Przyznam szczerze, że spodziewałam się nieco
innej lektury. "Dziennik" nie jest bowiem jakimś szczególnym dziełem,
jeśli chodzi o styl czy ogólnie pojętą "literackość". Jest on zapisem
wydarzeń i jako takie świadectwo ma wartość samą w sobie. Zastanawia mnie
jednak do tej pory styl małej Anny, piszę "małej", bo pisze go
trzynastolatka. I nie mogę pojąć jednej rzeczy - albo Anna była nadzwyczaj
rozwiniętą nastolatką (bo że rozwinięta była, to wiemy - świadczą o tym jej
"dyskusje" z rodziną i tymi, z którymi przyszło jej żyć pod jednym
dachem) albo dzisiejsi nastolatkowie są bardzo infantylni i zacofani (między
innymi językowo). Dziewczynka pisze bowiem tak dojrzale (nie cały czas, mówię
tu o pewnych fragmentach), że dochodzę do wniosku, iż nawet ja nie używam w
swojej pisaninie takich słów. Chyba że... należałoby wziąć poprawkę na to, że
książka jest jednak tłumaczeniem, a tłumacz - jak wiemy - musi książkę
"stworzyć" na nowo... Z drugiej jednak strony pewne komentarze Anny
są tak dojrzałe, bo... sytuacja zmusiła ją do szybkiego dorośnięcia.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzienniki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzienniki. Pokaż wszystkie posty
piątek, 27 marca 2015
poniedziałek, 10 marca 2014
Joanna Sałyga, Chustka
Tak wiele uczuć kłębi się we mnie, że nie wiem, od czego zacząć.
Swego czasu widziałam na wielu blogach recenzję tej książki, ale - przyznaję bez bicia - pomyślałam sobie wtedy, że jest to pozycja przereklamowana. I tak, teraz pewnie podniesie się larum: że jak taka książka może być przereklamowana? Przecież to nic innego, jak swoisty pamiętnik umierania... Takie miałam jednak subiektywne odczucia, gdy na kolejnym blogu widziałam... kolejną recenzję. To, jak bardzo się pomyliłam, utwierdza mnie w przekonaniu, że po pewne książki warto sięgać, kiedy już minie medialny szum wokoło nich. Kiedy już pierwsze zachwyty (prawdziwe i te pozorowane na potrzeby rynku) miną - wtedy mogę spokojnie zasiąść i zaczytać się w danej historii. "Chustka" będąca książkowym wydaniem bloga chustka.blogspot.com trafiła w moje ręce dzięki uprzejmości koleżanki z pracy. Gdyby nie to, za jej lekturę zabrałabym się pewnie jeszcze później. Ale do rzeczy...
"Chustka" zaskoczyła mnie swoją niebanalnością - porusza najczulsze struny duszy chyba właśnie dlatego, że opowiada historię prawdziwego człowieka, prawdziwej kobiety, która każdego dnia walczy o życie.
Joanna Sałyga zaczęła prowadzić swojego bloga wkrótce po tym, jak dowiedziała się, że ma raka. W kwietniu 2010 roku napisała:
mam 34 lata.
ważę 56 kg przy wzroście 171 cm.
urodziłam pięć lat temu przez cięcie cesarskie chłopczyka.
od kilkudziesięciu godzin mam raka.
ważę 56 kg przy wzroście 171 cm.
urodziłam pięć lat temu przez cięcie cesarskie chłopczyka.
od kilkudziesięciu godzin mam raka.
Pani Joasia była pełną energii i wigoru młodą kobietą, która - jak to się mówi - miała caaaałe życie przed sobą. Niestety los odebrał jej możliwość patrzenia, jak dorasta jej Syn...
Syna ze związku, który nie miał szans przetrwania, wychowywała sama. Pracowała w korporacji. Pewnego dnia poznała fantastycznego faceta, o którym mówiła/pisała: Niemąż. Jakieś dwa miesiące po rozpoczęciu obiecującej znajomości poszła w końcu do lekarza, gdyż dokuczał jej ból brzucha. Wyszła świadoma, że o każdy następny dzień życia będzie musiała ostro walczyć...
"Chustka" jest pamiętnikiem kobiety, która pogodziła się ze swoją sytuacją - ale nie jest bierna, walczy, szuka nowych metod leczenia, konsultuje się z wieloma lekarzami. Nie leży i nie czeka bezczynnie na śmierć. Do tego walczy ze swoim nowotworem... humorem. Mówi o nim np. rakelcia. W swoich wypowiedziach jest szczera do bólu, ale potrafi też ironicznie spoglądać na siebie i świat ją otaczający. Czytając książkę raz miałam łzy w oczach, innym razem - uśmiechałam się pod nosem. Ileż tam jest prawd!
Podziwiam Joannę za siłę, za upór, za optymizm i pogodę ducha, za poczucie humoru - chciałabym mieć taką przyjaciółkę. Jej postawa uczy mnie, aby doceniać to, co się posiada i cieszyć się każdą chwilą swojej egzystencji (nawet jak to życie nieźle daje nam w kość - a może szczególnie wtedy --> będziemy dzięki temu potrafili jeszcze lepiej celebrować te lepsze chwile życia). Była cudowną matką, obym ja potrafiła być kiedyś podobną...
Ta książka uczy, że choroba nie powinna być tematem tabu; że chorzy na raka (i nie tylko) nie chcą wyrazów współczucia, smutnych spojrzeń - oni chcą żyć pełnią życia, więc bliscy i przyjaciele zamiast smęcić, powinni wziąć cztery litery w troki i wspólnie celebrować wolne chwile.
Prawdopodobnie ta recenzja jest nieco chaotyczna - ale to chyba dobrze odzwierciedla mój stan ducha po lekturze tej książki.
POLECAM GORĄCO!
Grubość książki: 1,90 cm
niedziela, 3 lutego 2013
Jerzy Stuhr, Tak sobie myślę...
Zapoznałam się z tą lekturą w postaci audiobooka. W genialnym
wykonaniu – samego Autora! Słuchając tego dziennika z wypiekami na twarzy,
doszłam do smutnego wniosku, że autor – Jerzy Stuhr – należy do ginącego
pokolenia erudytów. Jako jeden z nielicznych - krytykując, wyrażając oburzenie
i irytację na otaczający go świat - czyni to z niesamowitym wdziękiem
inteligenta (jak sam siebie czasami nazywa). Poznajemy pana Stuhra nie tylko
jako aktora, ale również czułego ojca (i dziadka), a przede wszystkim niezwykle
wrażliwego człowieka.
Jerzy Stuhr wnikliwie, z nostalgią, ale i humorystycznie opisuje
wydarzenia kulturalne, społeczne, obyczajowe. Nie słodzi nikomu, nie stara się
przypodobać, jednym słowem – nie jest lizusem, co mnie osobiście ogromnie
cieszy. W niektórych sprawach zabiera głos, stając wręcz po drugiej stronie
barykady, nie boi się iść pod prąd. Obrywa się więc i jego uczniom (aktorom,
celebrytom) – niektórych wymienia prawie po nazwisku; tożsamości innych można
się domyślić po ich rolach, które pan Stuhr bezlitośnie ocenia. Daje więc
niektórym „prztyczka” w nos. Ale nie są to oceny wyssane z palca. Ma w tych
swoich opiniach sporo racji. Obrywa się również recenzentom, których aktor
nazywa tchórzami.
Początkowo autor zarzeka się, że nie będzie zajmował się
aktualnymi wydarzeniami ze świata polityki. Szybko jednak zmienia zdanie, bo
uważa, że nie można obok nich przechodzić bezrefleksyjnie i obojętnie. Mamy więc
wzmianki o Smoleńsku, czy o refundacji leków. Szerokie jest spectrum tematów,
które pan Stuhr porusza. Pisze również o religii, zakłamaniu Polaków i ich
bezwstydzie. Lektura „Tak sobie myślę…” uzmysławia, jak bardzo pewne standardy
zachowań, pewna kultura (już nie wspomnę, że również – osobista) odeszły w mętny
niebyt. Jaka wielka szkoda!
Miał to być „Dziennik czasu choroby”, jednak odniosłam
wrażenie, że nie do końca nim jest (samo słowo „rak” pojawia się w książce
dosłownie raz, no może - dwa). Opisuje autor niektóre swoje zmagania z chorobą,
jednak myślałam, że będzie ich więcej. Pewną radą, która wypływa z lektury,
jest zalecenie, by trzymać się z rodziną. To ona może być (i najczęściej jest)
oparciem w trudnych chwilach oraz inspiracją do różnych artystycznych zadań. Skoro
o rodzinie mowa, spodziewajcie się kilku wzmianek o dzieciach aktora, Mariannie
i Maćku (taaaak, tym przystojniaku;-) )
Jeżeli już mowa o chorobie, to wiadomym jest, iż często
łączy się ona ze śmiercią. Autor stara się jednak optymistycznie traktować tę
resztę życia, która mu pozostała. Z bólem (który można było „usłyszeć”) notuje
w swym dzienniku daty śmierci osób, które znał. Nie przechodzi obok tych
momentów obojętnie.
Pan Stuhr jak z rękawa sypie ciekawymi anegdotami. Osobiście
najbardziej spodobały mi się trzy: przygoda na lotnisku, śmierć kota znajomych oraz
rektor Stuhr jako osiołek z bajki „Shrek”. Szczegółowo ich nie opiszę, bo po co
psuć komuś zabawę. Lektura – zapewniam – będzie dla Was, drodzy czytelnicy,
pyszna!
Ciekawa pozycja nie tylko dla fanów aktora. Z przyjemnością
zagłębiłam się w jego świat.
Ps. Swoją drogą zamierzam więcej książek poznawać poprzez
audiobooki. Moje oczy też muszą odpoczywać :-)
Ocena: 5/6
Subskrybuj:
Posty (Atom)



