Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 sierpnia 2016

Stieg Larsson, Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet [audiobook]

Ohoho, nie było mnie tu prawie miesiąc! Ten czas tak szybko ucieka... 
Nie ukrywajmy, większość mojej doby poświęcona jest obecnie opiece nad Alicją. Staram się wykorzystywać ten czas jak najlepiej i nie narzekać, bo niebawem, za kolejne pół roku trzeba będzie wrócić do pracy.
To że mnie tu nie było, nie oznacza, że nie mam styczności z książkami. Oczywiście nie jestem już tak na bieżąco jak dawniej, jednak prawie każdego dnia coś tam czytam. No i oczywiście audiobooki! Bez nich uważam swój dzień za stracony. Początkowo w formie audio wybierałam książki lekkie, raczej niewymagające wielkiego zaangażowania ze strony słuchacza. Ostatnio zdarzyło mi się wybrać thrillery i muszę przyznać, że było to nowe, ale bardzo pozytywne doświadczenie. A może słuchania audiobooków (jak wielu innych czynności) trzeba się po prostu nauczyć..?



Wczoraj właśnie zakończyłam przygodę z pierwszą częścią serii Millenium Stiega Larssona w wykonaniu Krzysztofa Gosztyły. Początkowo zdumiewała mnie wysoka ocena tej książki na portalu LC. Jednak im więcej przesłuchanej treści miałam za sobą, zaczynałam pojmować fenomen tej powieści.

Mikael Blomkvist, dziennikarz i wydawca magazynu "Millennium" otrzymuje nietypowe zlecenie od Henrika Vangera - magnata przemysłowego, rządzącego ogromnym koncernem. Vangerowi zależy, aby Blomkvist napisał kronikę rodzinną Vangerów. Spisywanie dziejów bogatej rodziny to tylko pretekst do próby rozwiązania pewnej zagadki, zniknięcia szesnastoletniej Harriet Vanger, spokrewnionej z Henrikiem dziewczyny.

czwartek, 23 czerwca 2016

Rosamund Lupton, Barwa ciszy


"Barwa ciszy" to kolejna powieść Rosamund Lupton (wcześniejsze książki to "Siostra" oraz "Potem"), opowiadająca o matce i córce przemierzających niebezpieczne tereny, by znaleźć zaginionego męża i ojca. Miejsce akcji to bezkresne przestrzenie Alaski, w której panuje wszechwładna noc oraz niezliczone połacie śniegu.

Policja twierdzi, że wioska w której mieszkał Matt, mąż Yasmin, doszczętnie spłonęła, a liczba tych, którzy zginęli świadczy dobitnie o tym, że wśród  rodowitych mieszkańców, był także człowiek rasy białej. Uznano więc, że z całą pewnością jest to Matt. Yasmin uparcie wierzy jednak, że mąż próbował się z nią kontaktować w chwili wypadku i że na pewno żyje. Nie przyjmuje do wiadomości, że może nie mieć racji. Szuka pomocy w dotarciu do celu - w końcu jeden z kierowców ciężarówek jeżdżących w stronę Anaktue zabiera ją wraz z córką. W ten sposób zaczyna się długa i niebezpieczna podróż. Wkrótce okazuje się też, że podąża za nimi jakaś tajemnicza cysterna. Kto ją prowadzi i czego chce od Yasmin - oczywiście wszystko zostaje wyjaśnione w toku lektury.

wtorek, 19 maja 2015

Virginia Cleo Andrews, Płatki na wietrze


Kolejna część kultowego cyklu pt. "Rodzina Dollangangerów" autorstwa Virginii Cleo Andrews. Część pierwszą - "Kwiaty na poddaszu" miałam okazję poznać już jakiś czas temu. Wczoraj skończyłam słuchanie "Płatków...". Obydwie części czyta aktorka Kamilla Baar.

W drugiej części historii rodzeństwo trafia do domu doktora Paula Sheffielda. Mężczyzna roztacza nad bohaterami opiekę, starając się pomóc zapomnieć o przeszłości (której sam w zasadzie nie poznaje, do czasu rzecz jasna). Dzięki Paulowi Chris, Cathy i Carrie w końcu mogą czuć się bezpiecznie. Mężczyzna żyje samotnie po śmierci żony, więc proponuje młodym ludziom, by zamieszkali wraz z nim. Jest człowiekiem na tyle dobrym, że postanawia ich adoptować, zmyślając nieco ich rodzinną historię. Wiem, to już brzmi nieprawdopodobnie, ale to jeszcze nic. Im głębiej w las, tym takich "smaczków" jest coraz więcej.

wtorek, 31 marca 2015

Claire Kendal, Wiem o tobie wszystko


Mocna, wciągająca, wywołująca dreszcz przerażenia.


Wiedziałam, że książka będzie poruszać problem stalkingu, jednak nie spodziewałam się aż takich emocji. Prawie ciągle podczas czytania odczuwałam przysłowiowe "ciarki na plecach". Wprawdzie miałam w swoim życiu do czynienia z jednym takim nachalnym "adoratorem", ale - na moje szczęście - nie był stalkerem, tylko człowiekiem usilnie pragnącym bliskości drugiej osoby. Więc skończyło się na paru nieprzyjemnych smsach i e-mailach. Ale strach też był. Strach, który wiele mnie nauczył. Dlatego, czytając o przeżyciach bohaterki, bałam się razem z nią.

To, że widziałeś mnie rano, wystarczy ci z pewnością na cały dzień. Mimo to ciągle obracam głowę, szukając cię wszędzie wokół. Muszę dziwnie wyglądać, jakbym miała jakiś tik nerwowy. Łapię się wręcz na tym, że zastanawiam się, gdzie jesteś. Wprawia mnie to w jeszcze większy przestrach: grozi mi, że dostanę takiej samej obsesji na twoim punkcie, jak ty na moim. Tego właśnie pragniesz, czyniąc wszystkie te nieustanne próby przykłucia mojej uwagi. Nie mogę dopuścić, żeby do tego doszło. (s. 179)

poniedziałek, 16 marca 2015

Peter T. Deutermann, Ostatni człowiek


I pomyśleć, że kiedyś w ogóle nie czytałam thrillerów. Ten gatunek był mi najzupełniej obcy. Później poznałam mojego męża i namiętnie zaczęliśmy oglądać filmy - w tym między innymi thrillery. Zaraził mnie swoimi zainteresowaniami i obecnie, kiedy proszę, żeby znalazł coś ciekawego do obejrzenia, mówię (prawie) zawsze: "znajdź proszę jakiś film obyczajowy, komedię albo... dobry thriller". Od tego się zaczęło - po filmach-thrillerach postanowiłam spróbować przygody z książkami-thrillerami i po prostu... pokochałam je. Ostatnio akurat złożyło się, że czytałam więcej książek historycznych na przemian z obyczajowymi, ale przyszedł w końcu czas na przerywnik w postaci książki pt. "Ostatni człowiek". Tytuł początkowo może budzić mylne skojarzenia, ale opis na okładce wprowadza w temat.

Potencjalny czytelnik powinien wiedzieć, że fabuła najpierw umiejscowiona została dwa tysiące lat temu, po czym przenosi się w czasy współczesne i tak jest już do końca. Jednak w trakcie czytania autor co rusz wraca do tragicznych wydarzeń z 73 roku, które rozegrały się w twierdzy o nazwie Masada, w Judei. Te niegościnne, pustynne ziemie były świadkami żydowskiej rewolty przeciw panowaniu Rzymian. Obrońcy twierdzy (a było ich ponad dziewięciuset) woleli wybrać śmierć niż rzymską niewolę. Dziś powiedzielibyśmy, że popełnili zbiorowe samobójstwo. W każdym razie życie stracili nie tylko mężczyźni, lecz również kobiety i dzieci. Do zabijania reszty (czyli tych, którzy nie dali rady zabić swojej rodziny i samych siebie) została wyznaczona specjalna grupa. Co tak naprawdę się tam wydarzyło? Co kryła twierdza, skoro jej obrońcy woleli stracić życie niż wydać to w ręce Rzymu? Będziecie zszokowani.

piątek, 13 czerwca 2014

Martin ZeLenay, U progu zagłady

Kara spotyka tych, którzy widzą za dużo, i tych, którzy mówią za wiele. (s.50)


Gdzieś tam na świecie istnieje pewne państwo totalitarne. Ginie w nim człowiek. Mało kto spodziewa się, że ten fakt będzie miał jakiekolwiek konsekwencje na przykład na arenie międzynarodowej... 
Pak Li - zaufany człowiek Najwybitniejszego Przywódcy - ma do wykonania tajną misję: wybiera się w kierunku Watykanu z ładunkiem wybuchowym. Do dyspozycji ma sporo pieniędzy. Ograniczenie jest jedno: brak świadków.
Frank Shepard - oficer operacyjny CIA - spędza czas na rehabilitacji. Od dziesięciu lat pracuje w Wydziale Operacji Specjalnych, czyli najbardziej utajnionej strukturze amerykańskiego wywiadu, ale po wydarzeniach opisanych w "Tajnym raporcie Millingtona" (recenzja TU), musi odpocząć. I podobnie jak wtedy, znajduje się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze.

Frank Shepard po ostatniej akcji wrócił do domu w glorii chwały. Jednak nie potrafił się odnaleźć w szarości zwykłej egzystencji - wszak w jego pracy zawsze towarzyszył mu "dreszczyk emocji". Po raz pierwszy w swojej karierze, za namową żony, wybrał się na urlop. Jednak po krótkim odpoczynku ponownie został wezwany do akcji. Jego perypetie stanowią część fabuły książki. Druga to dzieje niedookreślonego państwa totalitarnego wraz z przygodami Paka Li, mającego przed sobą bojowe zadanie - wwiezienie ładunku nuklearnego na teren Watykanu. Czy mu się to uda? Czy połączone siły agencji wywiadowczych z kilku państw będą w stanie mu zapobiec? Tego dowiecie się z lektury interesującego thrillera pt. "U progu zagłady".

Co ciekawe, na kartach książki znajdziemy wzmiankę o Ryszardzie Kuklińskim - jest ona autentyczna. Znam bowiem te fakty z jego biografii. Jeden z bohaterów znał Kuklińskiego - prawda przeplata się tu z fikcją literacką, a my nie mamy pewności, gdzie przebiega granica pomiędzy nimi... Elementów historycznych można znaleźć więcej w "U progu zagłady" - jest tam zawarta także informacja o abdykacji papieża Benedykta XVI. Jednym słowem: mamy tu całkiem udany kogel-mogel z wydarzeń historycznych oraz fikcji literackiej.

Ciekawostką jest opis różnic między państwem demokratycznym (tu w domyśle Ameryką), a reżimem:

Nasza władza posługuje się kolosalnie skomplikowanym oprzyrządowaniem, bo dużo trudniej sprzedawać w supermarkecie o pełnych półkach. Tam stosuje się proste stalinowskie wzorce oparte na niedostatku. Podstawą jest brak, najlepiej wszystkiego: wówczas sterowanie odbywa się poprzez zaspokajanie podstawowych potrzeb(...). Tutaj potrzeby należy wykreować, tam wystarczy zaspokoić na poziomie biologicznie minimalnym. Jak się nie uda, to trudno: setki tysięcy padną z głodu, co za problem? (s.132-133)

Nic dodać, nic ująć.

Zakładam, że nie wszystkie wydarzenia mogły mieć miejsce. Lektura fascynująco opowiada o siatce wywiadowczej, rozsianej po całym świecie, docierającej nawet w zakamarki Watykanu. Ogromnym plusem są - w ważnych dla akcji momentach - krótkie akapity, które są tak treściwe, że odbierałam je jak... kadry z filmu sensacyjnego. Czyta się je naprawdę dobrze. "U progu zakłady" wymaga skupienia, początkowo notowałam sobie kto jest kim i dla kogo pracuje, by później wciągnąć się w lekturę. To była przysłowiowa "jazda bez trzymanki". Książka mnie pochłonęła, tym bardziej że - jak już wspominałam w ostatnich postach - lubię czytać o agentach wywiadu. Ten świat mnie pociąga i intryguje. Trudną fabułę potrafi autor "rozbroić" kilkoma śmiesznymi scenami - to genialne przerywniki potrafiące rozluźnić nasze spięte podczas lektury mięśnie. Na uwagę zasługuje również ciekawa szata graficzna okładki - razem z poprzednią tworzą ciekawy tandem. Na grzbiecie oprócz tytułu i nazwiska autora znajduje się fragment mapy z danymi geograficznymi celu ataku terrorystycznego. Poprzednio był to Nowy Jork, teraz jest to Watykan. Niby drobnostka graficzna, ale cieszy oko, gdy spoglądam w stronę swojej biblioteczki.

Podobnie jak w poprzednim tomie przygód Franka Sheparda mamy możliwość obcowania ze sztuką (może nie wszyscy pamiętają, że autor jest historykiem sztuki). Nie tylko z malarstwem manieryzmu (warto poszukać podczas lektury reprodukcji omawianych dzieł), ale także architekturą - szczególnie włoską.

Polecam miłośnikom thrillerów politycznych.

Pamiętajcie: wszędzie tam, gdzie do głosu dochodzi fanatyzm, sprawa robi się niezwykle poważna...


Grubość książki: 3,10 cm




Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu ZNAK :-)

czwartek, 1 maja 2014

Martin ZeLenay, Tajny raport Millingtona

Polityczne układy, układziki, siatka wywiadowcza i próby walki z terroryzmem – to główne wątki thrillera politycznego autorstwa Martina ZeLenay’a, Amerykanina polskiego pochodzenia, historyka sztuki. Autor ukrywa się pod pseudonimem, dla własnego bezpieczeństwa nie o wszystkim pisze wprost, ale możemy być pewni – doskonale zna tematy, które porusza. W swojej książce próbuje ukazać kulisy współczesnej walki z rozpowszechniającym się terroryzmem.

Do pewnego momentu trudno połapać się, o co tak naprawdę chodzi. Fabułę poznajemy z dwóch – trzech perspektyw i początkowo odnosi się wrażenie, że nic się tu nie łączy w logiczną całość. Ale to tylko pozory. Wszystkie elementy  w odpowiednim momencie wskakują na swoje miejsce w tej misternie skonstruowanej układance.

Frank Shepard jest oficerem tajnej jednostki. Podczas jednej z akcji wpada na trop międzynarodowej siatki terrorystów. W toku prowadzonego śledztwa agenci docierają w końcu do osoby pociągającej za sznurki. Tą postacią jest Andrew Serov – były agent wywiadu. Docierają również do przerażających planów. Jedno jest pewne – Ameryka znajduje się w niebezpieczeństwie. Przed Shepardem trudne zadanie - musi ubiec działania Serova. Mamy tu jeszcze innego bohatera - tytułowego Jasona Millingtona, który przewidział (na podstawie wnikliwych analiz) ataki 11 września. Wtedy jednak nie wszyscy chcieli go słuchać. Parę lat później tworzy kolejny raport, tym razem ostrzegający przed ekspansją terrorystów. Jest się czego bać.

Autor krętymi ścieżkami fabuły prowadzi nas przez świat agentów, byłych agentów wywiadu, mafijnych porachunków, a nawet po świecie kultury. W pewnym momencie trafiamy na szerokie tło dotyczące malarstwa i innych gatunków wyżej wspomnianej „muzy”. Wracając jednak do agentów, poznajemy wzajemną sieć powiązań – w tym światku każdy każdemu coś „wisi”, przysługa goni przysługę, a gdy już się komuś podpadnie – oj, biada! Łatwo wtedy stracić włos na głowie. Wielu bohaterów działa na zasadach dżungli – przeżyje ten, kto silniejszy. Muszą jednak uważać – ich działania wymagają tego, aby poruszali się niczym po polu minowym, gdzie każdy zły ruch może być zgubny. Autor odmalowuje przed nami świat, który mnie przeraża. Świat, w którym terroryzm osiąga swoje apogeum. Jest dostępny dla każdego, kto dysponuje dużymi pieniędzmi i jakimiś „kontaktami”. Mając to, można urzeczywistnić nawet najbardziej makabryczne i wyrafinowane scenariusze zagłady...

Ogromna ilość bohaterów, zmieniające się wciąż perspektywy przez długi czas wprowadzały mnie w przekonanie, że jest to lektura chaotyczna. Trzeba skupienia i uwagi, by zrozumieć, kto, co, kiedy, dlaczego, po co robi. Trud lektury opłaca się jednak. Bohaterowie wciąż są w ruchu, prześcigają się w swoich działaniach - a gra przecież toczy się o wysoką stawkę. Oczyma wyobraźni widziałam te zdarzenia następujące po sobie niezwykle szybko, jak w kalejdoskopie. Czułam się prawie tak, jakbym oglądała film sensacyjny.

Nie ominął autor bardzo ważnej kwestii dotyczącej pracy agenta wywiadu. Kosztów, jakie ponosi się w tej pracy. Mam tu szczególnie na myśli życie rodzinne, stojące w zasadzie pod znakiem zapytania. Agent, który musi być cały czas "pod telefonem", nie jest w stanie stworzyć zwykłego ogniska domowego. Może jest to więc praca dla samotników?

Próbując jakoś scharakteryzować tę książkę, trzeba by było skorzystać z określeń: thriller polityczny lub/oraz powieść sensacyjna. To niezwykle wciągająca historia.
To lektura dla tych, których kręcą tajniki pracy CIA i wszystkie szczegóły dotyczące przeprowadzania akcji wywiadowczych. Spodoba się nie tylko mężczyznom ;)

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu ZNAK :)

Grubość książki: 2,90 cm

poniedziałek, 17 marca 2014

Pekka Hiltunen, Szczerze oddana

Zmasakrowane zwłoki pewnej kobiety zostają znalezione w bagażniku samochodu porzuconego w samym centrum Londynu. Mają stanowić osobliwą wiadomość - ostrzeżenie dla innych. Jedna z mieszkanek miasta, Lia, jest świadkiem tej sceny. Niestety, policyjne śledztwo tkwi w miejscu, więc temat w końcu znika z nagłówków gazet. Ale Lia (graficzka komputerowa) nie potrafi przestać myśleć o tej makabrycznej zbrodni.

Kobieta czuje się nieco osamotniona w wielkim mieście. Jednak zmienia się to, kiedy poznaje Mari - kobietę, również Finkę, która posiada niesamowity dar - potrafi "czytać" ludzkie myśli. Umie także przewidzieć niektóre ich działania (ten element z pogranicza fantastyki psuł mi obraz całości - według mnie autor nie za bardzo potrafił obronić i uzasadnić potrzebę tego niuansu; przydał się do rozwinięcia akcji, ale nic ponadto). Mari prowadzi pewną działalność - próbuje wymierzać sprawiedliwość poza oficjalnymi organami przeznaczonymi do ścigania przestępców. W wyniku pewnych okoliczności kobiety wchodzą na terytorium wroga (mordercy) - szukając informacji, trafiają na trop przestępczego światka i półświatka.

Nie jest to thriller w takiej postaci, do jakiej byłam do tej pory przyzwyczajona. Jest jakby nieco prosty (?), szorstki (?), surowy (?). Pewnym minusem jest rozwleczenie akcji w czasie - gdyby skrócić fabułę o jakieś 100 - 150 stron, cała historia nie straciłaby wiele, a czytelnik odczuwałby zapewne szybsze bicie serca wraz z postępującą akcją. A tak mamy tu historię zanadto "rozwleczoną", co - w moim przypadku - wywoływało lekkie rozdrażnienie podczas czytania "Szczerze oddanej".

Po głębszym zastanowieniu się dochodzę do wniosku, że pewna surowość tej książki może wynikać z faktu tłumaczenia - z języka fińskiego - możliwe, że nie wszystko dało się opisać polskimi słowami tak dokładnie, jak brzmiało to w oryginale.

Akcenty zostały źle rozłożone. W większości przypadków, po lekturze książki zaliczanej do miana "thrillerów psychologicznych", szczękę mam "wbitą w podłogę", bo na przykład ostatnie zdania spowodowały szok, "tąpnięcie". Trzęsienie ziemi, które sprawia, że dana książka potrafi wyryć się w mojej pamięci na dłuższy czas. A tu odnoszę wrażenie, jakbym usłyszała spalony dowcip. Akcja dobiegła końca, a autor jeszcze próbował ciągnąć historię. To tylko zepsuło efekt całości. Autor pewnie chciał dobrze, ale nieco... przedobrzył.

Po lekturze tej powieści zaczęłam się zastanawiać nad pojęciem "uniwersalności literatury". Na ile pochodzenie pisarza i umiejscowienie akcji w jakiejś konkretnej przestrzeni wpływa na to, że o książce możemy powiedzieć, że jest uniwersalna lub że niesie ze sobą uniwersalne prawdy..?

Myślę, że gdyby kultura Finów była mi nieco bliższa, to spojrzałabym przychylniejszym okiem na niektóre aspekty powieści. A tak - z powodu braku odpowiedniej wiedzy - niepotrzebnie się tylko irytowałam tym, czego nie potrafiłam zrozumieć...

Oczekiwałam nieco innej lektury - z szybką akcją, maksymalnym zaskoczeniem podczas zwrotu akcji. Tu natrafiłam na nieco ociężały tok przedstawianej fabuły. Brakowało mi nieco pewnego napięcia, z jakim zazwyczaj spotykałam się podczas lektury thrillerów psychologicznych. Poza tym powieść nie była znowu aż taka zła ;)

Pekka Hiltunen jest fińskim pisarzem i dziennikarzem z 20-letnim doświadczeniem. Jego specjalizacją jest tematyka polityczna i społeczna. "Szczerze oddana" jest jego debiutem literackim, entuzjastycznie przyjętym w 2011 roku w ojczystym kraju autora (nagrody: Kaarle Prize (2012), Clue of the Year Prize (2012) i Laila Hirvisaari Prize (2012)). W 2012 roku ukazała się jej kontynuacja, ale nie dotarłam jeszcze do informacji, czy już doczekała się przekładu na język polski.

Ocena: 4-/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu Zysk i S-ka

Grubość książki: 3,70 cm

wtorek, 20 sierpnia 2013

Charlotte Link, Obserwator



Otrzymujemy historię kilku osób, które łączą się w jedną wciągającą opowieść. Poznajemy Samsona Segala, człowieka niezwykle specyficznego, którego ulubionym zajęciem jest… obserwowanie ludzi mieszkających w sąsiedztwie. Podczas codziennych obserwacji dochodzi do wniosku, że zakochał się w jednej z sąsiadek, Gillian Ward. Przyglądając się jej i jej rodzinie, Samson dochodzi początkowo do wniosku, że jest to rodzina niemal idealna. Oprócz powyższych poznajemy także starsze kobiety, które zostają zamordowane w dziwnych okolicznościach. Ich historie są o tyle smutne, że kobiety te były samotne i ich śmierć została odkryta po wielu dniach, w zasadzie przez przypadek. Żeby jednak nie było nudno na horyzoncie pojawia się również całkiem przystojny trener piłki ręcznej, który w przeszłości pracował w samym Scotland Yardzie. Każdy z bohaterów jest w jakiś sposób wplątany w historię i za to daję ogromny plus. Czytelnik zaczyna się bowiem zastanawiać, kto jaką rolę odegra w powieści…

Autorka pokazuje się nam ze swojej najlepszej strony. Mamy więc niespodziewane zwroty akcji, intrygujących bohaterów i nieustanne zwodzenie na manowce. Kiedy już, już wydawało mi się, że odgadłam, kto „pociąga za sznurki” w opisywanej historii, okazywało się, że nie mam racji. I dalej od nowa zaczynałam typowanie. To chyba najbardziej fascynujące w powieściach pani Link. Czytelnik wciąż bywa zaskakiwany. Autorka jest również mistrzynią budowania i stopniowania napięcia. Oczy już mi się przysłowiowo „kleiły”, a ja przewracałam kolejną kartkę… i jeszcze kolejną…

Akcja toczy się wartko, dialogi nie nudzą, a bohaterowie to ludzie z krwi i kości, a nie jakieś pozaziemskie istoty. Podoba mi się to, że wobec każdego z bohaterów musimy się jakoś ustosunkować:  opowiedzieć się za nimi lub się im przeciwstawić. Żaden z nich nie jest obojętny, nie można przejść obok niego bez emocji. Tak samo jak zwykli ludzie mają swoje lepsze i gorsze chwile. Poznajemy motywy i sposób rozumowania bohaterów, co zadowoli każdego czytelnika lubującego się w wątkach psychologicznych.

Charlotte Link umiejętnie gra na uczuciach czytelników, wie, co chce osiągnąć i udaje się jej to. Najpilniej przyglądałam się tytułowemu „obserwatorowi”, co do którego miałam mieszane uczucia: od totalnego braku szacunku dla jego osoby, poprzez niedowierzanie, aż po umiarkowanie pozytywny odbiór jego postawy. To, co jest siłą tej powieści, to autentyczność. W zasadzie wszystkie zdarzenia mogły mieć miejsce w realnym świecie.

To naprawdę dobra powieść. Akcja wciąga do tego stopnia, że wykradałam każdą wolną chwilę, aby móc poznać dalsze losy bohaterów. Polecam z ręką na sercu :-)

wtorek, 23 lipca 2013

Charlotte Link, Wielbiciel

Uwielbiam książki pani Link. Szczególnie "Dom sióstr" zapadł mi w pamięć. Na "Wielbiciela" czekałam dosyć długo, ale cierpliwość popłaciła.



Kilka słów o treści:

W lasach w pobliżu Augsburga znaleziono zwłoki kobiety, która zaginęła bez śladu kilka lat wcześniej. Policjanci stają przed skomplikowaną zagadką, a pierwszych wskazówek udziela im wakacyjna znajoma zamordowanej kobiety. Równolegle we Frankfurcie rozgrywa się inna historia. Redaktorka Leona przez przypadek zostaje świadkiem samobójstwa, co mocno odbija się na jej psychice. Jednocześnie zostaje porzucona przez męża, który odchodzi do innej.

Intryga, jak to zwykle u pani Link, jest ciekawie skonstruowana. Rozmaite wątki przeplatają się początkowo dość chaotycznie, by doprowadzić w końcu do zadziwiającego finału. Odpowiednio budowane napięcie powoduje, że książkę czyta się znakomicie. Dynamiczna akcja i ciekawie skonstruowane figury bohaterów sprawiły, że "Wielbiciela" czytałam z ogromną przyjemnością. Nie jest to do końca taka Charlotte Link, jaką znałam do tej pory, ale nie mogę powiedzieć, że się zawiodłam. Po prostu "Wielbiciel" nieco odbiega od poprzednich powieści pani Link. Większość faktów kojarzymy już na wczesnym etapie czytania, przez co lektura może wydawać się dosyć przewidywalna.

Książka ta to thriller, w który wpleciony został wątek psychologiczny. Mamy tu do czynienia z dosyć dokładną analizą kobiecej psychiki w stanie zakochania. Autorka pokazuje, jak miłość potrafi zaślepić kobietę. Zaślepić do tego stopnia, że taka zakochana istota nie zwraca uwagi na dziwne zachowania partnera (znam to z autopsji...). Gdyby bohaterka powieści zwróciła na nie uwagę odpowiednio wcześniej (ja miałam takie szczęście), mogłaby odejść i z kimś innym układać sobie życie. A tak... pojawiają się problemy.

Na wakacyjną lekturę - w sam raz. Polecam :)

wtorek, 16 lipca 2013

Filmowo cz. 2


Kolejny film godny polecenia to według mnie „Test” (ang.”Exam”). Jego treść można w zasadzie opisać jednym zdaniem. Osiem osób przystępuje do ostatniego etapu rekrutacji na stanowisko w pewnej potężnej, acz dosyć tajemniczej organizacji. W zasadzie nie można powiedzieć nic więcej, inaczej zacznie się spojlerowanie.



To naprawdę intrygujący thriller psychologiczny, którego akcja dzieje się w jednym miejscu. Pomimo, wydawałoby się, nudnego „tła” film wciąga. Wymaga skupienia i, co najważniejsze, myślenia. Ale jakaż potem jest satysfakcja, że się wszystko rozgryzło. „Test” ukazuje, jak zmieniają się ludzie w obliczu stresujących sytuacji. Ciekawy obraz znanego nam wszystkim „wyścigu szczurów” – tyle w wielkim skrócie. Naprawdę polecam!

* * *

Zauroczona Gerardem Butlerem w „Olimpie…” postanowiłam przyjrzeć się dokładniej filmografii autora i tym sposobem trafiłam na „Wysoką falę” (ang.” Chasing Mavericks”).


Z opisu dystrybutora:

Oparta na autentycznych wydarzeniach opowieść o młodości słynnego surfera Jaya Moriarity'ego (Jonny Weston). W wieku 15 lat Jay odkrywa, że mityczna dla surferów fala, zwana "Mavericks" (jedna z największych na świecie), pojawia się niedaleko jego domu w Santa Cruz w Kalifornii. Prosi o pomoc miejscową legendę surfingu Frosty'ego Hessona (Gerard Butler), aby nauczył go, jak poradzić sobie z tak wielkim wyzwaniem. Ich wspólne treningi, a z czasem przyjaźń, pozwalają Jayowi zmierzyć się z "Mavericks", a nawet z czymś więcej.

„Wysoka fala” to naprawdę dobry film o pasji i dążeniu do celu. Zawiera w sobie elementy pouczające, ale podane w interesujący sposób. Znajdziemy tam również wątek miłosny i sporo wzruszających momentów. Nie obyło się bez schematu mistrz – uczeń, ale dzięki temu obraz nabrał ostrości. Najlepiej uczyć się przecież pod okiem nauczyciela, który potrafi odpowiednio nakierować ucznia. Nie sposób nie wspomnieć o widokach – tak pięknego morza, jego nieujarzmionego piękna, dawno nie miałam okazji oglądać. Chapeau bas dla duetu reżyserskiego.

„Wysoka fala” naprawdę chwyta za serce, chyba za sprawą tego, że oparta jest na faktach. 

Ten film inspiruje do tego, by podążać za własnymi marzeniami, bo jak powiedział prawdziwy (którego historię opowiada niniejszy film) Jay:

Należy czerpać radość ze wszystkiego. Trzeba cieszyć się wszystkim, co daje nam życie. Mamy na to tylko jedną szansę, która trwa krótką chwilę. Dlatego smakujmy ją.

niedziela, 14 lipca 2013

Filmowo cz. 1

Ostatnio czytam w żółwim tempie. Nadrabiam natomiast zaległości filmowe i o nich chciałabym dziś napisać.
Jeżeli tak jak ja lubicie thrillery, to na początek polecam film "Połączenie" (ang. "The call").



Poznajemy historię Jordan Tuner (w tej roli Halle Berry), która pracuje na linii alarmowej numeru 911. Kobieta codziennie przyjmuje zgłoszenia dotyczące kradzieży, włamań, pościgów czy postrzałów. Przyzwyczaiła się do kryzysowych sytuacji. Jednak pewne połączenie przebija wszystkie poprzednie zgłoszenia - młoda dziewczyna chroni się przed psychopatą, który włamał się do jej domu. Coś przerywa połączenie, a Jordan w nerwach wybiera formułę "oddzwoń" (ponoć policja wg filmu ma taką możliwość - nie wiem, czy tak jest w rzeczywistości). Ten krok doprowadza do śmierci dziewczyny. Za ten błąd kobieta musi zapłacić - zostaje odsunięta od tej pracy na jakiś czas. Kilka miesięcy później inna nastolatka dzwoni pod numer 911. Jest uwięziona w bagażniku samochodu porywacza. Tym razem Jordan nie może popełnić błędu.

Film trzyma w napięciu, nie ma niepotrzebnych dłużyzn. Jest i element zaskoczenia - nie takiego zakończenia się spodziewałam ;) Dopatrzyłam się kilku nieścisłości w fabule, ale wybaczam, bo film trzyma poziom:)

Kolejnym filmem wartym obejrzenia jest "Olimp w ogniu" (ang. "Olympus Has Fallen").


To już coś dla miłośników filmów sensacyjnych z wartką akcją.

Agent Secret Service - Banning (cuuudowny Gerard Butler) popada  w niełaskę prezydenta USA po tragicznym w skutkach wypadku. Zostaje oddelegowany do papierkowej roboty. Nie pracuje już bezpośrednio przy prezydencie. Jednak pewnego dnia Biały Dom zostaje zaatakowany przez terrorystów uzbrojonych w taką technologię, która unieszkodliwia cały system obrony nie tylko tego budynku, ale całego państwa (a nawet świata). Próby odbicia budynku i uratowania głowy państwa kończą się niepowodzeniem. Ostatnią deską ratunku jest Banning, znający Biały Dom od podszewki.

Oczywiście mamy tu nieco amerykańskiej papki, amerykańskiego patriotyzmu, ale absolutnie mi to nie przeszkadzało. Film trzyma w napięciu do tego stopnia, że kiedy mój mąż próbował coś mówić w trakcie seansu, to "agresywnie" :P go uciszałam. A to znaczy, że warto obejrzeć "Olimp..." :)

No i jakby to powiedzieć, mam nowego idola <serduszka> - Gerarda Butlera... Banning, grany przez niego, jest kimś na miarę nowego Jamesa Bonda połączonego z Supermenem i Rambo (to moja opinia:P). Jest szlachetny, bardzo odważny, wyszkolony w sztukach walki i nie tylko... Potrafi znaleźć wyjście z każdej sytuacji - prawdziwy mężczyzna. Butler - którego do tej pory znałam jedynie z komedii romantycznych - w tej roli sprawdza się doskonale.

Obydwa filmy gorąco polecam :D


czwartek, 13 czerwca 2013

Dean Koontz, Złe miejsce


Jakiś czas temu poczułam potrzebę powrotu do książek z dreszczykiem. I tak oto, trafiłam na powieść „Złe miejsce”.

Kilka słów o samej treści: Frank Pollard boi się zasnąć, gdyż każdej nocy „wędruje” (sam nie wie gdzie). Rano budzi się przerażony, bo ktoś go ściga podczas tych nocnych wypraw. Nie wie kto, wie jedynie, że ten ktoś jest obdarzony jakimiś niezwykłymi mocami. A jedyne, co Frank pamięta po każdej takiej nocy, jest jego własne imię i nazwisko. Ataki amnezji powtarzają się, pewnego ranka Frank budzi się z krwią na dłoniach i torbą pełną pieniędzy. W desperacji próbuje szukać pomocy u detektywów, Bobby'ego i Julie Dakotów. Decydują się oni umieścić Franka w szpitalu na obserwacji, podczas której parokrotnie pojawia się on i znika. Okazuje się, że facet posiada możliwość teleportacji.

Na szybko wymienię kilka plusów tej powieści:
Genialnie nakreślone postaci (poznajemy motywy działania poszczególnych bohaterów); bardzo odpowiada mi poczucie humoru autora; książka jest niepokojąca, a równocześnie niesamowicie wciągająca; napięcie rośnie równomiernie, nie ma niepotrzebnych dłużyzn, przy których można by zasypiać; rozdziały są krótkie (a to bardzo lubię w książkach z dreszczykiem). Autor ujął mnie również tym, że w roli niektórych bohaterów obsadził osoby niepełnosprawne. W książce krew leje się strumieniami; odnajdziemy w niej również sporo strzelanin czy szybkiej jazdy samochodem (co sugerowałoby, że to bardziej powieść dla mężczyn), ale ja czasem lubię poczytać coś "mocniejszego".

Jeżeli raz na jakiś czas lubicie sięgnąć po horror/thriller, to ze spokojem mogę tę książkę Wam polecić. 

Ps. Przez cały czas czytania odczuwałam déjà vu – tak, jakbym już znała tę historię. Owszem, okazało się w trakcie, że kiedyś, dawno temu, miałam już okazję poznać „Złe miejsce” – najciekawsze jest jednak to, że moja skleroza działa selektywnie: pamiętałam, że to czytałam, ale nie umiałam sobie przypomnieć, jakie będzie zakończenie.

środa, 17 kwietnia 2013

Stephen King, Rose Madder



Główna bohaterka, Rosie Daniels pewnego dnia podejmuje najtrudniejszą decyzję swojego życia – postanawia odejść od męża, który ją maltretuje. Postanawia zacząć nowe życie pod przybranym nazwiskiem. Ucieka do innego miasta, jak najdalej od swojego domu. Po co te wszystkie starania? Ano dlatego, że jej mąż jest… policjantem, całkiem niezłym w „tropieniu” uciekinierów. Kobieta dostaje ciekawą pracę, powoli nawiązuje nowe znajomości. Pewnego dnia, w sklepie ze starociami nabywa dziwny obraz, zatytułowany „Rose Madder”. I zaczynają dziać się ciekawe rzeczy…

Przez cały czas czytania książki byłam nieźle wkurzona na męża bohaterki. Do tego stopnia, że miałam ochotę coś mu zrobić. Mój mężulek często powtarza, że skoro książka wzbudza we mnie takie emocje, to znaczy, że jest dobra. Nie zawsze się z tym zgadzam, ale prawdą jest, że King dokonał głębokiej analizy ludzkich zachowań i perfekcyjnie przelał ją na papier. Norman jest policjantem (to już wiemy), ale jest też psychopatą (czego dowiadujemy się w toku czytania), bezlitośnie gnębiącym psychicznie i fizycznie swoją żonę. Rosie trwała w tym toksycznym małżeństwie przekonana, że tak po prostu musi być. Jednak pewnego dnia kropla krwi na pościeli przelała przysłowiową „czarę goryczy”.

Kobieta ucieka przed mężem, marząc o lepszej (chciałoby się rzec – normalnej) przyszłości. Wątek psychologiczny bardzo mnie wciągnął i byłabym skłonna przychylniej patrzeć na książkę, ale wątek fantastyczny („przechodzenie” na drugą stronę obrazu, by uciec przez Normanem itp.) w ogóle nie przypadł mi do gustu. Czytałam mnóstwo pozytywnych komentarzy na temat „Rose Madder” i niestety nie podzielam entuzjazmu innych czytelników. Nie przekonał mnie tym razem King i tyle. Świat abstrakcyjny? Nie, dziękuję, nie tym razem. Jako powieść obyczajowa  w wątkiem przemocy w rodzinie – jak najbardziej „na plus”, tym bardziej, że książka niesie nadzieję. Suma summarum, odczucia mam mieszane…

Ps. Przepraszam za chaotyczny styl, ale chciałam jak najszybciej wyrzucić z siebie tę krótką refleksję.

sobota, 9 marca 2013

Rosamund Lupton, Potem


Podczas zawodów sportowych niespodziewanie w budynku szkoły wybucha pożar. Matka Jenny – Grace – wbiega do środka… Kobieta zapada w stan śpiączki. Gdy odzyskuje „przytomność” uwalnia się ze swojego ciała i spotyka „ducha” córki. Co ważne, obie kobiety żyją, ale mogą pozostawić swe ciała na szpitalnych łóżkach i w miarę swobodnie się przemieszczać. Celowo użyłam słowa „swobodnie” – szpital bowiem jest miejscem, w którym bohaterkom nic nie grozi, natomiast za jego ścianami nie jest już tak kolorowo: odczuwają ogromny ból. Nie rozumieją, co się z nimi stało. Obserwują wszystko niejako „z góry”. Jenny stara się przypomnieć sobie, co się wydarzyło, a Grace zaczyna prowadzić swoiste śledztwo mające na celu wyjaśnienie przyczyny pożaru.
Niesamowicie wciągającą, intrygującą historię uwiła nam pani Lupton. Najbardziej przypadł mi do gustu pomysł z narracją. Początkowo myślałam, że to taki „chwyt” na początek powieści, ale im dalej w las…tym ciekawiej. Dzięki tym monologom Grace, skierowanym do męża, powieść zyskała na realizmie. Czytelnikowi łatwo wczuć się w rolę, zrozumieć bohaterkę, relacje rodzinne i ogrom rozmaitych zależności.
Ja odbieram to jako wnikliwsze przedstawienie śmierci klinicznej, ale może się mylę..? Frapujące było także ukazanie „duchom” bohaterek tego, co w zwyczajnej codzienności było dla nich niewidoczne, mogło im umknąć w pędzie egzystencji (mam tu głównie na myśli postawę Sary, szwagierki Grace oraz drugą twarz przyjaciółki bohaterki). Kolejnym plusem powieści jest to, że w zasadzie do koniec autorka myliła tropy. Już już myślałam, że domyśliłam się, kto jest czarnym charakterem, a tu… nagła zmiana akcji. Doskonały thriller.
Gdybym miała powiedzieć, o czym jest ta powieść, z pewnością odpowiedziałabym: o trudnych decyzjach, a nade wszystko o bezgranicznej miłości do swoich dzieci. Ale autorka nie tylko tą miłością się zajmuje. Bierze na warsztat również miłość małżeńską i młodzieńczą, nastoletnią. Każda jest ważna, każda ma inne znaczenie.