Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 lipca 2014

Claudia Welch, Równowaga twoich hormonów. Równowaga Twojego życia

Kolejna pozycja z mojej zdrowotnej biblioteczki. "Równowaga Twoich hormonów. Równowaga Twojego życia" to pozycja, z którą warto się zapoznać, żeby przekonać się, jak ważnym elementem składowym naszego organizmu są hormony.

"Równowaga Twoich hormonów..." podzielona została na trzy części. Pierwsza z nich prezentuje podstawowe informacje o yin i yang, pokazuje jak działają hormony (płciowe i stresu). Wszystko to pozwala zrozumieć przyczyny naszych problemów. W kolejnej części zamieszczone zostały dane o różnych zagadnieniach medycznych, które dokuczają kobietom w wyniku zaburzonej gospodarki hormonalnej (menstruacja, kontrola poczęć, płodność, menopauza, zdrowie piersi i serca, osteoporoza), a trzecia część publikacji - zawiera informacje, jak przywrócić równowagę hormonalną; jakie są najważniejsze elementy zdrowego trybu życia. W niej znajdziemy również porady, jak radzić sobie ze stresem, jak go zwalczać (jednym z lepszych lekarstw jest... śmiech!).

piątek, 6 czerwca 2014

Raimund von Helden, Zdrowie w 7 dni. Sukces terapii witaminą D

Czy wiecie, że już Hipokrates zalecał codzienne kąpiele słoneczne?

Witaminę D nasz organizm wytwarza, gdy korzystamy z dobrodziejstwa promieni słonecznych. Ale czy zdajemy sobie sprawę, jak ważna jest ta witamina? Jakie procesy reguluje w naszym ciele i co zaczyna się w nim dziać, gdy jej zabraknie? Raczej się nad tym nie zastanawiamy, a szkoda. Mieszkamy w takiej, a nie innej strefie klimatycznej, stąd też (oprócz wiosny i lata) jesteśmy narażeni na niedobór wyżej wspomnianej witaminy. Jakie są pierwsze objawy? Chroniczne zmęczenie, osłabienie czy "zwykły" ból głowy. Jednak, gdy ten stan utrzymuje się dłużej, możemy nabawić się cukrzycy, osteoporozy lub nadciśnienia.

Raimund von Helden jest lekarzem, który w trakcie swojej praktyki zorientował się, że większość jego pacjentów ma niedobory witaminy D. W zasadzie doszedł do tego przez przypadek - postanowił zlecić pewnej pacjentce badanie poziomu witaminy D we krwi. Wynik okazał się zaskakujący: poziom był zatrważająco niski (poniżej tzw progu mierzalności, czyli 7 ng/ml). Doktor postanowił wprowadzić ową witaminę do terapii i stan zdrowia pacjentki uległ znacznej poprawie. Z czasem okazało się, że takich pacjentów jest więcej. Opracował więc prostą metodę przywracającą zdrowie.

"Zdrowie w 7 dni..." to kolejna pozycja w mojej "zdrowotnej" biblioteczce. Publikacja ta zawiera bardzo szczegółowy opis terapii witaminą D. Autor postanowił zamieścić w niej także informacje dotyczące wartości tej witaminy zależne od określonych miesięcy w roku (wyżej wspominałam o "dostępności" promieni słonecznych). Warto mieć jednak na uwadze pewien fakt: najpierw należy przeprowadzić test pozwalający określić poziom witaminy D w organizmie, a dopiero potem można zająć się leczeniem. W tym poradniku można znaleźć informacje, jaką zawartość witaminy D mają poszczególne produkty spożywcze, a także jak wiele dostarczą nam jej promienie słoneczne.

Jeden z rozdziałów książki traktuje o konkretnych osobach, które poddały się terapii witaminą D i w ten sposób pozbyły się wielu męczących przypadłości (od wyczerpania począwszy, a na bólach pleców czy stwardnieniu rozsianym skończywszy). Autor dowodzi, że dzięki osiągnięciu przez pacjentów optymalnego stężenia witaminy we krwi dolegliwości zdrowotne odchodziły w niepamięć "od ręki". Były wśród nich różnego rodzaju alergie, zawroty głowy czy uporczywe migreny. Niestety jest pewien problem z tą witaminą - nie ma dla niej żadnej alternatywy, więc najzwyczajniej w życiu trzeba ją pacjentowi podać: albo w preparatach albo poprzez naświetlanie (które trwa nieco dłużej). Jednak są z tego niewymierne korzyści: ponad 80% pacjentów po kuracji witaminą D zauważało znaczną poprawę zdrowia. Czyli coś jest na rzeczy...

Smutne jest także to, że przemysł farmaceutyczny prawie wcale nie skupia się na tej witaminie, bo jest ona stosunkowo tania, a przecież tam chodzi głównie o zyski...

"Zdrowie w 7 dni. Sukces terapii witaminą D" zawiera także informacje dotyczące suplementacji witaminy D w czasie ciąży oraz optymalny poziom dla dzieci. Książka "Zdrowie w 7 dni..." to publikacja dla tych, którzy przeczuwają, że za ich złym samopoczuciem może stać brak wyżej opisywanej witaminy.



Grubość książki: 0,70 cm

niedziela, 18 maja 2014

Teresa Lewkowicz-Mosiej, Egzotyczne owoce. Właściwości lecznicze i zastosowanie

Książki o zdrowiu, warzywach czy owocach od wielu lat zbiera moja Mama. Jako, że na "swoim" mieszkam już od jakiegoś czasu, postanowiłam i ja wzbogacić swoją biblioteczkę o książki tego typu. I tak w moje ręce trafiła niezbyt gruba (ale jakże treściwa!) książka pt. "Egzotyczne owoce. Właściwości lecznicze i zastosowanie".

Kompendium autorstwa Teresy Lewkowicz-Mosiej to napisana przystępnym językiem książka o kilkunastu egzotycznych owocach, których większość obecnie znamy.

Autorka prostym językiem opisuje wygląd, pochodzenie owoców, a także próbuje dokonać opisu ich smaków (domyślacie się zapewne, że jest to dosyć trudne zadanie). Podaje nazwy korzystnych minerałów i witamin zawartych w konkretnych owocach oraz tłumaczy ich właściwości lecznicze dla ludzkiego organizmu. Poznajemy całą historię danego owocu: miejsce pochodzenia, sposób uprawiania, nazwy nie tylko łacińskie, ale także angielskie, francuskie i niemieckie. Większość opisywanych tu owoców rośnie w krajach tropikalnych oraz w Azji.

Wracając do właściwości omawianych owoców, przytoczę kilka faktów. Na przykład kiwi zawiera mnóstwo witaminy C (prawie tyle, ile dzika róża). Co jednak istotne, ta witamina w owocu kiwi jest praktycznie niezniszczalna w procesie konserwowania. Spożywanie kiwi zaleca się profilaktycznie i leczniczo przy różnych chorobach (ze względu na wymienioną powyżej wit.C, a także wapń, fosfor czy żelazo). Bo to, że spożywanie kiwi wzmacnia system odpornościowy, to już pewnie wiecie...
Jak myślicie więc, co zrobiłam podczas ostatnich zakupów spożywczych? Czym prędzej pobiegłam na stoisko z owocami w poszukiwaniu kiwi właśnie. Tym bardziej, że i mnie, i mojego Męża rozłożyło ostatnio jakieś przeziębienie.

Jeżeli chodzi o ananasa, to zadomowił się on w swojej ojczyźnie - Brazylii - jeszcze przed odkryciem Ameryki! Ciekawostką było dla mnie to, że jego miąższ w 85% składa się z wody (wiedziałam, że jest "wodnisty", ale nie sądziłam, że w aż tylu procentach). Owoc ten działa przeciwzapalnie i - podobnie jak kiwi - wzmacnia odporność organizmu. Zaleca się go także przy chorobach nerek czy anemiach. Przeciwdziała również rozstrojom nerwowym. Nie zdawałam sobie z tego sprawy. Kolejną ciekawostką jest to, że smak ananasów jest bardziej wyrazisty w konserwach aniżeli "na surowo" - to odróżnia je od innych owoców.

Inny przykład: arbuz wskazany jest przy niedokrwistości i ogólnym osłabieniu organizmu. To środek przeciwmiażdżycowy, który obniża ciśnienie krwi, a sok z niego - działa przeciwgorączkowo. Polecany przy stanach zapalnych dróg moczowych i kamieniach nerkowych. Po raz pierwszy usłyszałam o takich właściwościach arbuza. Zawsze sądziłam, że to taki owoc-woda, który ma trochę smaku i w zasadzie nic z niego nie "pozostaje" w moim organizmie. A tu takie nowości... Ciągle powtarzam, że człowiek uczy się całe życie... ;-)

Banan (rajski) wpływa łagodząco na układ nerwowy. Wskazany szczególnie osobom chorym na celiakię. I tu, podczas opisu tego owocu, pozwolę sobie na anegdotę. Jedna z bliskich mi osób jakoś w latach siedemdziesiątych po raz pierwszy w życiu zetknęła się z bananami, a że uczęszczała wówczas do szkoły poza domem, mieszkała w internacie z rówieśnikami. Dotykała, oglądała, wąchała te banany i... jakoś nie mogła się do nich przekonać. A że wyrzucanie jedzenia w ogóle nie wchodziło w rachubę, obeszła parę najbliższych łóżek i rozdała te banany kolegom/koleżankom. Z niedowierzaniem przyjęli te podarunki i zaczęli się nimi zajadać ze smakiem. Dopiero po wielu latach ta bliska mi osoba spróbowała wreszcie banana i nie mogła uwierzyć, że to takie dobre... Ale dzięki temu mamy przynajmniej śmieszną anegdotę rodzinną...

Cytryna była traktowana jako środek leczniczy od niepamiętnych czasów. Częste spożywanie cytryn zapobiega awitaminozie; są też dobre przy schorzeniach nerek, reumatyzmie czy nadciśnieniu. Spowalniają proces krzepnięcia krwi, więc przeciwdziałają zawałom serca i płuc.

To tylko niektóre ciekawostki dotyczące najbardziej znanych owoców. Z książki "Egzotyczne owoce..." poznacie również właściwości granatu, figowca, mandarynki, mango czy opuncji. Na zachętę podałam Wam tu trochę informacji, a jeżeli czujecie się zaciekawieni, sięgnijcie po książkę pani Teresy Lewkowicz-Mosiej.

Lektura ta okraszona jest wspaniałymi rysunkami, znanymi mi z różnych publikacji o roślinach, które mają w swoim domu moi rodzice. Od razu przypomniały mi się czasy podstawówki, kiedy w nich buszowałam, żeby znaleźć jakieś pożyteczne informacje na przykład na lekcje biologii.

Elementem, który wzbogaca lekturę, są różnorodne przepisy kulinarne z wykorzystaniem omawianych w książce owoców. Niektóre z nich zaskoczyły mnie ogromnie - nie sądziłam, że można łączyć ze sobą tak różnorodne smaki, jak np. arbuz z jajkiem i pomidorem... Jak się okazuje, również w przygodzie kulinarnej wszystko jest jeszcze przede mną.

To lektura, która w pewien sposób zachęca do poznawania nowych smaków. Wszak książka - choćby nie wiem, jak interesująca - nie jest nam w stanie dokładnie przedstawić danego smaku. Póki nie spróbujemy, nie będziemy w pełni wiedzieć, jak dany owoc smakuje i czy w ogóle "trafia" do naszych kubków smakowych;)

Podoba mi się język tej niezbyt długiej książki i nie ukrywam, że chętnie poczytałabym też o warzywach. A szczególnie o sposobach, jak przekonać męża do jedzenia zieleniny!


Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu M ;-)


Grubość książki: 1,20 cm 

piątek, 2 maja 2014

Zbigniew Lew-Starowicz, Pan od seksu

Kiedy zobaczyłam tę książkę wśród nowości w mojej bibliotece, wiedziałam od razu, że muszę ją przeczytać. Pana Starowicza znam głównie z telewizji, kiedy występuje w programach śniadaniowych i wypowiada się na tematy związane z seksualnością człowieka. Wielokrotnie stwierdziłam, że mówi całkiem sensownie, więc z chęcią zabrałam się za lekturę "Pana od seksu".

uwielbiam tę porę roku - konwalie są (prócz lilii i strelicji) jednymi z moich ukochanych kwiatów, szkoda tylko, że są roślinami sezonowymi...

Tym razem nie jest to książka o tematyce medycznej, psychologicznej, lecz coś na kształt autobiografii doktora. Przemycone zostały oczywiście rozmaite ciekawostki naukowe, ale to świadczy tylko o tym, jak dla doktora Starowicza ważne jest to, co robi. Możemy dowiedzieć się na przykład, skąd wziął się "Lew" w jego nazwisku oraz poczytać o tym, czemu wybrał wojskową uczelnię medyczną, a nie uczelnię tak zwaną "cywilną" (jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o... ;) ). 

Pan Zbigniew Lew-Starowicz opisuje swoją rodzinę w sposób niezwykle ciepły - nie wiem, na ile wyidealizowany jej obraz nam serwuje. Jedno jest pewne - jeżeli rzeczywiście jego stosunki z rodzicami wyglądały tak, jak pisze, to łatwiej będzie nam zrozumieć wybór jego życiowej drogi zawodowej.

Z lektury dowiedziałam się niezwykle interesującej rzeczy - Polska jest jednym z trzech krajów w Europie, w których lekarz może uzyskać specjalizację z seksuologii (traktowanej oddzielnie, a nie - jak w innych krajach - tylko jako odłam psychologii). Zszokowało mnie to, że autor znał osobiście kardynała Wyszyńskiego czy księdza Jana Twardowskiego. A już totalnie szczęka opadła mi, kiedy przeczytałam, że pan doktor wdał się w spór ideologiczny z... przyszłym papieżem, ówcześnie noszącym jeszcze "zwykłe" imię i nazwisko, czyli z kardynałem Karolem Wojtyłą. Generalnie książka często mnie zaskakiwała zbiorem informacji o lekarzu, którego wypowiedzi lubię słuchać. Nie spodziewałam się bowiem, że taki lekarz (z otwartymi poglądami) będzie wprost przyznawał się do swej wiary i związków z Kościołem. W dzisiejszych czasach to rzadko spotykana postawa.

Zresztą co do znajomości pana Starowicza z osobami medialnymi - to trzeba powiedzieć jasno: wcale nie powinien dziwić fakt, że jeden z najbardziej znanych seksuologów w kraju zna tak wielu aktorów, celebrytów itd. - słowem całą śmietankę towarzyską... ;) Przyznaje jednak, że rzadko ma czas na wszelkie imprezy "ze ściankami", większość czasu pracuje, a resztę wolnego czasu woli spędzać z rodziną i przyjaciółmi.

Wspaniałe jest to, jak normalnie autor traktuje sprawy seksu. Unika moralizatorstwa, po prostu najzwyczajniej w życiu stara się pomóc swoim pacjentom. Wprost mówi o tym, że medycyna się zmienia, ewoluuje i to, co doradzał kiedyś, dziś może być już nieaktualne. Ale taka jest kolej rzeczy i należy się z tym pogodzić.

Podziwiam pana Zbigniewa za to, że nie sprzedaje na siłę swojej prywatności. Jak na autobiografię znajduje się tam bardzo mało szczegółów z życia doktora. Ogólnikowo napomyka o członkach swojej rodziny, więcej stron poświęca na opis swojej kariery medycznej. Wiele za to znajduje się tam ciekawostek, smaczków (zza drzwi jego gabinetu), które pięknie wzbogacają lekturę. I bardzo mi się to podoba.

Pan doktor w swojej książce raczy nas zabawnymi anegdotami ze swojego gabinetu. Wielokrotnie podkreśla, że gdyby nie jego pacjenci, to nie miałby o czym opowiadać. Język lektury jest swobodny, dowcipny - przypomina wypowiedzi lekarza znane nam z telewizyjnych programów.

Nie zdawałam sobie sprawy, że Zbigniew Lew-Starowicz ma tak bogaty dorobek "pisarski". Z chęcią sięgnę po kilka książek jego autorstwa. A tymczasem serdecznie polecam Wam lekturę "Pana od seksu"!

...a do lektury świeżo zerwana mięta z ogródka :)

Grubość książki: 2,30 cm

środa, 2 kwietnia 2014

Lara Pizzorno, Zdrowe kości

Postanowiłam na wiosnę nieco doszkolić się z innych dziedzin - czytając można się nie tylko zrelaksować, ale również dowiedzieć wielu różnych ciekawych rzeczy. Jedną z takich dziedzin, o których do tej pory niewiele czytałam, jest zdrowie i to o nim będzie dziś tu mowa.

Wiem, że jest to lektura, którą chciałabym się podzielić z moimi bliskimi i zamierzam to uczynić przy najbliższej nadarzającej się okazji.

Publikacja autorstwa Lary Pizzorno (dyplomowanej masażystki) porusza temat osteoporozy, która obecnie zdaje się być plagą dotykającą coraz większą liczbę ludzi. Autorka dowodzi, że często leki, które powinny pomagać, mogą nam bardzo zaszkodzić. W "Zdrowych kościach" omówione zostały przyczyny powstawania osteoporozy, sposoby jej uniknięcia lub znacznego wyeliminowania. Pizzorno w przystępny sposób omawia wyniki najnowszych badań, dzięki którym zapobieżenie tej chorobie jest możliwe.
Warto nadmienić, że u samej autorki w wieku 50 lat zdiagnozowano kruchość kości - ta książka powstała, by opinia publiczna poznała bardziej naturalne metody walki z chorobą niż zażywanie farmaceutyków (przez panią Pizzorno określanych mianem 'parafarmaceutyków').

W "Pochwałach dla książki" umieszczono kilkanaście pochlebnych opinii o niniejszej publikacji. W wielu z nich podkreślano, że wiadomości są tu zaprezentowane w sposób przystępny, zrozumiały dla każdego. Coś w tym jest, ale nie byłabym sobą, gdybym nie dojrzała jakiegoś mankamentu. Otóż "Część 2" (za chwilę omówię dokładniej podział książki) emanuje nadmiarem naukowych pojęć i nazw leków. Po lekturze tych stron wiem mniej więcej, o czym autorka pisała, ale gdybym miała "przed tablicą" opowiedzieć o tym własnymi słowami - to byłaby kompletna klapa. Podawane nazwy leków dotyczą wyłącznie Ameryki - i choć autorka tłumaczy, dlaczego nie podano nazw odpowiedników polskich - to wyjątkowo mnie to drażniło.

"Zdrowe kości" są podzielone na cztery części: w pierwszej omówione zostały grupy podwyższonego ryzyka zachorowania na osteoporozę, w drugiej - ostrzeżenia przed medycyną konwencjonalną (a konkretnie przed zażywaniem parafarmaceutyków opartych na bifosfonianach) w próbie leczenia kości, w trzeciej - omówione przyczyny (czyli wszystko, co zwiększa ryzyko osteoporozy), a w czwartej - propozycje, co robić, by zachować mocne kości przez całe życie. Druga część najmniej przypadła mi do gustu. Ciągłe powtarzanie naukowych terminów i nazw leków psuło mi przyjemność lektury. Na szczęście z pozostałych części publikacji zapamiętałam więcej, gdyż zdecydowanie lepiej mi się je czytało. Książka opatrzona została wieloma tabelami, z których możemy się dowiedzieć, po jakie produkty warto sięgać, chcąc zapewnić zdrowie swoich kości.

Z niuansów, które mnie zaskoczyły wymienię przynajmniej dwa - do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, w czym zawarta jest spora ilość wapnia (głównego budulca naszej masy kostnej) - oprócz oczywiście przetworów mlecznych. Szokiem było dla mnie to, że przykładowo 1/4 szklanki sezamu zawiera więcej wapnia niż szklanka krowiego 2% mleka. Chyba będę musiała częściej podbierać mężowi sezamki. Druga sprawa - spożywanie między innymi cukrów rafinowanych zakwasza organizm i osłabia nasze kości. Nie wiedziałam, że nasz genom (który od Paleolitu zmienił się zaledwie o 0,01%) przyzwyczajony jedynie do spożywania małych ilości miodu (naturalnego zdrowego "cukru"), nie radzi sobie z tą masą cukrów, jakie mu fundujemy. 

"Szlachetne zdrowie..." - warto pamiętać, że nie będziemy wiecznie młodzi i zdrowi. Warto więc zawczasu "wziąć się za siebie" i skorzystać chociaż z niektórych porad autorki, jak chociażby spożywanie większej ilości zieleniny czy uprawianie jakiegoś sportu.

Nie będę Wam tu ściemniać, że "musicie" przeczytać tę publikację. Nie każdego kręci czytanie o chorobach. Jednak, jeśli macie w rodzinie kogoś, kto z zmaga się z kruchością kości, to możecie podsunąć mu chociażby tytuł tej książki.


***
Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu Vital
***

Ta recenzja bierze udział w wyzwaniach: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (2 cm) oraz Czytamy literaturę amerykańską.