Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/6. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 maja 2015

[recenzja przedpremierowa]: Kamil Janicki, Epoka hipokryzji. Seks i erotyka w przedwojennej Polsce


Premiera: 15 maja 2015 r.


Niedawno trafiła w moje ręce książka historyczna jedyna w swoim rodzaju. Publikacja odsłaniająca nieznane kulisy rzeczywistości II Rzeczpospolitej. Traktująca bowiem o... seksie. Wiadomo, takiego tematu nie znajdzie się w standardowych podręcznikach historii. Kamil Janicki pokusił się o odsłonięcie zasłon XIX i XX-wiecznej alkowy. I udało mu się to znakomicie. Zatrzymajcie się na chwilę, by dowiedzieć się, o czym dokładnie traktuje "Epoka hipokryzji. Seks i erotyka w przedwojennej Polsce".

Janicki prezentuje plejadę rozmaitych doktorów, "naukowców" i innych osób zajmujących się tematyką seksualną w omawianym okresie. Ich podejście do sprawy czasem mnie śmieszyło, a innym razem przyprawiało o dreszcz przerażenia. Jedną z tych osób był doktor Kurkiewicz (niezwykle barwna postać), który znał Tadeusza Boya-Żeleńskiego (dzisiaj to on jest utożsamiany z rewolucją seksualną, choć nie do końca słusznie...). Wcześni "seksuolodzy" mieli naprawdę ciężko, ale jako pierwsi opisali mechanizmy życia płciowego, kładąc tym samym podwaliny rewolucji seksualnej.

środa, 7 stycznia 2015

Ałbena Grabowska, Stulecie winnych. Ci, którzy przeżyli (tom I sagi)

Jeszcze nowy rok nie rozkręcił się na dobre, a już mam książkowego faworyta. Bez nadmiernych achów i ochów ogłaszam, że "Stulecie winnych" Ałbeny Grabowskiej na pewno wpiszę na listę najlepszych książek, które przeczytałam w 2015 roku. Jestem na siebie zła, bo książka przeleżała u mnie na półce co najmniej 2-3 tygodnie (wypożyczyłam ją z biblioteki) i dopiero intrygująca recenzja Kasi spowodowała, że wzięłam się za jej lekturę. I nie żałuję ani minuty!

Cofamy się do roku 1914, kiedy to w pewnej wsi młoda kobieta rodzi dziewczynkę. Niestety po pewnym czasie okazuje się, że w jej łonie przebywa jeszcze jedno dziecko, które jest nieprawidłowo ułożone. Stanisław, mąż i ojciec, odmawia modlitwy, targuje się z Bogiem, obiecując Mu wybudowanie dwóch konfesjonałów - za uratowanie dwóch istnień (nie wie, że będzie miał dwie córki, myśli że żona ma po prostu poród z komplikacjami). Po wielu godzinach na świat przychodzi druga dziewczynka, jednak matka umiera. Stanisław jest zdruzgotany śmiercią żony, którą kochał i uwielbiał. Jest zły na siebie, że nie obiecał trzech konfesjonałów... Dziewczynki są bliźniaczkami, chociaż według kalendarza urodziły się dzień po dniu. Starsza, Marysia, jest dzieckiem silniejszym, natomiast młodsza, Ania, jeszcze wiele tygodni walczy o to, by pozostać na tym świecie i nie dołączyć do swojej mamy, Kasi. Ania, co okazuje się wkrótce, wykazuje pewne zdolności. Otóż potrafi przewidzieć, co się stanie - co kogo spotka w życiu. Później będzie to jej przekleństwem. W dzieciństwie dorośli nie do końca wierzą w to, co Ania przepowiada, składając to na karb zbiegów okoliczności.

czwartek, 11 września 2014

Bernlef, Niewdzięczna pamięć

Obiecałam sobie niedawno, że będę częściej sięgać po książki z własnej biblioteczki. Po to je w końcu mam, by "żyły" i były czytane. Zachęcona opisem na okładce i poruszaną tematyką, postanowiłam przeczytać "Niewdzięczną pamięć" autorstwa J. Bernlefa (właśc. Hendrika Jana Marsmana), holenderskiego tłumacza, poety i pisarza. Oryginalny tytuł to "Hersenschimm" - książka została wydana w Holandii w 1984 roku, a pierwsze polskie wydanie ukazało się dzięki wydawnictwu Nasza Księgarnia dopiero w 2010 roku. "Niewdzięczna pamięć" znalazła się na liście Najlepszych Nowel Holenderskich, a także stała się podstawą filmu nakręconego w 1987 r. przez Heddy Honigmanna oraz sztuki teatralnej, wystawionej w 2006 r. w reżyserii Guya Cassiersa. 

W tej niezwykłej, niezbyt długiej historii autor próbuje otworzyć nam oczy na starość i przemijanie oraz wszystko to, co się z nimi wiąże. A najważniejszą kwestią jest tu choroba Alzheimera.

wtorek, 27 maja 2014

Agnieszka Kaluga, Zorkownia


Jakoś tak się złożyło, że dzień po dniu przeczytałam dwie niezwykle trudne, wartościowe książki. Tego typu lektury pozwalają mi otrząsnąć się z marazmu negatywnego myślenia czy użalania się nad sobą. "Zorkownia" na nowo pomogła mi ustawić hierarchię rzeczy ważnych i ważniejszych. "Zorkownia" to nie tylko tytuł książki, to również nazwa bloga, którego prowadzi Agnieszka Kaluga. Po niezwykle trudnych doświadczeniach we własnym życiu, autorka postanowiła użyć swoich sił w wolontariacie - wybrała jego najcięższy kaliber: wolontariat w hospicjum palium.

To przejmująca opowieść o cierpieniu, bólu, stracie, nad którymi nie da się przejść do „porządku dziennego”. Autorka jest - jak wspomniałam -  wolontariuszką w hospicjum. Na co dzień spotyka się z chorymi, w większości przykutymi do łóżek. Pomaga im być w tych dniach, które dla większości z nich są ostatnimi dniami życia. Jakie pokłady ciepła, serdeczności, wewnętrznej siły trzeba mieć w sobie, by być dla tych ludzi wsparciem? Czasem potrzebny jest dotyk, pogłaskanie, podanie szklanki wody, innym razem - wystarczy samo przebywanie, bycie obok - chociaż może nie tyle obok, ile z tymi ludźmi. Autorka uczy się tam, jak z nimi pomilczeć, jak im pomóc (by ulżyć w cierpieniu).

Uczę się dopiero rozmawiać, denerwujące napięcie, 
że muszę mówić, zagadać cierpienie.
Nauka milczenia o niebo trudniejsza. (luty 2010)

To książka, której nie da się streścić. No bo jak w skrócie opisać ból, cierpienie i ostatnie godziny życia tak wielu ludzi.

- Nie można płakać po dziecku. Słyszałam, że potem
dźwiga na ramionach dzbany pełne łez i nie może
przez to odejść do nieba. Więc nie płakałam. (marzec 2010)

Widzę, że ból przeszedł. Odczuwanie bólu jest takie
względne. Sporo zależy od bariery, jaką mu postawimy
sami, od naszego przekonania, że jesteśmy nadal
nad nim, że nas nie topi. Domyślam się jednak, że
przychodzi moment, gdy ból połyka nas wielorybim
brzuchem i powyższe teorie nadają się do kosza. (marzec 2010)

Przed śmiercią nie uciekniemy - tego uczy nas autorka. Jeżeli mamy w sobie pokłady dobrej woli, możemy próbować pomóc tym, którzy powoli zaczynają przechodzić na drugą stronę...

Przed lekturą „Zorkowni” rozmawiałam z pewną panią, która już ją przeczytała. Stwierdziła, że żałuje, iż nie przeczytała tej książki przed śmiercią swojego taty, bo wtedy wiele rzeczy inaczej by zrobiła, spróbowałaby inaczej przeżyć te ostatnie chwile z tatą. Myślę, że te słowa mogłyby zastąpić moją marną recenzję.

Bycie wolontariuszem w hospicjum to naprawdę… wielka rzecz. Ale myślę też, że trzeba mieć wiele hartu ducha i mocne nerwy, by pomagać tym, którym pomóc już się nie da (przynajmniej w głównej kwestii - przedłużenia życia). Autorka sama zmagała się ze stratą córeczki…

Piękny, prosty, ale zarazem niezwykle poetycki język, z bogactwem metafor i krótkimi zdaniami przemawia do mnie, jak mało co. Pani Kaluga w prostych zdaniach potrafi zmieścić taki ładunek emocjonalny, że... wysiadam. To obowiązkowa lektura dla tych, którzy przed śmiercią uciekają i nie chcą pogodzić się z jej nieuchronnością.

To druga pozycja wydana przez ZNAK, o trudnej, bolesnej tematyce. Była "Chustka", teraz jest "Zorkownia", obydwie wydane w dosyć niecodzienny sposób, bez podania numerów stron. To uświadamia nam, jak błahe są niektóre sprawy w obliczu śmierci...

Na koniec muszę się do czegoś przyznać - początkowo oceniłam książkę po okładce i jakoś tak się złożyło, że nawet nie czytałam jej recenzji. Dopiero po jakimś czasie przypadkowo trafiłam na nią i... nie mogłam się oderwać. Tak więc w tym przypadku sądzę, że okładka jest nieco myląca, ale w zasadzie... taka dająca nadzieję?

Polecam wszystkim, bez wyjątku.


Grubość: 1,60 cm

wtorek, 15 kwietnia 2014

Cameron Diaz, Ja, kobieta

"Ja, kobieta. Jak pokochać i zrozumieć swoje ciało" po raz pierwszy zobaczyłam na półce jednej z księgarń. I o ile z reguły nieufnie podchodzę do tego typu poradników, to tu intuicja podpowiadała mi, że może być to lektura warta uwagi. Kiedy więc nadarzyła się okazja, zamówiłam ją. I jestem nią oczarowana.

Zdaję sobie sprawę, że mogło być tak, iż Cameron Diaz - znana chyba wszystkim świetna aktorka - nie napracowała się wiele przy pisaniu tej książki i tylko firmuje ją swoim nazwiskiem. W swojej naiwności wierzę jednak, czuję podskórnie, że aż taką hipokrytką nie jest. Na jej korzyść świadczy bowiem wiele faktów, o których mówi w publikacji. Jednym z nich jest to, że przyznaje się, iż przez wiele lat nie łączyła swoich problemów skórnych (trądzik) z... tym, co jadła. Dopiero ta świadomość otwarła jej oczy. Zrozumiała wtedy, jak zasadne jest stwierdzenie "jesteś tym, co jesz". Ta skądinąd bardzo przez mnie lubiana aktorka "spowiada się" z grzechu spożywania ogromnych ilości jedzenia "śmieciowego". W swojej książce opowiada nam, jak wyglądała jej walka z niską samooceną i koszmarną dietą.

Jak na książkę omawiającą kwestie zdrowotne, "Ja, kobieta" napisana jest niezwykle przystępnym językiem. Czytając ją, czułam się tak, jakbym była właśnie z kumpelą "na ploteczkach" i w ich trakcie dowiadywała się różnych medycznych ciekawostek. Naprawdę odnosiłam wrażenie, że autorka zwraca się właśnie do mnie - zresztą na początku książki znajdujemy dedykację: "Dedykuję tę książkę Twojemu ciału".

Większość kwestii około zdrowotnych wyjaśniona jest logicznie i klarownie - w niczym nie przypomina (znienawidzonego przeze mnie w latach szkolnych) podręcznika do biologii - no, może oprócz niektórych tabel. Ale też mój sposób patrzenia na te tabele uległ drastycznej zmianie - kiedyś musiałam ich treść "wykuwać", teraz natomiast szukam w nich potrzebnych informacji, ile witamin i minerałów znajdę w danym produkcie spożywczym. Wiadomo, "punkt widzenia zależy od... punktu siedzenia".

W tej publikacji znajdziecie ładnie uporządkowane i wyjaśnione porady żywieniowe (jedzenie dużej ilości warzyw i owoców, picie wody, aktywność fizyczna - uchronią nas przed wieloma problemami zdrowotnymi). Niby wszyscy o tym wiemy... ale z praktyką bywa gorzej. Tutaj porady te podane zostały w bardzo przystępny, apetyczny i (niejednokrotnie) humorystyczny sposób.  Genialne, obrazowe porównania pozwalają zrozumieć wiele zawiłości dotyczących naszego organizmu.

Dalej autorka - a w zasadzie autorki - udowadnia, że ruch jest nam niezbędny do prawidłowego funkcjonowania organizmu, a nasze współczesne rozleniwienie jest naszym zabójcą. Rzuca nam pewną prawdę prosto w oczy: ludzie nie musieliby dzisiaj chodzić na siłownię, gdyby ruszali się tyle, ile ludzie z ubiegłych stuleci (kiedy w podstawowych czynnościach nie wyręczały nas maszyny - taką czynnością jest pranie: kiedyś na tarach, dziś brudne ciuszki wrzucamy do pralki). Mój Tata często powtarza, że gdyby młodzi mężczyźni pracowali fizycznie, tak jak on dawno temu, to żadne hantle nie byłyby im do szczęścia potrzebne. Proste życiowe prawdy.

Niewątpliwą zaletą są zamieszczone w książce rozmaite anegdoty z życia aktorki: codziennego jak i tego spędzanego na planie filmowym. Inna rzecz, która mnie ujęła, to osobiste zwracanie się do czytelniczki w stylu: "tak jest, do Ciebie mówię". Naprawdę czułam wtedy, że książka jest skierowana do mnie i o moje zdrowie tu chodzi.

Ciekawe i godne odnotowania jest również to, że przy omawianiu budowy na przykład układu szkieletowego czy mięśni, zamieszczone zostały przykłady z życia wzięte czyli np. mięsień taki a taki pozwala ci na podniesienie siatki z zakupami, a kość taka a taka na obrót i kopnięcie piłki. 

Książka jest wydana naprawdę dobrze: twarda okładka, świetny papier sprawiają, że może być to idealny prezent dla mamy, siostry, przyjaciółki - słowem jakiejś bliskiej Waszemu sercu babeczki.

Jestem zachwycona! ...i cóż, wypadałoby wziąć się za swoje ciało ;-)

Ocena: 6/6



Grubość książki: 2 cm


sobota, 4 stycznia 2014

Maciej Zaremba Bielawski, Higieniści. Z dziejów eugeniki

Eugenika to temat-rzeka. Spróbuję Wam przybliżyć to, co ostatnimi czasy poruszało mnie do głębi...

Jak doszło do tego, że w demokratycznym państwie (mam tu na myśli Szwecję) do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku na tysiącach obywateli wykonano zabiegi pozbawiające ich płodności? Dlaczego podzielono ludzi na "pożytecznych" i "małowartościowych"? Dlaczego głośno zaczęto mówić o tym problemie dopiero na przełomie XX i XXI wieku?

 Wśród eugeników znaleźć możemy rozmaitych fanatyków i szarlatanów - wszyscy oni byli oczywiście przekonani o swojej racji. Możliwe, że do pewnych zdarzeń by nie doszło, gdyby nie fakt, że nauka posiadała instrumenty do ulepszania ludzkości. To wystarczyło, by zainspirować ludzi do planów reform.

Wiele "autorytetów" medycznych z końca XIX wieku uznawało, że wszelkie ograniczenia ("nierozgarnięcie", przestępczość, włóczęgostwo, prostytucja, porywczość - proszę zwrócić uwagę, że wszystkie te pojęcia były wrzucane do "jednego worka") są dziedziczne. Należało wobec tego zintensyfikować rozmnażanie tych najbardziej inteligentnych. Ale te kwestie pozostały raczej w sferze teorii - bo jak państwo miałoby zmusić ludzi do łączenia się w pary? Pozostała więc możliwość kontrolowania rozmnażania się "nieodpowiednich" członków społeczeństwa. 

Pierwszym krajem, który eugenikę uznał za dyscyplinę naukową, była Szwecja. W ten sposób "w ciągu dziesięciolecia 1928-1938 pięć nordyckich demokracji i trzy reżimy autorytarne wokół Bałtyku wprowadziły ustawodawstwo higieny rasy". (s.63-64) Bardzo dokładnie analizuje autor losy eugeniki w Wielkiej Brytanii i USA. Na wyspach trwała burzliwa debata, gdyż czołowi badacze mieli diametralnie różne poglądy. Wątpliwości budziła "dobrowolność" (bo jednak odbierało się pacjentom prawo do własnego zdania i podjęcia decyzji o sterylizacji). Ostatecznie ustawa w Wielkiej Brytanii nie została przyjęta. W Ameryce samowolka eugeniczna miała swe korzenie w Kalifornii, gdzie najważniejszym argumentem "za" były kwoty możliwe do zaoszczędzenia w danym stanie. Pierwsze kalifornijskie ustawy wprowadzono w życie dosyć szybko i energicznie. Później kolejne stany wprowadzały odpowiednie ustawy. Amerykanie nawet nie trudzili się, by wykazać (w dokumentacjach) wartość sterylizacji ze względów medycznych - wyliczano po prostu "ograniczonych", "zboczeńców" itp.

W następnej kolejności autor opisuje wszelkie objawy higieny rasy na terenie Niemiec. Sterylizacja z punktu widzenia prawa była uszkodzeniem ciała - znaleziono jednak i na to "radę". Otóż zdrowia nie powinno się rozpatrywać "indywidualnie", lecz jako przedmiot wspólnoty. Określano sterylizację mianem zabiegu profilaktycznego (!!!). Propozycje te zostały przez rząd pruski odrzucone. W 1933 roku Hitler podpisał ustawę, która później doprowadziła do tysięcy przymusowych sterylizacji (niby były one dobrowolne, ale jeśli się ktoś nie zgodził, to grożono mu np. cofnięciem zasiłku). Przeraża fakt, jak łatwo "demokratyczna" higiena rasy przekształciła się w totalitarną...

W Japonii ustawy o sterylizacjach eugenicznych obowiązywały od 1940 do 1996 roku. Wysterylizowano tam (według oficjalnych statystyk ponad 840 tysięcy osób). Możliwe, że trwałoby to do dziś, gdyby na konferencji ludnościowej w Kairze nie dowiedziała się o tym zagraniczna świadomość publiczna. W Japonii krnąbrnego pacjenta można było potraktować siłą, czyli np. skrępować (później premier obiecał, że ten przymus nie będzie stosowany). O ile na Zachodzie uważano, że segregacja to wynik ulepszania cywilizacji (szczepionki pomagały żyć "niewartościowym"), o tyle w Japonii eugenicy uznali, że "jakość ludzi" można podnieść dzięki lepszej higienie, opiece zdrowotnej itd. Nie będę streszczać tu wszystkich poruszanych wątków, ale muszę przyznać, że higena rasy w wersji "japońskiej" poruszyła mnie do głębi.

Dalej poznajemy historię eugeniki we Francji, Włoszech i Ameryce Łacińskiej. Dostrzeżemy, że różnice w mentalności poszczególnych narodów kazały im inaczej patrzeć na kwestie higieny rasy. Szeroko rozpisał autor dzieje pierwszej krytyki ruchu eugenicznego. Ktoś w końcu dostrzegł, że dzieje się tam samowolka...
Niesmak budzi wiadomość, że w Polsce z ideą ruchu eugenicznego sympatyzowali Tadeusz Boy-Żeleński czy Janusz Korczak.

A jak w ogóle doszło do tego, że ten ruch mógł się utrzymać np. w Szwecji? Przecież - jak się później okazało - propagatorzy ruchu eugenicznego wcale nie byli "głosem ludu"... Tysiące sterylizacji mogło mieć miejsce, bo władza była scentralizowana, tworzyła system naczyń połączonych.

Co najbardziej przeraża, to fakt, że w zasadzie idee ruchu eugenicznego nie zostały całkowicie wyrugowane ze świadomości ludzi. Czymże jest bowiem (jak nie zmienioną nieco higieną rasy) oskarżanie lekarzy o tzw. "złe urodzenie" (dzieci domagają się odszkodowania, bo urodziły się kalekie; czasem te pozwy wychodzą od rodziców owych dzieci) - czyli brak porządnych danych o wynikach z badań prenatalnych...?

Tego typu książki powinny (przynajmniej we fragmentach) być lekturą w szkołach średnich. "Higieniści" to pozycja dotykająca trudnej tematyki, ale napisana językiem zrozumiałym. Pozostawia wiele emocji, niektóre kwestie do tej pory powodują moje wzburzenie. Poszerza horyzonty - to pewne.

Polecam gorąco!

Ocena: 6/6

Ta recenzja bierze udział w wyzwaniu:


Grubość książki: 3,40 cm
Mój wzrost: 173 cm

niedziela, 29 grudnia 2013

Jacek Wąsowicz, 100 kijów w mrowisko

Autor, Jacek Wąsowicz,  w 2011 roku zaczął prowadzić kolumnę pt. "Kij w mrowisko" w polonijnym tygodniku wydawanym na Wyspach Brytyjskich. Początkowo zamierzał te "kije" wtykać jedynie w mrowisko brytyjskie (wszak tyle u nich rozmaitych nieścisłości!), ale okazało się, że na tym tle mrowisko polskie wcale nie wygląda lepiej. Po zestawieniu różnych rozwiązań polskich z brytyjskimi okazywało się najczęściej, że dane rozwiązania wydają się słuszne tylko dlatego, że są uwarunkowane pochodzeniem (np.polskim):

(...) jako naród, dla własnego dobra, warto czasami przejrzeć się w lustrze zachowań innego narodu.* (s.6)

"100 kijów..." stanowi zbiór rozmaitych krótkich form literackich, traktujących o polskiej mentalności, zwyczajach, tradycjach. Nie brakuje tam komentarzy dotyczących polskiej kuchni, mass-mediów, religii czy polityki. Do wszystkich tych wniosków autor doszedł w oddaleniu od Ojczyzny.

Jacek Wąsowicz porusza szeroką gamę tematów: od religii, poprzez politykę i obyczajowość, aż po kwestie mentalności i tradycji. Na początek poszedł stosunek Polaków do kobiet, które to ponoć mają "klawe" życie, ale kiedy nadchodzi ICH święto, to ONE najczęściej stoją przy garach, a nie ich ukochani mężczyźni. Dalej Wąsowicz udowadnia, że u nas (w Polszcze), aby być sławnym - trzeba ni mniej, ni więcej - tylko umrzeć! Następnie wyśmiany zostaje nasz sport narodowy, uprawiany przez Polaków namiętnie - narzekanie oraz przypływ religijności, gdy przychodzi Polakom przygotować swe pociechy do I Komunii Św.. Kolejnym tematem jest drogowa ekwilibrystyka:

Nie znam rodaka, któremu zdarzyło się być użytkownikiem brytyjskich dróg i który nie potwierdziłby, że różnica między brytyjską, a polską kulturą jazdy to jak różnica między kulturą a kulturystyką. Wszyscy przecież dobrze wiemy, że jazda na Wyspach to mordęga, zaś w Polsce to prawdziwe słowiański (a nawet ułański) luz. (s.21)

Nie oszczędza autor także rodzimej polityki, która - zdaje się - często idzie po trupach do celu. Wyśmiewa techniki stosowane przez działaczy politycznych i zastanawia się, po co obywatele-tułacze (żyjący na obczyźnie) tak bardzo angażują się w wybory, skoro nie mieszkają w swojej ojczyźnie (ma w tym przypadku sporo racji). Jeden z króciutkich rozdzialików traktuje o tradycji - musimy uważać, by tego, co "tradycyjne" nie powielać bezmyślnie. Nie ucieka Jacek Wąsowicz od trudnych tematów dotyczących kościoła i religii. Obawia się przykładowo, by nowy papież Franciszek nie skończył jako "jedynie idol tłumów". W rozważaniach przewija się również społeczny temat dotyczący tzw. "zimnego chowu" (wiecie, o czym mówię - należy spacerować z dzieckiem w wózeczku mimo trzaskających mrozów; notabene ja tak byłam wychowywana, a i tak jestem zmarzluchem z tendencją do przeziębień... i komu tu wierzyć?).

W nostalgiczne nuty uderza Wąsowicz w rozdziale "Życie w emigracyjnym rozkroku", w którym to ubolewa nad losem obywateli dwóch krajów i jednej ojczyzny, żyjących w rozdwojeniu jaźni. I znów powracamy do tematyki religijnej - znajdujemy dywagacje na temat świąt - które są ważniejsze: Wielkanoc czy Boże Narodzenie?

Chrześcijaństwo upiera się jednak, że to Wielkanoc jest jego fundamentem. I tak na zdrowy rozum: narodzić się, to każdy głupi umie, ale weź tu - bracie - umrzyj, a potem zmartwychwstań! (s.50)

W wielu esejach obrywa się Polakom, oj obrywa, weźmy np. te cytaty:

Żałobę noszę wreszcie po narodzie, który umie się cudowie jednoczyć - pod warunkiem, że powodem zjednoczenia będzie albo wspólny wróg, albo jakaś spektakularna śmierć. Tylko weź go zjednocz pod sztandarem wspólnego celu... (s.52)

Krajobraz Polski po obchodach Święta Niepodległości: demonstranci wylizują rany cięte, kłute bądź szarpane, politycy zliczają ile zarobili (lub stracili) na okołoświątecznych przepychankach, ksiądz-patriota ceruje darte z ambony szaty, a zwykły obywatel zastanawia się ile w tym wszystkim prawdziwego patriotyzmu, a ile pseudopatriotycznej manii. (s.65)

Ze śmiechem i łzami w oczach czytałam rozdział "Do kochania, wystąp!", w którym to autor porównuje stan małżeński do stanu żołnierskiego:

Przyznajmy to, panowie (...) my strasznie lubimy zabawę w żołnierkę. (...) gdy w żeńskim batalionie upatrzymy sobie kandydatkę na sprzymierzeńca, z miejsca przystępujemy do gry zaczepnej: zaczynamy zazwyczaj od marszu krokiem defiladowym, w obowiązkowym mundurze galowym; często lubimy też zaimponować przynależnością do oddziałów zmotoryzowanych, najlepiej z dużą mocą silnika. Gdy nasza taktyka zaczyna chwytać, przechodzimy (..) do prezentacji broni. Tu czołgiści mają o tyle lepiej, bo prezentują lufę. Poźniej złożymy żołnierską przysięgę przed polowym kapelanem. (...) Z biegiem lat (...) nie strzelamy już tak często z ostrej amunicji...! (s.61-62)

Dosyć odważnie pisze J.Wąsowicz o Smoleńsku, jednak muszę przyznać mu wiele racji: za dużo odgrzewania tego tematu w mediach...

W genialny sposób opisane zostały w "100 kijach..." polskie nawyki żywieniowe wraz z ich hermetycznością i obawą przed próbowaniem nowych smaków. Zadziwiające, jak celnie autor trafia i odsłania nasze "bolączki". Najbardziej przeraził mnie rozdział o żywieniu w Wielkiej Brytanii, w której to dzieci uważają np. że ser rośnie na drzewach. Zadziwił mnie natomiast felieton dotyczący różnic między polskimi a brytyjskimi babciami (inaczej podchodzą do kwestii opieki nad wnuczętami). Zabawnie prezentuje pan Wąsowicz "instytucję" sąsiedztwa. Każdy wszak zna hasło: "co sąsiedzi powiedzą?". Otrzymujemy też wyjaśnienie, dlaczego w tak wielu brytyjskich domach nie zobaczymy firanek (co dla statystycznego Polaka graniczy z ekshibicjonizmem). Nie brakło również kontrowersyjnego tematu aborcji i antykoncepcji, które w naszym kraju wzbudzają ogromne emocje. Dostało się Polakom także za ich krętactwo i kombinatorstwo.

Z punktu widzenia moich zainteresowań oraz wykształcenia najbardziej ujął mnie (i rozbawił do łez) rozdział ""Ona tańczy dla mnie" - analiza utworu literackiego".

Ta książka jest po prostu świetna. Niewielu komentatorów życia publicznego (tu, w Polsce) zdobyłoby się na AŻ taką szczerość. Autor bezlitośnie wskazuje nasze polskie bolączki, robi to w sposób żartobliwy, ale za każdym razem trafia w sedno. Śmiałam się głośno z jego "wniosków", ale muszę przyznać - czasem był to śmiech przez łzy... Ten zbiór felietonów, esejów i opowiadań raczej nie łechce naszej narodowej próżności. Bardziej wytyka wady, ale jest to skomponowane w taki sposób, że nie sposób gniewać się na autora.

Cudnym uzupełnieniem są proste (ale jakże trafne w swej treści!) rysunki. Na minus - brak przecinków w potrzebnych miejscach i czasem nieco kulawy szyk. Poza tym metaforyczny język pana Wąsowicza jest ujmujący i inteligentnie zabawny.

Mimo malutkich uchybień w interpunkcji i składni zdań decyduję się wystawić notę najwyższą. Tak szczera książka zasługuje na docenienie.

Przepraszam, że dodałam tu aż tyle cytatów, ale myślę, że dobitnie oddają ducha tej książki i zachęcą Was do sięgnięcia po nią:)

Genialna! 

* Wszystkie cytaty pochodzą z: J. Wąsowicz, 100 kijów w mrowisko, Warszawa 2013; w nawiasach podaję numery stron.

Ocena: 6/6

Za udostępnienie książki serdecznie dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu M-D-M

piątek, 20 grudnia 2013

Marian Zacharski, Operacja Reichswehra. Kulisy wywiadu II RP

Czy zdawaliście sobie sprawę, że polscy agenci wywiadu wojskowego wiedzieli, co się "kroi" na arenie międzynarodowej (mam tu na myśli II wojnę światową) - niektórzy z nich mieli świadomość tego, że w starciu z potęgą Niemiec nasz kraj nie ma szans... Jednak dowodzący Oddziałem II Sztabu Generalnego (później Głównego) niewiele sobie z depesz robili. Umniejszali potęgę Hitlera. I jak się to skończyło? Wszyscy wiemy - tragiczną wojną...

Autor dokonuje przeglądu historii Polski - zaczyna od opisu roli Piłsudskiego w dążeniu do niepodległości. To właśnie marszałek stworzył (początkowo) nieformalną sieć agentów - wywiad, którego szefem został mianowany Walery Sławek. Później utworzono Wydział II Informacyjny Sztabu Generalnego. Z książki Mariana Zacharskiego wyłania się obraz Piłsudzkiego, jako potrafiącego patrzeć w przyszłość przywódcy.

Bardzo dokładnie nakreślona została sytuacja plebiscytu z roku 1921 dotycząca losów Górnego Śląska (ustalanie przebiegu granicy polsko-niemieckiej na Śląsku). Opisana została również światowa konferencja gospodarcza, która rozpoczęła się 10.04.1922 r. w Genui.

Europa zdawała sobie sprawę, że po "wielkiej wojnie" powstało zbyt wiele sytuacji konfliktowych (narodziły się podczas likwidowania skutków I wojny) i pokój nie potrwa zbyt długo...

Republika Weimarska (potoczna nazwa Rzeszy Niemieckiej) i Rosja stały się pariasami na arenie międzynarodowej. Zaczęły zatem dążyć do zacieśnienia więzów, potrzebowały się wzajemnie. W ten sposób doszło do układu (traktatu) zawartego w Rapallo. To popchnęło Niemcy do rokowań z Polską, która była im potrzebna do tranzytu na tereny Rosji (opłacalna dla obu stron wymiana towarów [między Niemcami a Rosją] mogła dokonywać się jedynie przez Polskę).

Wnikliwie i niezwykle interesująco opisana została rola rotmistrza Nałęcz-Sosnowskiego w rozpracowaniu kontaktów między Rosją a Niemcami. Beletryzowana wersja wydarzeń dotyczących werbowania poszczególnych osób do działania na korzyść Polski (pod odpowiednią "przykrywką, oczywiście) bardzo przypadła mi do gustu.

Zakakujące i porażające musiało być dla Jerzego Sosnowskiego uświadomienie sobie (dzięki informacjom pozyskanym od "agenta" - czyt.zdrajcy Niemiec), jak bardzo polski wywiad "kuleje". Jakim szokiem musiała być dla niego wiadomość o tym, że wielu jego "kolegów" z agencji, która z założenia miała służyć Polsce, zostało "rozpracowanych" (lub dobrowolnie zgodziło się na współpracę z wywiadem niemieckim) przez niemieckie służby wywiadowcze. Inna kwestia dotyczy tego, że "sukcesy" Sosnowskiego (w postaci coraz większej ilości tajnych materiałów) rodziły zawiść i zazdrość wśród niedawnych kolegów rotmistrza. Stąd zaufanie do niego zaczęło powoli, acz systematycznie spadać. Do tego dołożyło się kilka potknięć w trakcie pracy agenturalnej.

Polski wywiad miał pewien minus - otóż często zdarzało się, że werbowano agentów, idąc "na ilość", a nie "na jakość". Czasem werbunki odbywały się na zasadzie szantażu. To oczywiście nie wróżyło nic dobrego (brak kompetencji to w przypadku pracy wywiadowczej błąd karygodny). Kolejnym ogromnym minusem była zdrada, która rozpanoszyła się w strukturach polskiego wywiadu.

Warto zaznaczyć, że rotmistrz Jerzy Nałęcz-Sosnowski nie osiągnąłby takiego "sukcesu" jako agent, gdyby posiadał inną osobowość. Był to młody szarmancki mężczyzna z charyzmą, który darzył kobiety szczególną estymą. I to właśnie wiele kobiet służyło mu za źródła informacji. Był człowiekiem światowym, który wiedział, jak zwerbować kolejne osoby... Ale miał też "swoje za uszami" ;-). Któż z nas jest jednak kryształowy..?

Kiedy już przebrnęłam przez pierwsze 100-150 stron, które były szokujące, ale nie "porywały", to dalej czytało się tę grubą książkę niczym najlepszą powieść sensacyjną. Wiem, że wydaje się to niemożliwe, ale tak doprawdy było... Autor postanowił zbeletryzować dzieje Jerzego Nałęcz-Sosnowskiego, pierwszego tak ważnego agenta wywiadu. Książka dedykowana jest rotmistrzowi, którego powojenne dzieje zakrawały na tragifarsę... polska zawiść dała o sobie znać. A przywódcy naszego kraju zlekceważyli poważne ostrzeżenia, które za sprawą rotmistrza napływały do Polski, a w posiadaniu których byli w zasadzie od roku 1932!!!

Tak pasjonującej księgi (bo książka brzmi tu jednak zbyt skromnie) dawno nie czytałam. O takich faktach powinno głośno mówić się na lekcjach historii... Muszę Was jednak ostrzec: nie jest to lektura na jeden lub dwa wieczory, raczej na jakiś tydzień (ok.1200 stron ;) ).  Natłok informacji nie pozwala na czytanie tej lektry "cięgiem", jednak - zapewniam - fakty, które poznałam, powalają na kolana.

Polecam gorąco i z czystym sumieniem wystawiam ocenę najwyższą.

Ocena: 6/6

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu ZYSK i S-ka:-)

piątek, 18 października 2013

Maluszka czas

Macierzyństwo póki co jest mi jeszcze obce, choć mam nadzieję, że za jakiś czas przestanie takim być. Jako że jesteśmy z mężem na etapie „planowania”, postanowiłam zaopatrzyć się w podręczną książeczkę wydawnictwa Sierra Madre pt. „Maluszka czas”. Początkowo mąż był nieco zdziwiony, że JUŻ chciałam posiadać taki dzienniczek, ale ponieważ często zdarza mi się, że w księgarni lub innym sklepie  widzę coś pożytecznego (co przyda mi się w niedalekiej przyszłości), ale tego nie kupię, to za jakiś czas, kiedy jest mi to potrzebne, nigdzie nie jest już dostępne; dlatego wolałam zaopatrzyć się w „Maluszka czas” już teraz. Ta świetna książeczka zawiera „Plan aktywności dzień po dniu” i dotyczy w zasadzie niemowlaków od dnia narodzin aż do dwunastego miesiąca życia.


Jest to rodzaj dzienniczka przeznaczonego głównie dla mam, które próbują ogarnąć i uporządkować rozmaite ważne informacje dotyczące noworodka w jednym miejscu. Spróbuję teraz sensownie opisać jego budowę (dzienniczka, nie noworodka, rzecz jasna!). Na pierwszej otwartej stronie mamy miejsce na imię i nazwisko naszej pociechy, datę urodzenia, a także imiona mamy i taty wraz z ich numerami telefonów. Następnie zakładka „Dzień i noc Maluszka” zawiera karty na każdy dzień. Jednak, aby wszystko było jasne, mamy tam instrukcję wypełniania tabelek, które same w sobie są genialne. Już tłumaczę dlaczego: zawierają one istotne dla początkującej mamy rubryki takie jak: sen, karmienie (tu mamy podział na karmienie piersią oraz pokarm stały i/lub w butelce, zmiana pieluszki, zabawa oraz uwagi). W tak skonstruowanej tabeli łatwo zaznaczyć, ile czasu spało niemowlę; z której piersi „cmokało” mleko, jak często była zmieniana pielucha i ile czasu poświeciliśmy na zabawę z bobasem. Pod tabelką główną mamy jeszcze mniejszą, w której możemy zaznaczyć, czy dziecko wzięło witaminy, skorzystało z kąpieli; jakie nowe umiejętności nabyło i zanotować, co przyda się kupić podczas najbliższych zakupów. Karty podzielone są kolorami: na zielone oraz białe. Zielone to noc, białe – dzień. Karty, co jakiś czas poprzedzielane są praktycznymi informacjami. Te mini-poradniki tłumaczą na przykład, jak zrozumieć kilkutygodniowe niemowlę, jak rozróżniać różne fazy snu dziecka, jakie czynności ukoją płaczącego bobasa; dają fantastyczne porady dotyczące pomysłu na pamiątkę z dzieciństwa (np. kupno gazety codziennej w dniu narodzin maluszka lub robienie zdjęć na podobnym tle w regularnych odstępach czasu). Znajdziemy tam również ważne informacje dotyczące wzroku niemowlaka oraz zasady współpracy z nianią/opiekunką. Powszechnie wiadomo, że mamy (zarówno te „świeżutkie”, jak i te z dłuższym stażem) mają poważnego wroga – czas. Zawsze chcą zrobić zbyt wiele rzeczy w zbyt krótkim czasie. Dlatego też autorzy umieścili w książeczce „Maluszka czas” kilkanaście porad dotyczących „wykradania” czasu. Niektóre z tych metod zacznę stosować już teraz, pomimo, że jeszcze mamą nie jestem :P


Przepraszam za jakość zdjęć, pogoda dziś nie sprzyja fotografom amatorom...

Kolejna zakładka oddziela poprzednią część od „Niezbędnika mamy”, w którym zawarty jest zestaw informacji niezbędnych w pierwszych miesiącach życia maluszka. Co tam znajdziemy? Opis umiejętności, jakie zdobywa dziecko w pierwszym roku życia; opis „skoków rozwojowych”; siatki centylowe, dzięki którym można sprawdzić, czy pociecha rośnie prawidłowo; najważniejsze informacje dotyczące karmienia, snu, pielęgnacji malucha. Zamieszczona tam tabela wskazuje, kiedy należy udać się na szczepienia. Pierwsza pomoc, urlop macierzyński, wychowawczy, tacierzyński oraz becikowe kończą krótki cykl porad. Książeczka posiada gumkę (tak jak teczki z gumką), dzięki czemu kartki nie fruwają, tylko spięte są w całość. To tyle, jeżeli chodzi o techniczne opisy. Teraz czas na moje odczucia. Według mnie  ten dzienniczek jest niezwykle praktyczny. Tabele w nim zawarte posiadają rubryki dotyczące najważniejszych kwestii w trakcie opieki nad małym człowieczkiem. Zmuszają do zwięzłości, zaznaczania konkretnych problemów, a nie ich opisywania (na co zapracowana mama może najzwyczajniej w świecie nie mieć czasu). Do tego estetyka i sposób wykonania przekonują mnie praktycznie w stu procentach. Generalnie jestem oczarowana i zachwycona.

Już nie mogę się doczekać momentu, w którym zacznę uzupełniać „Maluszka czas”…

Ocena: 6/6 (jak tylko zostanę mamą, zweryfikuję ocenę;-)

Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz wydawnictwu Sierra Madre :)