Pokazywanie postów oznaczonych etykietą in vitro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą in vitro. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 stycznia 2016

Liliana Fabisińska, Śnieżynki


Cóż, to chyba prawda, że każde kolejne przestępstwo popełnia się coraz łatwiej. Że jeśli raz przekroczy się granice, to potem jest już z górki. - s. 288


Mocna, poruszająca do głębi powieść o małżeństwach pragnących mieć dzieci. Bardzo dziwnie czytało mi się tę książkę ze świadomością, że sama jestem w stanie błogosławionym...

piątek, 30 maja 2014

Sara Connell, Surogatka. Jak moja mama urodziła mi syna

Bycie matką to najprawdopodobniej najpiękniejsze uczucie na świecie. Piszę najprawdopodobniej, bo sama jeszcze nie dostąpiłam tego zaszczytu. Niektóre z kobiet zostają matkami nieoczekiwanie, a ich dzieci są wynikiem radosnych igraszek. Inne w sposób planowy i systematyczny przygotowują się do macierzyństwa. Jeszcze inne - ogromnie pragną go doświadczyć/doświadczać, ale z różnych powodów medycznych nie jest im to dane. Mają problemy z samym zajściem w ciążę, a jeśli już się im to uda (nierzadko z "laboratoryjną" pomocą), to miewają trudności z tzw. "donoszeniem" ciąży. Właśnie do tej ostatniej grupy należy Sara Connell, autorka książki "Surogatka. Jak moja mama urodziła mi syna".

Sara i jej mąż Bill przez siedem lat starali się o dziecko. Przeszli wyboistą drogę, naznaczoną trudnościami, ćwiczeniem cierpliwości i wielokrotnie... łzami. Początkowo pomocy szukali w akupunkturze, a gdy ta nie przyniosła oczekiwanych efektów, zdecydowali się na proces sztucznego zapłodnienia - przeszli aż siedem jego cykli! Los doświadczył ich boleśnie: przeżyli jedno wczesne poronienie, a później - gdy Sara była już w piątym miesiącu kolejnej ciąży - stracili dwoje bliźniąt. To odcisnęło ogromne piętno na kobiecie, która po tych smutnych doświadczeniach stała się bardzo nieufna i bojaźliwa.

Sara Connell opisuje swoją trudną i żmudną drogę do macierzyństwa. Aby czytelnicy w pełni mogli pojąć "cud", który się przydarzył jej i jej mężowi, nie stroni od opisu swoich relacji z mamą, z rodzicami - które przez pewien czas nie były natchnione miłością i zrozumieniem. Sara w wyniku pewnych przeżyć odsunęła się od rodziców i utrzymywała z nimi jedynie kurtuazyjny kontakt. Tym bardziej zadziwia fakt, że jej własna matka zdecydowała się zostać surogatką - w wieku prawie sześćdziesięciu lat!

Wiele wspomnień autorki przepełnionych jest tym, czym zajmuje się ona na co dzień - tworzeniem "wizualizacji" własnego życia (Sara jest trenerem rozwoju osobistego, prowadzi szkolenia dla kobiet). Sporo uwagi poświęca refleksologii i technikom medytacyjnym. Przyznam szczerze - do wszystkich tych fragmentów książki byłam uprzedzona. Chyba jestem małostkowa: nie podoba mi się coś, czego tak naprawdę nie znam. Źle to o mnie świadczy... ale mówię, jak jest.

Pokuszę się o refleksję - uważam, że książka mogłaby być o 1/3 krótsza. Autorka wiele razy niepotrzebnie - moim zdaniem - skupiała się na opisach otaczającego ją świata, próbując opóźnić właściwy tok narracji. Czy naprawdę w całym tym zamieszaniu pamiętała, jaka była w danym dniu pogoda? Albo kto był jak ubrany? Szczerze w to wątpię. A ja przecież chciałam wiedzieć, co działo się dalej. Sara skupiała się na opisach wystroju wnętrz, architektury czy pogody, a ja naprawdę nie o tym chciałam czytać. Ten element książki bardzo mnie drażnił. Poza tym język lektury jest prosty, a całość czyta się płynnie.

Nie potrafię podjąć się oceny sytuacji opisanej w książce. Jestem świeżo po lekturze "Faktury na zabijanie" Terlikowskiego i na kwestię zapłodnienia in vitro patrzę teraz z innej perspektywy. Jednak historia Sary i jej męża Billa zmusza do zastanowienia - co my byśmy zrobili na ich miejscu? Całkiem zrezygnowali z posiadania potomstwa? Zdecydowali się na trud życia rodziny zastępczej lub adopcyjnej? Na te pytania nie ma łatwej i jednoznacznej odpowiedzi.

Spoilerem nie będzie informacja (w kontekście okładki i kilku zdjęć wewnątrz książki), że w końcu Sarze i Billowi udało się zostać rodzicami. Cała fabuła prowadzi nas do tego szczęśliwego momentu. Ramy książki wypełniają opisy walki o rodzicielstwo, ból i rozpacz po nieudanych próbach... Wspaniałe jest to, że Sarze udało się odbudować relację z własną matką - zżyły się ze sobą i więź między nimi jest teraz niezwykle silna. To pokazuje, jak wielka siła tkwi... w rodzinie.

Abstrahując od filozofowania, czy Sara i Bill podjęli słuszną (pod względem etycznym) decyzję, czy też nie, jest to opowieść o tym, że warto mieć nadzieję...

Zainteresowanych tematem odsyłam na stronę: http://www.saraconnell.com


Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu Nasza Księgarnia


Grubość książki: 2,40 cm


sobota, 17 maja 2014

Tomasz P. Terlikowski, Faktura na zabijanie. Współczesny przemysł śmierci

Dziś mam dla Was recenzję dosyć kontrowersyjnej książki. Tym chętniej dowiem się, co sądzicie na poniższe tematy. Zapraszam do komentowania.

Tomasza Piotra Terlikowskiego nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Chociaż może na wszelki wypadek napiszę, kto zacz. Terlikowski jest polskim dziennikarzem, publicystą, filozofem, działaczem katolickim, autorem ponad trzydziestu książek. Jak sam o sobie pisze we wkładce "Faktury na zabijanie", współpracował z większością polskich mediów. Znany głównie z telewizji i radia, w których słowem walczy o dobre imię katolicyzmu. Autoironicznie nazywa się "katotalibem, który po nocach straszy dzieci uczciwych ateistów i pobożnych otwartych katolików".

Autor postanowił napisać książkę o tym, że żyjemy w czasach, w których "przemysł śmierci" jest bardziej rozwinięty niż miało to miejsce w pierwszej połowie ubiegłego wieku (Holokaust, obozy koncentracyjne). Antykoncepcja, aborcja, eutanazja czy zapłodnienie in vitro są dziś na językach całego świata, ponieważ są niezwykle dochodowymi "interesami". Zyski z nich czerpią nie tylko gigantyczne koncerny farmaceutyczne, ale także firmy ubezpieczeniowe, czy nawet rządy państw. Wprowadza się opinię publiczną w błąd, próbując wmówić społeczeństwu, jak wielkie są z tych rzeczy (tj. eutanazji itp.) korzyści. Tomasz Terlikowski oprowadza nas po współczesnym przemyśle śmierci, wskazując, dokąd zaprowadzić nas może ślepa pogoń za zyskiem.

Zaczynamy...
Na początku autor ukazuje nam antykoncepcję z innej niż zazwyczaj strony, otóż wskazuje nam, że jest to w zasadzie cały przemysł, a co za tym idzie koncerny zarabiają na niej grubą kasę. Oprócz tego, że zmieniła ona podejście ludzi do uczciwości i zdrady małżeńskiej (bo i tak dziecka z niej nie będzie!), ma także spory wpływ na zdrowie kobiet. Terlikowski dokonuje krótkich obliczeń, by uzmysłowić nam, jak ogromny rynek zbytu zapewniają właśnie środki antykoncepcyjne. Liczby są porażające - a pamiętać należy - że wmawia się kobietom, że powinny te np. pigułki brać przez wiele, wiele lat. Wnioski każdy może wyciągnąć sam...

Jeżeli chodzi o in vitro, to pobieranie komórek jajowych od kobiet jest niebezpieczne, ale na dobrą sprawę mało kto mówi o tym głośno. Jak twierdzi publicysta, robienie dzieci "na zamówienie" to współczesna eugenika, tyle że ładnie opakowana (sterylne, ładne kliniki, "kompetentni" lekarze). Inna kontrowersyjna kwestia dotyczy dzieci, które zostały poczęte, by być "lekarstwem" dla starszego rodzeństwa. Już Kant mówił, że człowiek ma fundamentalne prawo do tego, by być traktowany jako cel sam w sobie, a nie środek do celu. Takie uprzedmiotowienie dziecka prowadzi na manowce...

Na dodatek czasy mamy takie, że powoli wzrasta akceptacja wyboru płci podczas in vitro. Marzenia eugeników mogą stać się współczesnym koszmarem. Zamawianie dziecka "z probówki" wedle upodobań i zachcianek - czyli z założenia eliminacja słabszych jednostek - doprowadzi do ogromnych zmian w strukturach społeczeństwa. Przecież nie wszystkich będzie stać na in vitro, więc... cofniemy się wieki wstecz - bogaci będą się rozwijać (korzystać z najlepszych genotypów), a u biednych niewiele się zmieni. Przepaść między tymi grupami społecznymi jeszcze bardziej się powiększy (elita będzie rządzić resztą "niewolników"?).

Dalej dowodzi autor, że próbuje się to nazywać "liberalną" eugeniką, wszak chodzi o poprawienie inteligencji, wytrzymałości, odporności czy urody (można sobie zamówić małego Einsteina!). Najgorsze jest to, że z konsekwencjami mogą się zmagać dopiero kolejne pokolenia (bo teraz póki co wszystko niby jest OK). Nie mówi się też zbyt głośno o tym, ile zarodków eliminuje się w trakcie inseminacji. Niby ta "nowa eugenika" ma jednostkowy wymiar, ale tak naprawdę odbija się to na całym społeczeństwie - krótki przykład: już w Chinach na 100 dziewczynek rodzi się 117 chłopców.

W krajach zachodnich objawia się ta liberalna eugenika usuwaniem na zarodkowej i embrionalnej fazie rozwoju dzieci z potencjalnymi wadami genetycznymi i chorobami - tym samym Fryderyk Chopin nie chodziłby w ogóle po świecie, bo według niektórych biografów chorował na pewną formę mukowiscydozy.

Można się z poglądami autora nie zgadzać, warto jednak zastanowić się, ile jest w tym prawdy, a ile rzeczy próbują nam wmówić media. Z drugiej jednak strony zawsze w takich momentach zastanawiam się nad problemem małżeństw, które dzieci mieć nie mogą, a pragną ich z całego serca... Co wtedy...?

A kto korzysta z tej współczesnej eugeniki? Oczywiście same kliniki, ale także systemy ubezpieczeniowe czy ubezpieczyciele - często jest to koronny argument, o którym się nie mówi.  Pamiętajmy też, że ograniczenie narodzin chorych dzieci - to spore ułatwienie dla państwa, które nie musi wówczas ponosić kosztów ich leczenia czy rehabilitacji.

Kolejna kwestia poruszana przez Terlikowskiego to aborcja (szczególnie późne aborcje, które są niezwykle "dochodowe" i "opłacalne"), ale są ogromnie niebezpieczne dla zdrowia, a nawet życia kobiet. W książce znajdziemy również opis pewnego imperium aborcyjnego, funkcjonującego w USA - Planned Parenthood. Organizacja ta propaguje model aktywnego seksualnie stylu życia (dzięki temu PP zarabia coraz więcej pieniędzy). Troska o kobiety i ich "prawa reprodukcyjne" to główne sztandary działalności tego imperium. Aborcję zaczyna się tam nazywać awaryjną antykoncepcją, co mnie osobiście bardzo szokuje... Co ciekawe 1/3 budżetu tej organizacji proaborcyjnej pochodzi z ... podatków obywatelskich!

Tomasz Terlikowski porusza również kwestię aborcji "terapeutycznej" (gdy zdrowie matki jest zagrożone) oraz z gwałtu twierdząc, że takie aborcje nigdy nie odbywają się z korzyścią dla kobiet.  Przeraziła mnie treść rozdziału dotyczącego aborcji pourodzeniowej (dzieciobójstwa), czyli zabijania dzieci już narodzonych - zarówno w szczególnych przypadkach zdrowotnych, jak i "na życzenie" rodziców (przesłanką może być potencjalna "niska jakość życia"). Szok i jeszcze raz szok... 

Aborcja (...) pochłania rocznie życie od 45 do 50 milionów osób. Holokaust kosztował życie (...) od 1,5 miliona do 6 milionów istnień ludzkich, II wojna światowa - 72 miliony ofiar, a komunizm (...) około 100 milionów. Tymczasem aborcyjne ludobójstwo, trwające w państwach zachodnich od ponad 40 lat (...) pochłonęło prawie 1,5 miliarda ofiar. Mimo tak szokującej skali (...) mówienie o aborcji, o związanej z nią rewolucji obyczajowej jako o ludobójstwie jest w istocie zakazane, traktowane jako przejaw szaleństwa czy ignorancji. (s.105.)

Wiele kancelarii prawniczych czerpie zyski z tzw. "złych narodzin" (Jodi Picoult poruszała ten temat w którejś ze swoich książek) - rodzice pozywają lekarzy, bo np. błędnie zinterpretowali wynik badania USG czy wyniki testów prenatalnych, więc powstaje kolejny wielki biznes - bo dziecko urodziło się chore (to taka współczesna puszka Pandory).

Kolejny rozdział dotyczy eutanazji. Kultura eutanazyjna - jak dowodzi autor - jest np. w Ameryce znacznie tańsza niż utrzymanie osoby starszej przy życiu! Ostatni rozdział dotyczy operacji zmiany płci. Dziwię się umieszczeniu tego rozdziału w tej konkretnej książce...

Mocna lektura, którą polecam wszystkim, którzy chcą świadomie chodzić po tym świecie. Można się z panem Terlikowskim w wielu kwestiach światopoglądowych nie zgadzać, ale ta książka otwiera szeroko oczy na szereg spraw związanych ze współczesnym przemysłem śmierci. O wielu rzeczach nawet człowiek nie myśli, że na czymś tam... inni chcą zarabiać kasę, nie patrząc na koszty w ludziach... Pan Terlikowski jest postacią na tyle wyrazistą, że nie sposób przejść obok jego książki obojętnie - wywołuje tak skrajne emocje.

Z książki dosyć wyraźnie przebija światopogląd autora, który w życiu stara się kierować wiarą. Może to niektórym przeszkadzać, ale wiadomo - wszystko jest kwestią gustu. Według mnie autor jest niezwykle spójny w tym, co mówi. Książkę polecam naprawdę gorąco. Mocna, poruszająca, zmuszająca do zastanowienia się nad wielu sprawami!


Grubość: 1,70 cm