czasu z rodziną. A jakież to ułatwienie dla gotującej mamy!

Bardzo przypadł mi do gustu język tej książeczki. Autorka w prosty, przejrzysty sposób omawia złote zasady postępowania z małymi ludźmi. Robi to niejednokrotnie w bardzo zabawny, humorystyczny sposób. Ciekawym dodatkiem do lektury są zamieszczone na końcu książki „Ulubione przepisy z paryskiego żłobka” oraz tygodniowy jadłospis z tegoż miejsca – oczywiście przykładowy.

Jeżeli chodzi o minusy, po po pierwsze: lektura ta mogłaby być znacznie dłuższa. Przyjemnie mi się ją czytało i z lekkim rozczarowaniem przewracałam ostatnią kartkę. Po drugie: irytujące były ciągłe zwroty "francuscy rodzice", "Francuzi" - zdaję sobie sprawę, że jest to poradnik oparty na przykładach francuskich rodzin, ale może dałoby się te zwroty zastąpić jakimiś wyrazami bliskoznacznymi? Chociaż... może się czepiam za bardzo?

Uprzedzam lojalnie – recenzowałam tę książkę z perspektywy laika – kobiety, która jeszcze matką nie została, więc moja ocena jest bardzo subiektywna i nie jest poparta matczynym doświadczeniem.

Polecam szczególnie przyszłym rodzicom.




Grubość książki: 0,90 cm




Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu Literackiemu ;-)

środa, 7 maja 2014

50 Cent, Szacunek ulicy

Buła jest trzynastoletnim chłopakiem, który pragnie uwagi innych. Jego rodzice się rozstali, więc chłopak mieszka z wiecznie zapracowaną mamą, a ojca odwiedza mniej więcej dwa razy w miesiącu (w weekendy). Matka, próbując uciułać dodatkowy grosz, bierze wszelkie możliwe nadgodziny, dlatego Burton (bo tak właściwie ma na imię) żywi się najczęściej śmieciowym jedzeniem. Kobieta nie ma bowiem nawet czasu na prawdziwe gotowanie - Buła przeżyje szok podczas wizyty u kolegi, widząc jak jego mama gotuje prawdziwy obiad, a nie odgrzewa "gotowca". W wyniku rozwodu chłopak wraz z matką przeprowadza się z Nowego Jorku do miasteczka Garden City. Już pierwszy dzień w nowej szkole okaże się koszmarem.

Cały bieg wydarzeń poznajemy z perspektywy Buły - to on jest tu narratorem. Opisuje on swoje kolejne wizyty u terapeutki z właściwą sobie nonszalancją - że to niby ona jest jakaś dziwna i że on nie bardzo rozumie, po co w ogóle musi się z nią spotykać. A czemu w ogóle się tam znalazł? Jego problemy w szkole narastały, więc stwierdził, że najlepszą obroną jest... atak. Po zaatakowaniu niedawnego kumpla skarpetą pełną baterii, wylądował na przysłowiowej... kozetce.

Wydaje mi się, że książka "Szacunek ulicy" jest jednym wielkim krzykiem, wołaniem o pomoc. Ma być przestrogą przed lekceważeniem swoich dorastających dzieci. Daje zapracowanym rodzicom wskazówki, by nie zamykali się na problemy swoich synów i córek. Dorastanie jest bowiem trudnym okresem - nie jest się jeszcze dorosłym, ale nie jest się też już dzieckiem. Okres buntu można przechodzić w miarę łagodnie, jednak częstsze są zgrzyty i rozmaite wyskoki nastolatków, które chcą być widziane i słyszane. I właśnie wtedy obecność rodziców jest najważniejsza. Rozmowy z nimi mogą pomóc zrozumieć, co dzieje się z młodym człowiekiem, co się w nim zmienia. Brak obecności rodziców może się źle skończyć (nie mam tu na myśli jedynie mieszkania pod jednym dachem, ale to już pewnie, Drodzy Czytelnicy, wiecie).

Podczas lektury miałam skrajne uczucia względem bohatera tej powieści. Bywały momenty, w których strasznie wkurzała mnie jego głupota, ale też często bywało mi go najzwyczajniej żal. Wczuwałam się w jego położenie: brak prawdziwych kumpli (ewentualnie miał do wyboru towarzystwo podejrzanych kolesi), wiecznie zapracowaną mamę i "weekendowego" ojca, brak jakichkolwiek perspektyw i możliwości "wyrwania się" ze swojego środowiska. Chyba jestem w stanie choć w małej części zrozumieć, co czuł Buła. Mnie też kiedyś wyzywano w szkole - wprawdzie "delikatniej" i w mniejszym stopniu, ale wiem, że szykanowanie przez innych nie wpływa dobrze na ego młodego człowieka.

Myślę, że jest to lektura dla młodzieży wchodzącej w trudny okres dojrzewania (o ile da się przekonać do czytania!:P), pokazująca, że przemoc nie jest metodą na szczęśliwe życie.

Język jest dopasowany do wieku narratora, nic tam nie zgrzyta. Książkę czyta się nadzwyczaj szybko. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie znalazła jakiegoś mankamentu. Otóż cała ta historia przypomina mi wiele hollywoodzkich filmów o przemianach bohatera. Czytając odnosiłam wrażenie, że mam przed oczami gotowy scenariusz filmu. I wcale bym się nie zdziwiła, gdyby "Szacunek ulicy" doczekał się ekranizacji. Poza tym jest to lektura do jednokrotnego przeczytania - nie sądzę, bym miała znów po nią sięgnąć. 

Nie łudźcie się - nie jest to literatura wysokich lotów. To książka do przeczytania w ciągu kilku godzin. Nie wiem, czy zostanie na dłużej w mej pamięci. Pseudonim artystyczny 50 Cent przyciąga teraz, ale kto wie, co będzie za parę miesięcy lub lat..?

Początkowo sądziłam, że to biografia 50 Centa (wł. imię to Curtis James Jackson III) - okładka jest naprawdę myląca. Okazało się jednak, że 50 Cent pisząc tę książkę opierał się na własnych doświadczeniach i towarzyszących im emocjach, ale nie stworzył prawdziwej autobiografii.

Sami zdecydujcie, czy jest to lektura dla Was.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu SQN


Grubość książki: 2,40 cm


poniedziałek, 5 maja 2014

Jacqueline Wilson, Czworo dzieci i "coś"

Z całą pewnością jest to książeczka przeznaczona dla tych dzieci, które już poznały kultową powieść Edith Nesbit pt. "Pięcioro dzieci i "coś"" (nie wiem, czy wiecie, ale pani Nesbit uznawana jest za jedną z przedstawicielek brytyjskiego "złotego wieku powieści dla dzieci", a także prekursorkę nowoczesnej literatury fantastycznej). Nie polecam więc powieści pani Wilson tym, którzy nie mieli do czynienia z tamtą książką. Odczytywanie bowiem tej opowiastki byłoby o wiele uboższe i czasami wręcz niezrozumiałe dla młodego czytelnika. 

"Czworo dzieci i "coś"" to utwór dosyć mocno inspirowany wiktoriańską powieścią, jednak osadzony we współczesnych realiach (dziewczynki chodzą już w jeansach, a nie zgrzebnych sukienkach - co okaże się nieco kłopotliwe podczas jednej z przygód). "Pięcioro dzieci i coś" jest jedną z ulubionych powieści Róży, bohaterki powieści pani Wilson i głównej narratorki.

Przyznam szczerze, że nie jestem zachwycona tym, że w powieści dla dzieci przemyca się informacje o rodzinach tak zwanych patchworkowych. Rozumiem, że coraz więcej rodzin rozpada się i tworzy się nowe, "łatane", w której są dzieci zarówno kobiety, jak i jej nowego partnera (lub na odwrót) i powiem jasno: nie mam nic przeciwko temu. Jednak nie wydaje mi się, aby pisanie o tym książek dla dzieci było dobrym pomysłem. Może w swoich poglądach jestem staroświecka, ale wolę czytać o przygodach standardowej rodziny... Poniżej macie miejsce, by obrzucić mnie błotem :] :P. Dodatkowo poruszona zostaje jeszcze kwestia niezrozumienia ze strony rodziców. Ojciec Róży jest w moim odczuciu człowiekiem bez serca. Nie namyślając się długo, wciąż krytykuje własne dzieci; ani przez chwilę nie zastanawia się, co też one mogą czuć. Jego partnerka też nie jest lepsza, ale przynajmniej... urządza przepyszne pikniki.

Wracając do postaci Róży - przyjechała ona ze swoim bratem na wakacje do taty, który mieszka z nową partnerką, Alicją. Dzieci w domu w tym momencie jest czworo: Róża, jej brat Robert, następnie Magdalenka (córka taty i Alicji) oraz Psujka (która tak naprawdę ma na imię Samanta i jest córką Alicji z pierwszego małżeństwa - już wiecie o co mi chodzi? Każde dziecko z kim innym - to może wprowadzić zamęt w umysłach małych czytelników). Podczas jednej z wypraw do lasu, w trakcie pikniku dzieci odkopują na piaskowej górce Piaskoludka - stworka znanego z powieści Edith Nesbit. Piaskoludek ma moc spełniania życzeń - jednak jak w każdej bajkowej opowieści życzenia są opisane pewnymi wymaganiami: obowiązuje jedno życzenie dziennie; dodatkowo określone spełnione życzenie trwa jedynie do zachodu słońca (prawie jak w przypadku Kopciuszka). Jak przekonają się na własnej skórze dzieci, trzeba bardzo uważać, co mówi się przy Piaskoludku - nieopatrznie wypowiedziane słowa: "chciałbym/chciałabym" uruchamiają proces spełniania życzeń, które na przykład tylko wymsknęły się dzieciom z ust.

Generalnie bardzo przyjemnie czytało mi się o perypetiach tej nieco zwariowanej czwórki (chociaż Róża bardzo przypominała mnie z czasów szkolnych - spokojną i lubiącą się uczyć), jednak w ocenie pozwalam sobie dodać minusik właśnie za te skomplikowane relacje rodzinne. Jeżeli chodzi o bohaterów, to najbliższa memu sercu jest oczywiście Róża. Za to Psujce najchętniej wykręciłabym ucho ;).

Jaki jest morał całej historii? Chyba taki, że najważniejsza mimo wszystko jest rodzina - nieważne, czy "normalna" czy patchworkowa. Ciepło domowego ogniska to coś, co buduje poczucie własnej wartości w dzieciach.

Jeżeli chcecie (sami lub ze swoimi dziećmi) przeżyć fantastyczne wakacje w towarzystwie Piaskoludka, zapraszam Was do lektury Jacqueline Wilson. Jednak tłumaczenie koligacji rodzinnych bierzecie na siebie ;).

Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu ZNAK Emotikon



Grubość książki: 3,80 cm