Widząc miejskie budynki - nie tylko nowe, po remontach, lecz także stare, które możnaby określić mianem zabytkowych, zamalowane wzorami grafitti, często trafiał mnie szlag. Serio. Byłam wkurzona na tych, którzy - w mojej ocenie - dewastowali przestrzeń miasta. Dokazywali, chcąc pokazać co to nie oni. Dlatego zawsze ilekroć w telewizji słyszałam o akcji przeznaczania starych budynków lub wycinków murów stricte dla graficiarzy, czułam zadowolenie. Myślałam: no, teraz jest i wilk syty, i owca cała. Arturo Pérez-Reverte próbuje pokazać, jak bardzo się myliłam w swoim toku myślenia. I choć nie przekonał mnie całkowicie do takiego rozumienia sztuki ulicznej, muszę przyznać, że włożył wiele wysiłku, by realnie odmalować świat street artu.
Nazwa graffiti pochodzi od włoskiego słowa "graffiare", czyli bazgrać. Podstawowa zasada bezpieczeństwa w świecie grafficiarzy brzmi: pisz szybko i znikaj. Inne ważne stwierdzenie obowiązujące na ulicy: "Jeśli jest zgodne z prawem, to nie jest graffiti". Tak przynajmniej wynika z książki "Cierpliwy snajper".