Charleston - miasto, które urzeka swoją urodą. To tu dorastają bohaterowie powieści Pata Conroy'a pt. "Na południe od Broad". Każdy z bohaterów intryguje swoją odmiennością. Chad należy do charlestońskiej elity, pochodzi z zamożnej rodziny, ma siostrę Molly; Trevor i Sheba - bliźnięta - stoją po drugiej stronie osi; ojca nie chcą pamiętać (tak wiele krzywd wyrządził), a matkę mają - oględnie mówiąc - specyficzną. Starla i Niles również nie należą do elity, to sieroty, które w głębi duszy zawsze wierzyły, że w końcu rodzona matka ich odnajdzie. Ike i Betty to jedyni czarnoskórzy w tym gronie. Gronie, które - zdawałoby się - nie ma szans na wspólne zacieśnienie więzi. Jest też Leo, przez wyżej wymienioną bandę nazywany Ropuchem. Leo też nie pochodzi ze zwyczajnej rodziny - jego mama to była... zakonnica. Ropuch to wrażliwy chłopak, który załamał się po samobójczej śmierci brata i wpadł przez to w kłopoty. I to on właśnie opisuje nam magiczny świat Charlestonu.
Jak przekonujemy się, przewracając każdą kolejną stronę powieści - dorastanie w tym mieście nie należy do najłatwiejszych zadań. Zresztą wiele zależy od tego, do której grupy społecznej się należy. Biała elita nie znosi towarzystwa czarnych mieszkańców miasta, a wybitnie urodzeni mają nie po drodze z wyrzutkami społeczeństwa, sierotami czy ludźmi o odmiennej orientacji seksualnej. A mimo to młodzi ludzie pochodzący z tak odmiennych warstw społecznych zaprzyjaźniają się, tworząc ekipę zgranych przyjaciół na długie lata.
