I pomyśleć, że kiedyś w ogóle nie czytałam thrillerów. Ten gatunek był mi najzupełniej obcy. Później poznałam mojego męża i namiętnie zaczęliśmy oglądać filmy - w tym między innymi thrillery. Zaraził mnie swoimi zainteresowaniami i obecnie, kiedy proszę, żeby znalazł coś ciekawego do obejrzenia, mówię (prawie) zawsze: "znajdź proszę jakiś film obyczajowy, komedię albo... dobry thriller". Od tego się zaczęło - po filmach-thrillerach postanowiłam spróbować przygody z książkami-thrillerami i po prostu... pokochałam je. Ostatnio akurat złożyło się, że czytałam więcej książek historycznych na przemian z obyczajowymi, ale przyszedł w końcu czas na przerywnik w postaci książki pt. "Ostatni człowiek". Tytuł początkowo może budzić mylne skojarzenia, ale opis na okładce wprowadza w temat.
Potencjalny czytelnik powinien wiedzieć, że fabuła najpierw umiejscowiona została dwa tysiące lat temu, po czym przenosi się w czasy współczesne i tak jest już do końca. Jednak w trakcie czytania autor co rusz wraca do tragicznych wydarzeń z 73 roku, które rozegrały się w twierdzy o nazwie Masada, w Judei. Te niegościnne, pustynne ziemie były świadkami żydowskiej rewolty przeciw panowaniu Rzymian. Obrońcy twierdzy (a było ich ponad dziewięciuset) woleli wybrać śmierć niż rzymską niewolę. Dziś powiedzielibyśmy, że popełnili zbiorowe samobójstwo. W każdym razie życie stracili nie tylko mężczyźni, lecz również kobiety i dzieci. Do zabijania reszty (czyli tych, którzy nie dali rady zabić swojej rodziny i samych siebie) została wyznaczona specjalna grupa. Co tak naprawdę się tam wydarzyło? Co kryła twierdza, skoro jej obrońcy woleli stracić życie niż wydać to w ręce Rzymu? Będziecie zszokowani.
















