Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/6. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 października 2015

Joanna Szwechłowicz, Tajemnica szkoły dla panien


Dziś mija równo 10 lat odkąd zaczęłam studia. Był to jeden z najpiękniejszych okresów mojego życia.
Skoro więc tak sentymentalnie zaczęłam ten post, to pozwolę sobie pozostać w temacie szkolnictwa i napisać kilka zdań o książce, której akcja w dużej mierze rozgrywa się w pewnej szkole, a konkretniej w pensji dla panien.

Skończyłam czytać tę książkę prawie dwa tygodnie temu, ale nie potrafiłam zmusić się do napisania o niej. Powieść ta jest bowiem reklamowana jako książka "flirtująca z gatunkiem kryminału retro", a ja po lekturze "Zbrodni w szkarłacie" Katarzyny Kwiatkowskiej dosyć wysoko ustawiłam sobie poprzeczkę, jeśli chodzi o ten gatunek. Czy "Tajemnica szkoły dla panien" dorównuje "Zbrodni..."? Z przykrością muszę stwierdzić, że nie.

wtorek, 3 czerwca 2014

Mark Stavish, Strzeżone sekrety alchemii

Zastanawialiście się kiedyś, czym jest alchemia? Jakąś pradawną, zapomnianą już dzisiaj magiczną sztuką? A może jest obecna w dzisiejszych czasach, wspomaga naukę? Czy jest dostępna dla wszystkich czy tylko dla wybranych? Odpowiedzi na te i inne pytania znaleźć możecie w książce znanego ezoteryka Marka Stavisha, którego celem życiowym jest szerzenie nauk tajemnych we współczesnym - jakże "racjonalnym" - świecie.

Alchemia - sztuka i nauka wewnętrznej inicjacji, duchowego przebudzenia. To dziedzina wykorzystująca materialne czynności do urzeczywistniania postawionych przed nią celów. Wykazywanie alchemicznej efektywności odbywa się ściśle poprzez tworzenie produktów roślinnych oraz mineralnych, w tym nalewek. (s.231)

"Strzeżone sekrety alchemii" to pierwsza książka autora, wydana w Polsce. Wprowadza nas, czytelników w tajniki alchemii, a także nie ucieka od powiązań z astrologią, kabałą czy Tarotem. Autor (ezoteryk) oczyszcza alchemię z aury wiedzy tajemnej, dostępnej tylko dla wybranych, dowodząc, że nawet "zwykły" człowiek może się nią posługiwać.

Mark Stavish na kartach "Strzeżonych sekretów..." prezentuje podstawowe kompendium wiedzy o prostych lekach roślinnych, które mogą pomóc nam uleczyć zarówno ciało, jak i duszę - tak przynajmniej książka jest zachwalana. Wiedza tam zawarta pomoże w przyrządzaniu rozmaitych nalewek czy eliksirów. Oprócz umiejętności leczenia organizmu autor proponuje także medytacje, które mają rzekomo pomóc w transformacji, zarówno duchowej, jak i fizycznej. Publikacja ta zawiera wiedzę alchemiczną, ezoteryczną i okultystyczną. Znajdziemy tam opisy roślin używanych do stworzenia eliksirów wraz z ich przynależnością do określonych planet, znaczenie żywiołów i ogrom różnorodnych "sekretów alchemii".

Alchemia według opinii autora powoduje, że nasz umysł staje się spokojny i że bardziej pozytywnie spoglądamy na otaczający nas świat. Wzmacnia też naszą kreatywność oraz witalność organizmu.

Mam wrażenie, że jest to książka próbująca wpasować się w dzisiejsze czasy - proponuje przepisy stosunkowo proste i szybkie w wykonaniu. Eksperymenty są w miarę łatwe w wykonaniu i w zasadzie, oprócz dostępnych (praktycznie wszędzie) narzędzi potrzebny jest tylko... entuzjazm odkrywcy. Autor uczy, jak rozcierać zioła moździerzem czy tłuczkiem, by móc sporządzać nalewki. Zaznacza, że czytelnik szybko dostrzeże, iż właściwie wystarczy mu (do eksperymentów) zwykły sprzęt kuchenny.

We "Wstępie" autor prosi czytelników, by podczas korzystania z "przepisów" stosowali się do zasady "spiesz się powoli". Poleca medytacje, mające ułatwić działania alchemiczne. Rozdziały w książce podzielone są w taki sposób, by znalazło się w nich miejsce na streszczenie omawianego w nich wątku, różne zadania do wykonania oraz praktyki medytacyjne. Mark Stavish stara się wyjaśniać fundamentalne metody alchemii, ale zaznacza jasno, że najpierw trzeba zapoznać się z zasadami dotyczącymi bezpieczeństwa, które wymienia na początku publikacji.

Książka napisana jest prostym, przystępnym językiem, zrozumiałym nawet dla osób, dla których alchemia wydawała się dotychczas "czarną magią" (jak na przykład dla mnie). Do tej pory alchemię kojarzyłam tylko i wyłącznie z Harrym Potterem, a dzięki autorowi zdałam sobie sprawę, że istnieją nawet w dzisiejszych czasach ludzie, dla których alchemia jest czymś więcej. Przy okazji zrozumiałam też jednak, że alchemia nie mieści się w kręgu moich zainteresowań i sytuacja ta raczej nie ulegnie zmianie. Nie do końca przemawia do mnie traktowanie eliksirów czy nalewek osobowościowo, a w taki sposób autor o nich traktuje. W niektórych momentach czułam się z tego powodu nieco zagubiona.

Publikację polecam jedynie osobom, które interesuje praca z roślinami i minerałami; które chcą posiąść umiejętność leczenia organizmu i osiągania wewnętrznego spokoju; które rozumieją podstawy alchemii i chcą się dalej w tym kierunku rozwijać.
Jeżeli jesteście zainteresowani pozytywnymi zastosowaniami alchemii, jak na przykład wzmocnieniem witalności i kreatywności, to zajrzyjcie do "Strzeżonych sekretów alchemii". Jeżeli jednak w ogóle nie interesują Was powyższe zagadnienia, nawet nie otwierajcie stronic tej książki.

Alchemia należy do najbardziej tajemniczych sztuk mistycznych. Od dawna znana jest z wielkich ksiąg o symbolicznym przesłaniu; z metaforycznych odniesień do roślin, minerałów i elementarnych czynników wiedzy. (...) powszechne są wyobrażenia sędziwych mężczyzn w zabawnych kapeluszach, którzy całe dnie spędzają nad kuchennymi piecami i próbują zamienić ołów w złoto, wynaleźć Eliksir Życia bądź stworzyć Kamień Filozoficzny. Niemniej alchemia (...) ma sporo do zaoferowania obecnej epoce. (s. 27)


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu
Studio Astropsychologii


Grubość książki: 1,50 cm


czwartek, 3 kwietnia 2014

Robert Kirkman, Jay Bonansinga, The Walking Dead. Żywe Trupy. Upadek Gubernatora (część pierwsza)

Na początku był... komiks, później pojawił się serial, który zdobył rzesze fanów na całym świecie. Aż ostatecznie nadszedł czas na powieści opowiadające historie kultowych postaci.

Zacznę może od niewielkiego usprawiedliwienia - nie miałam bowiem do czynienia ani z komiksem ani z serialem (przepraszam! - jedynie ze ścieżką dźwiękową tego ostatniego;) - mąż jest zagorzałym fanem, więc nawet zamknięte drzwi pokoju mi nie pomagały), więc oceniam "The Walking Dead. Żywe Trupy. Upadek Gubernatora" tylko i wyłącznie na podstawie lektury (oraz paru spostrzeżeń i uwag mojego męża). Dlatego też moja opinia będzie w pewien sposób niepełna, ale liczę na zrozumienie.

Akcja rozkręca się dosyć długo, dopiero po pewnym czasie mogłam stwierdzić, że wciągnęłam się w nią. Trafiamy do - na pozór spokojnego - miasteczka Woodbury, w którym urzęduje Philip Blake, życzący sobie, by zwracać się do niego per Gubernator. Próba zamachu się nie powiodła, więc Gubernator nadal ma swój "stołek". Blake jest naprawdę dziwnym typem (odnosiłam wrażenie, że był nie lepszy niż same żywe trupy) - rządzi tak, jak rządzi, bywa nieprzewidywalny, ale równocześnie ma się za Obrońcę Uciśnionych. Gubernator uznaje prostą zasadę, że ludziom potrzeba jedzenia i ... rozrywki ("chleba i igrzysk"). I właśnie z tym pierwszym bywają problemy. Pewnego razu do Woodbury trafia niewielka grupa ocalałych (pochodzących z innej społeczności) i sytuacja ulega zmianie. Kiedy pod murami miasta zostaje złapana dwójka mężczyzn oraz kobieta, Gubernator (mając taką wizję "ochrony" sennej mieściny) postanawia ich uwięzić. W skład tej grupki wchodzą Rick, Glenn oraz Michonne (postaci znane z komiksu i serialu).

"The Walking Dead. Żywe Trupy. Upadek Gubernatora" nie jest ujednolicona pod względem narracji. Poszczególne sytuacje poznajemy z perspektywy albo samego Gubernatora albo Lilly Caul (postać z poprzedniego tomu - jak wyszperałam w sieci). Pojawia się też narracja trzecioosobowa, więc generalnie pod tym względem (przynajmniej początkowo) ciężko było mi się połapać - pamiętajcie proszę, że jestem zombiakowym laikiem!

Tytułowy "bohater" to postać, która powodowała u mnie mieszane uczucia - w większości jednak czekałam, aż ktoś w końcu ukróci jego specyficzne rządy.

Od męża wiem, że akcja książki odbiega dosyć od fabuły serialu, ale zdaję sobie sprawę, że media rządzą się swoimi prawami. Żałuję nieco, że nie miałam okazji rozpocząć czytania serii od "Narodzin Gubernatora" - to ułatwiłoby mi zrozumienie niektórych wydarzeń i postaci (oraz ich zachowań).

A teraz powiem coś, co wielu pewne zadziwi. Prawda jest taka, że to nie są "moje klimaty". Spróbowałam, wiem już o czym mowa, kiedy słyszę "The Walking Dead", ale ani postaci, ani fabuła nie zachęciły mnie do dalszej przygody z "Żywymi trupami". Po prostu - umęczyłam się nieziemsko (prawie jak podczas czytania niektórych niechcianych, ale obowiązkowych lektur szkolnych) i wiem, że drugi raz do tej rzeki nie wejdę. Jak to mówią: "Sorry Winnetou!". Chciałam przekonać się na własnej skórze, czym tak bardzo zachwyca się mój małżonek, ale już wiem, że tej pasji, fascynacji nie będę z nim dzielić.

Grubość książki: 1,70 cm

Za udostępnienie egzemplarza dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu Sine Qua Non

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Brain Tracy, Zarabiaj tyle, ile jesteś wart

Po poradniki sięgam niezwykle rzadko. Kiedyś, jako nastolatka, zaczytywałam się w nich, teraz podchodzę do nich z większą dawką sceptycyzmu. I z takim właśnie nastawieniem zabrałam się za lekturę książki "Zarabiaj tyle, ile jesteś wart". Autor, Brian Tracy, jest pisarzem pochodzącym z Kanady. Jego e-booki dotyczą problematyki rozwoju osobistego oraz psychologii sukcesu. Ponoć wiele jego publikacji znalazło się na listach bestsellerów. Zdobywając już tylko takie informacje o autorze, zastanawiałam się, czemu mi to tak "amerykańsko" brzmi..? Dobrze, przepraszam, postaram się ironię schować na jakiś czas do kieszeni...

Autor zwraca uwagę, że każdy z nas powinien znać swoją wartość. Dzięki temu naprawdę łatwiej znaleźć pracę. Przyszły pracodawca już podczas rozmowy kwalifikacyjnej widzi, z jaką osobą ma do czynienia. A przecież zahukane szare myszki raczej nie mają szans w dzisiejszym pędzącym świecie. Według autora każdy z nas powinien sporządzić osobistą wizję działania. Powinna odnosić się ona do naszych wartości i wyrażać to, kim chcielibyśmy być w określonej przyszłości, np. za cztery, pięć lat. Równie istostne jest to, aby stale sprawdzać "kierunek kursu". Chodzi tu o to, aby kontrolować, czy zmierzamy w tym kierunku, który sobie obraliśmy (może się to wiązać ze zmianą dotychczasowej pracy).

Dalej Brain Tracy sugeruje, abyśmy się ciągle dokształcali. Abyśmy ocenili, w czym jesteśmy słabi i starali się te słabości eliminować. Zachęca nas również, byśmy zaczęli zarabiać na swoich atutach i byli specjalistami w jakiejś dziedzinie. Tu zgadzam się z autorem - nie można być przecież alfą i omegą we wszystkich dziedzinach. Musimy wybiegać w przyszłość. Najlepiej byłoby, gdybyśmy opisali sobie gdzieś na kartce naszą wymarzoną ścieżkę rozwoju (zawodowego), powiedzmy na 5 lat do przodu, po czym zastanowili się, co musimy zrobić, aby się właśnie tak potoczyła. Powinniśmy planować każdy dzień, tak aby dobrze, rozważnie wykorzystywać czas.

Wymienia autor kilka cech, których oczekują pracodawcy od swoich potencjalnych pracowników. Są wśród nich takie cechy, jak: inteligencja, zdolności przywódcze, prawość, lojalność, serdeczność, kompetencja, odwaga, wewnętrzna siła.

Książka ta rzeczywiście daje nam wskazówki, jak zwiększyć swoje szanse na rynku pracy. Ale wiele niuansów za bardzo pachniało mi "amerykańskim snem" o bogactwie. Wprawdzie autor pochodzi z Kanady, ale bliskość Stanów Zjednoczonych na pewno miała na to wpływ. Oprócz kilku cennych rad, przydatnych niezależnie od miejsca zamieszkania, mam wrażenie, że ciężko będzie je zaadaptować na gruncie polskim. W naszym kraju nie zmienia się pracy (oprócz dużych miast, w których co najwyżej specjaliści w określonych dziedzinach mogą sobie na to pozwolić), bo nam ona nie odpowiada. I to nie jest tak, jak twierdzi autor, że pracujemy za tyle, za ile zgodziliśmy się pracować. Pracujemy za tyle, ile jest nam w stanie zaoferować pracodawca albo... nie pracujemy wcale. Mogę się mylić, bo jestem stosunkowo młodym pracownikiem, ale obserwuję mój kraj i ludzi w nim pracujących i wiem, że teoria bardzo często rozmija się w praktyką. Dlatego było wiele momentów, w których podczas lektury tej książki zgrzytałam zębami. Bynajmniej nie z radości. Uważam, że niektóre z rad autora są cenne, jednak większość z nich nie ma przełożenia na nasze warunki. Dobrze, że przynajmniej nie próbował pan Tracy podać nam jakiejś konkretnej recepty na bogactwo, bo już całkiem zniszczyłabym sobie zęby tym zgrzytaniem... ;-)

Sami musicie ocenić, czy jest to lektura dla Was.

Ocena:
4/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu HELION


Ta recenzja bierze udział w wyzwaniu:

Grubość książki: 1,00 cm

środa, 16 października 2013

Anna Bryga, Francja elegancja


Anna Bryga w tytule swojej debiutanckiej książki nawiązuje do znanego nam wszystkim powiedzenia oznaczającego coś szykownego, stylowego, eleganckiego, na poziomie. Powiedzonko to jest również synonimem wszystkiego, co francuskie. Sformułowanie to dobrze koresponduje z polskim stereotypem francuskości, jak pisze Mirosław Bańko z Uniwersytetu Warszawskiego w internetowej poradni językowej PWN.


Mam niemały problem z tą książką. Kilka dni zajęło mi zastanawianie się, w jaki sposób ją opisać, aby przekazać wszystkie odczucia, jakie towarzyszyły mi przy jej lekturze. ”Francja elegancja” Anny Brygi to cieniutka książeczka, licząca „zaledwie” około dziewięćdziesięciu stron. To niezwykle mało, ale byłam przekonana, że będzie to skondensowana historia o Francuzach i stereotypach z nimi związanych. Na okładce jest bowiem napisane, że autorka w niniejszej pozycji będzie przełamywać stereotypy dotyczące Francji oraz jej mieszkańców. Czytamy dalej, że pani Bryga robi to w (tu pozwolę sobie zacytować): barwny, niepozbawiony ironii i dystansu sposób. Kawałek dalej znajdujemy obietnicę, że jeśli sięgniemy po tę książkę, to przekonamy się że pod pozorami uprzejmości i zwykłej codzienności, przyjaźni, związków, pracy nic nie jest takie, jak się wydaje. Czas rozprawić się z obietnicami zawartymi na okładce i ocenić, na ile owe obietnice zostały spełnione.

„Francja-elegancja” składa się z kilku rozdziałów. Pierwszy z nich opisuje początki autorki w pięknym kraju, jakim jest tytułowa Francja. Dowiadujemy się z niego, że autorka pojechała tam w wieku dwudziestu siedmiu lat. Była w trakcie studiów magisterskich (stosunki międzynarodowe), kiedy postanowiła skorzystać z możliwości, którą podsunął jej los i wyjechać na zagraniczne stypendium Erasmus do Francji. Miała do wyboru dwa miasta: Paryż i Lyon, a że Paryż uważała za przereklamowane, a na dodatek była w nim wcześniej, więc padło na Lyon. Autorka miała chęć poznania południa kraju, a przy okazji marzyło jej się przebywanie w nieco cieplejszym klimacie niż nasz rodzimy. Początek wyprawy – w porównaniu z dalszymi dziejami naszej bohaterki – wypada dość interesująco, gdyż mamy do czynienia z zabawnym opisem Polaków wyruszających „za chlebem” do Francji. Chwila moment, ale przecież miało być o Francuzach, a nie o Polakach, więc jak to?

Anna Bryga opisuje swoje życie po przybyciu na miejsce, perypetie związane z miejscem noclegowym oraz zawieraniem rozmaitych znajomości (nie tylko z Francuzami). Jednak ja nie dostrzegłam tam tych barwnych, ironicznych elementów (zachwalanych przecież na okładce). Owszem, opisuje autorka swoje dzieje na przestrzeni określonego wycinka czasu, ale według mnie z tych opowieści nie wynika nic konkretnego. Możliwe, że jest to dzieło niejednoznaczne i powinnam była szukać ukrytych treści między wierszami… Możliwe, że nie jestem dość inteligentna albo nie znam Francji na tyle, żeby się wypowiadać. Jednak według mnie w każdym rozdziale powtarzał się schemat: początek historii, mało śmieszne rozwinięcie i brak pointy (która wszak powinna być ukoronowaniem takich historyjek). Styl tej książeczki również pozostawiał wiele do życzenia: nadmiernie proste zdania (dłuższe potrafią budować już licealiści), a wycieczki w stronę metaforyczności – były po prostu słabe.

Mimo wszystko chciałabym, aby i inni przeczytali „Francję elegancję”. Dzięki temu można by było powymieniać się poglądami, a ja chętnie bym „popolemizowała”.

Zastanawiałam się długo, czy nie dać jeszcze niższej oceny, ale skoro to debiut… ;-)

Ps. W wyniku nostalgii uruchomiły mi się wspomnienia z wyprawy do Paryża i chciałam dołączyć tu swoje zdjęcie sprzed około czternastu lat, jednak zapomniałam, że większość albumów jest u rodziców w domu… Może przy innej okazji:)

Ocena: 4/6


Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Warszawskiej Firmie Wydawniczej:)

niedziela, 13 października 2013

Theresa Revay, Biała wilczyca



Z reguły po lekturze danej książki (a często już podczas czytania) jestem w stanie powiedzieć, czy mi się podobała czy też nie. A z „Białą wilczycą” mam problem. Było w niej coś tak drażniącego mnie, że z pewną niechęcią, na siłę dobrnęłam do końca. Nie lubię zostawiać niedoczytanych historii. Zanim jednak rozwinę opis swoich mieszanych odczuć, wspomnę o czym w ogóle jest książka autorstwa Theresy Revay.

Poznajemy młodą, piętnastoletnią dziewczynę – Ksenię, którą los ciężko doświadcza. Wojna zabiera jej wszystko, co dla niej ważne. Zabiera jej rodziców. Młoda kobieta zmuszona jest do opuszczenia własnego kraju. Ucieka z Rosji w towarzystwie siostry, małego braciszka oraz niani. Przez długi czas mieszkają w biedzie. Jednak Fortuna kołem się toczy i w końcu los uśmiecha się do Kseni, która zaczyna pracować jako modelka. Poznajemy jej losy na przestrzeni wielu lat. Widzimy, jak boryka się z problemami podczas okresu międzywojennego, a także podczas i po II wojnie światowej. Mamy tu również historię miłosną, nie do końca spełnioną, ale płomienną…

Pomysł na powieść był niezły. Jednak odnoszę wrażenie, że realizacja nie zbliżyła się do „Jeźdźca miedzianego”, do którego „Biała wilczyca” na okładce jest porównywana. „Jeźdźca” czytałam niezwykle dawno, ale pamiętam, że pozostawił po sobie niezapomniane emocje. Tutaj mi tego brakowało. Nie poruszyły mnie dzieje Kseni, może to przez jej szczególny charakter? Naprawdę lubię czytać o silnych kobietach, pokonujących kolejne przeciwności losu, ale coś mi tu zgrzytało, niczym piasek w kubku wody, pitej nad brzegiem morza…:P

Tło opisywanych wydarzeń, tło historyczne, odmalowane zostało pieczołowicie i drobiazgowo. Jednak bywały momenty, w których czułam natłok opisywanych wydarzeń. Tak jakby to miała być bardziej książka historyczna aniżeli powieść z historią i polityką w tle. Nie umiem tego klarownie wyjaśnić. Muszę tu, gwoli ścisłości, zaznaczyć, że historia Europy na początku ubiegłego wieku została przedstawiona z perspektywy bohaterów różnych narodowości. Dzięki temu łatwiej nam zrozumieć niektóre decyzje postaci. Niemniej uważam, że tło historyczne przytłoczyło całą resztę.

Prawda jest taka, że lektura zaczęła mnie tak naprawdę wciągać dopiero pod koniec… Akcja nabrała tempa, narracja poruszała się w przyspieszonym tempie, ukazując dzieje bohaterów rok po roku. Niestety nie wiem, czy książka obroniła się na tyle, żebym sięgnęła po jej kontynuację, czyli „Wszystkie marzenia świata”.

Zdaję sobie sprawę, że moje dzisiejsze wypociny są nieco chaotyczne. Przepraszam za to i obiecuję poprawę. Za moje wytłumaczenie niech służą moje – równie chaotyczne – odczucia po lekturze wyżej wspomnianej książki.

Ocena: 4/6

czwartek, 25 kwietnia 2013

Aleksandra Szarłat, Prezenterki



Książkę podsunęła mi moja teściowa. Okładkę widziałam już gdzieś wcześniej i miałam ochotę na zapoznanie się z „Prezenterkami”, jednak nie liczyłam, że uda mi się to tak szybko. Autorka – polonistka, dziennikarka – opisuje początki TVP w Polsce. Siermiężne warunki, o których pisze, mogą przestraszyć niejednego czytelnika, znającego współczesne oblicze telewizji. Aleksandra Szarłat przeprowadza wywiady z telewizyjnymi osobowościami, spikerkami: Edytą Wojtczak, Krystyną Loską, Bożeną Walter, Bogumiłą Wander oraz z najmłodszą z grona, Katarzyną Dowbor. Do głosu dopuszczonych zostało również wielu współpracowników TVP. Poznajemy również historię kobiety, od której się to wszystko zaczęło. Jest nią Irena Dziedzic.

Książka początkowo mnie męczyła. Sporo faktów z dziejów TVP, wiele nazwisk. Później – zaczęła mnie nużyć. Dlaczego? Otóż, o ile „indywidualne” losy prezenterek ukazane w wywiadach z nimi były dosyć ciekawe, o tyle w pewnym momencie doszłam do wniosku, że pewne kwestie powtarzają się w ich życiorysach. Sytuację ratują rozmaite anegdoty i ploteczki z tamtych lat. Poznajemy zakulisowe historie ludzi związanych z telewizją. Koleje losu TVP są fascynujące zważywszy na fakt, że początkowo nikt nie wróżył jej długotrwałej „kariery”. Bardziej liczono się z siłą radia. Nie każdego było też stać na to „coś”, zwane telewizorem, a wyglądające jak małe pudełko z jeszcze mniejszym ekranem. Nie istniało tak wiele stacji telewizyjnych, jak dziś. Nie było też tylu programów do oglądania. Ba! Wiecie,  ile reklam prezentowano na początku? Liczono i pilnowano, aby nie było ich więcej niż 15 minut TYGODNIOWO! Ta informacja mnie zszokowała. Pozytywnie rzecz jasna. Cała książka to jedna wielka podróż w czasie.

Na uwagę zasługuje fakt, że dawniej, aby zostać spikerką, należało prezentować odpowiednią dykcję, właściwie akcentować wyrazy i wyraźnie wymawiać końcówki. Aby dostać się „na ekran”, trzeba było zdać na kartę spikera (a egzamin wcale nie był łatwy). Szkoda, że dzisiaj nie ma takiej selekcji przy doborze prezenterów.

Podzielę się teraz z Wami moimi subiektywnymi odczuciami. Otóż ze względu na swój wiek, w 70% nie znałam osób, o których pisze autorka, co znacznie utrudniało mi odbiór książki. Bohaterki wyróżnione na okładce znałam i pamiętałam z dzieciństwa (szczególnie ich barwy głosu), jedynie Bożeną Walter w tym gronie byłam zdziwiona (kojarzyłam ją do tej pory wyłącznie z pewną fundacją związaną z komercyjną stacją telewizyjną, a okazało się, że to ona wymyśliła program „5. 10. 15.”). Na niekorzyść książki działa też zdecydowanie zbyt mała liczba fotografii z tamtych lat, przydałoby się ich więcej… „Prezenterki” są według mnie przesiąknięte goryczą (szczególnie w wywiadach).  Spikerki, o których mowa, rzeczywiście dziwnie zostały potraktowane na koniec swojej pracy w tej instytucji, jednak czy powinny aż tak bardzo zaznaczać to w tych rozmowach z autorką książki? Czy nie ważniejsze jest to, co budowały przez tyle lat? W/w panie na każdym kroku powtarzają, że dzisiejsza telewizja to już nie to samo, co kiedyś…

Lekturę „Prezenterek” należy sobie dawkować, czytać po kilkadziesiąt stron dziennie, inaczej grozi Wam, drodzy czytelnicy, przymusowa drzemka. Książka ciekawa, godna polecenia szczególnie miłośnikom PRL-u, ale… bez przytupu :P
Ocena: 4/6