sobota, 29 marca 2014

Gary Chapman, 5 języków miłości

Zacznę od kilku pytań i stwierdzeń skierowanych do osób będących w związkach małżeńskich:

- czy zdarza Ci się mówić coś do małżonka, ale on zdaje się nic nie rozumieć (wyglądacie wtedy jak Anglik próbujący dogadać się z Chińczykiem)?
- jeżeli wolisz spędzić wolny czas w domu, a Twój małżonek chciałby wtedy gdzieś wyjść np. ze znajomymi
- jeśli Twój małżonek pomaga Ci w pracach domowych, ale Ty wolałabyś, żeby Cię przytulił lub dał drobny upominek (niekoniecznie coś drogiego; może to być na przykład własnoręcznie wykonany drobiazg)

...to wiedz, że książka "5 języków miłości" Gary'ego Chapmana jest w stanie bardzo Ci pomóc. Co ja mówię, nie tylko Tobie - Twojemu małżonkowi i Waszemu małżeństwu również. Ale do rzeczy.

Wiem, że niektórzy z Was z niechęcią podchodzą do rozmaitych poradników. Spoko, rozumiem to, bo sama spoglądam w ich stronę z dużą dozą nieufności. Po tę lekturę sięgnęłam nie dlatego, że mam jakieś problemy w małżeństwie (okres "docierania się" z Mężem mamy już za sobą, a bycia "ze sobą" nauczyliśmy się intuicyjnie - metodą prób i błędów - na tyle, by prowadzić bardzo satysfakcjonujące i dobre życie małżeńskie), ale by dowiedzieć się, co jeszcze moglibyśmy ewentualnie w nim polepszyć, poprawić. Często powtarzam, że "człowiek uczy się całe życie" i trzeba być otwartym na nowe rzeczy. I tak jak lektura "Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi" (autor Dale Carnegie) nauczyła mnie między innymi słuchania innych (może nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak wiele to ułatwia w kwestiach kontaktów międzyludzkich!; w wieku nastoletnim książka ta była dla mnie objawieniem - przypomnijcie sobie, czy kiedy dorastaliście, lubiliście słuchać czy raczej mówić i być słuchanym), tak "5 języków miłości" uświadomiło mi, że istnieje pięć sposobów, pięć języków okazywania uczuć swojemu małżonkowi. Ich nieznajomość może pogorszyć, a czasem wręcz całkowicie zniszczyć nasze relacje w związku.

Autor (który jest psychologiem i terapeutą małżeńskim) wyróżnia pięć języków okazywania uczuć: wyrażenia afirmatywne, dobry czas, przyjmowanie podarunków, drobne przysługi oraz dotyk. Każdy z nas posługuje się swoim językiem, a znajomość języka miłości naszego partnera pozwala stworzyć wspaniałą atmosferę w małżeństwie. Rzadko kiedy zdarza się, by partnerzy porozumiewali się tym samym językiem, dlatego tak ważne jest rozpoznanie i nauczenie się języka małżonka.
Ja już wiem, jaki jest mój język miłości, a jeśli Ty chcesz poznać swój - serdecznie polecę Ci książkę Chapmana, bo już po jednokrotnej lekturze wiem, że ma facet sporo racji w tym, co pisze.

Podczas czytania tego poradnika niektóre prawdy życiowe wydawały mi się jakby znajome. Po głębszym zastanowieniu doszłam do wniosku, że pewne prawidłowości w związkach między kobietami a mężczyznami znam już ze słynnej i znanej chyba każdemu pozycji "Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus (autor John Gray). Tam również była mowa o tym, że mężczyźni i kobiety porozumiewają się innymi językami - ale problem został zarysowany raczej ogólnie. Natomiast Gary Chapman w wyniku swoich badań antropologicznych i współpracy z wieloma parami małżeństw opisuje konkretne pięć języków miłości, które wyodrębnił po wielu latach analiz i doświadczeń.

Przeczytałam tę książkę dosyć szybko, ale wiem, że z przyjemnością będę do niej powracać, by czerpać inspiracje i móc nadal zaskakiwać swojego małżonka. Chciałabym, żeby wiedział, jak bardzo go kocham.


...
PS. a tymczasem uciekam na ognisko, które Mąż rozpala właśnie dla mnie :) :* sezon kiełbaskowy czas zacząć ;-)

***
Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu Esprit
***
Ta recenzja bierze udział w wyzwaniach: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (1,90 cm) oraz Czytamy literaturę amerykańską.

piątek, 28 marca 2014

Ewa Nowak, Apollo 11. O pierwszej podróży na Księżyc

Po raz kolejny w moje ręce trafiła książeczka z serii "Czytam sobie" Wydawnictwa Egmont. Przypomnę tylko na wstępie, że seria ta jest trzypoziomowym programem wspierania czytania dla dzieci w wieku 5-7 lat i jest zgodna z zaleceniami metodyków. Patronat honorowy nad tą serią objęła Biblioteka Narodowa. Tym razem jest to książeczka pt. "Apollo 11. O pierwszej podróży na Księżyc", zaliczający się do poziomu trzeciego, przeznaczonego dla nieco bardziej zaawansowanych młodych czytelników. Ten poziom nazwany został "Połykam strony" (w przeciwieństwie do poziomu pierwszego - "Składam słowa" czy drugiego - "Składam zdania"), ma więc świadczyć o większej aktywności i umiejętnościach czytelniczych dzieci. W poziom ten wpisują się wszystkie teksty zawierające około 2500-2800 słów (z użyciem - rzecz jasna -już  wszystkich głosek). Zdania są tu dłuższe, pojawiają się zdania złożone, słowem - tu umiejętność w miarę płynnego czytania jest już wymagana. Na szczęście wydawca pomyślał o tym, aby umieścić na końcu słowniczek z trudniejszymi wyrazami. To zaleta - dziecko wzbogaca swój własny słownik w miarę samodzielnie, bez ciągłego podpytywania dorosłych: "co to znaczy?". Lektura ta zawiera czarno-białe ilustracje, a przewaga tekstu nad obrazkami ma stworzyć wrażenie obcowania z "prawdziwą książką".

"Apollo 11" to historia pierwszego lądowania człowieka na Księżycu. Autorka snuje opowieść o trójce mężczyzn (Michael Collins, Edwin Aldrin, Neil Armstrong), z których dwóch postawiło stopy na Księżycu. Wartka akcja sprawia, że lektura nie jest nudna. Szczególnie chłopcy interesujący się planetami, kosmosem nie będą zawiedzeni. Ta książka to doskonały przykład na to, że zabawę i przyjemności można połączyć z nauką (wiele technicznych ciekawostek, interesujące rysunki).

Tu również (podobnie jak w książce o Titanicu) znajduje się dyplom sukcesu i ciekawe naklejki. Autorem obrazków jest Tomasz Kozłowski - ilustrator książek dla dzieci, podręczników szkolnych. Ewa Nowak z wykształcenia jest pedagogiem terapeutą. Namiętnie pisze książki - obecnie na rynku dostępnych jest prawie trzydzieści książek jej autorstwa. Niektóre z jej książek już zdobywają nagrody i wyróżnienia w kategoriach książek dla dzieci i młodzieży.

Do tej pory nie mogę wyjść z zachwytu, jak piękne są obecnie książki dla dzieci. I druk, i rysunki - generalnie - całe wydanie sprawia, że już, już chciałabym mieć dziecko i móc z nim czytać, kartkować, literować itd. Swoją drogą - biedne to moje przyszłe potomstwo - nie będzie miało łatwego życia, bo już od małego zamierzam i planuję mu czytać, czytać i jeszcze raz czytać, by zaszczepić miłość do literatury. Mąż zadeklarował się natomiast do edukacji muzycznej. Tak, będzie ciekawie! Ale jeszcze nie wiadomo, kiedy ;-) Na wszystko przyjdzie pora... Koniec moich osobistych wycieczek.

Jeżeli macie w rodzinie chłopca interesującego się technicznymi nowinkami czy kosmosem, to podarujcie mu do czytania historię "Apollo 11" Ewy Nowak.

Grubość książeczki: 0,7 cm

Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu EGMONT :-)

środa, 26 marca 2014

Tomasz Raczek, Karuzela z madonnami

Dawno, dawno temu usłyszałam o tej książce. Pewnie jeszcze przez długi czas nie sięgnęłabym po nią, gdyby nie to, że buszując z nudów po miejskiej bibliotece, natknęłam się na nią. Celowo piszę "buszując z nudów", gdyż zazwyczaj zamawiam sobie książki przez internetowy system, a potem tylko odbieram. Natomiast raz na jakiś czas wybieram się do biblioteki w celu... ekhmmm... "wąchania książek" (wiem, to zboczenie!:P), głównie po to, by podelektować się książkową aurą, porozmawiać z miłą panią bibliotekarką i wyjść, będąc w posiadaniu ogromu dobrej energii. Też tak miewacie? :-)

Już, już kończę ten przydługi wstęp. Wypatrzyłam na półce i zabrałam ze sobą do domu "Karuzelę z madonnami" Tomasza Raczka, znanego dziennikarza, krytyka filmowego, autora programów telewizyjnych i radiowych. Większość z Was go zapewne kojarzy, ale czy go lubi/ceni - to już inna kwestia. Abstrahując od tego, czy ja sama darzę go sympatią czy też nie (szczerze mówiąc, miewam zmienne odczucia względem jego osoby), chciałam się dowiedzieć, które to kobiety tak bardzo fascynowały lub fascynują autora. Opis na okładce sugeruje bowiem, że autor zachwycony niektórymi z nich, zbierał i kolekcjonował wywiady z nimi. W książce znajdują się zarówno wywiady, jak i krótkie wzmianki o kobietach, które w swej niezależności miały siłę, by żyć i tworzyć na własny rachunek.

I tak na przykład dowiecie się, o co modliła się Kasia Figura; jak o sądownictwie w Polsce wypowiada się Joanna Chmielewska itd...

Najbardziej rozbawił mnie zachwyt autora nad "Rozmowami w toku" Ewy Drzyzgi. Owszem, ja również swego czasu chętnie go oglądałam, ale prawdę mówiąc było to lata świetlne temu i jeżeli obecnie zdarzy mi się, przełączając z kanału na kanał, trafić na ten program, to oglądam fragment z szeroko rozdziawioną buzią i zniesmaczeniem. Niestety słowa:
nie ma epatowania widzów widowiskowymi scysjami między gośćmi programu (...) to kawał dobrej, fachowo zrobionej publicystyki (...) (s.75)
są już dziś nieaktualne i zastanawiam się, czy pan Raczek ich dzisiaj nie żałuje. Chyba że nie oglądał ostatnich odcinków. Program w mojej opinii stacza się po równi pochyłej i czytanie zachwytów nad nim rozbawiło mnie niemal do łez. Ale tak już bywa z książkami traktującymi o szeroko rozumianym show-biznesie. To, co dziś aktualne, za rok lub dwa, traci ważność i może być jedynie powodem naszego rozbawienia.

To, co nie odpowiadało mi w tej książce, to brak ujednolicenia - mamy tam zarówno ciekawe wywiady, jak i krótkie eseje, a nawet coś na kształt notek biograficznych. Te ostatnie najbardziej mnie w sumie drażniły. Wiem, że z niektórymi paniami autor nie mógł się spotkać, ale taka forma opisu tych postaci nie przemawia do mnie w ogóle.

Wiem, że może źle to zabrzmieć, ale szufladkuję tę lekturę do miana książek-przerywników. No wiecie, kiedy jesteście po jakiejś cięższej pozycji i chcielibyście poczytać coś lżejszego. W takim przypadku "Karuzela..." może się nadać. Nie jest to jednak literatura najwyższych lotów. Niemniej jednak podoba mi się sposób, w jaki autor prowadził wywiady - robił to ciekawie, więc jeśli któryś wywiad wyda się Wam słabszy, to uwierzcie mi, nie jest to wina autora...

Decydujecie się... na własną odpowiedzialność ;-)

Grubość książki: 2,50 cm

wtorek, 25 marca 2014

Steven Beller, Antysemityzm. Bardzo krótkie wprowadzenie

O antysemityzmie mówi i pisze się bardzo dużo. Pojęcie to mieści w sobie wszelkie uprzedzenia, niechęć, a także wrogość w stosunku do osób pochodzenia żydowskiego. Najbardziej ekstremalną odmianę antysemityzmu znamy z czasów II wojny światowej, kiedy to ideologia nazizmu w Niemczech (i nie tylko) doprowadziła do Holocaustu. Pojęcie antysemityzmu w znaczeniu, jakie znamy obecnie, pojawiło się po raz pierwszy w broszurze zatytułowanej „Zwycięstwo żydostwa nad germanizmem” (użył go niemiecki dziennikarz Wilhelm Marr w 1879 roku).

W tej książce autor (Steven Beller to amerykański niezależny pisarz, wydawca i redaktor; twórca opracowań  o historii Żydów i Europy Centralnej) skupia się na antysemityzmie jako ruchu i ideologii politycznej (z tragiczną kulminacją Holocaustu). Chce dotrzeć do źródeł, sprawdzić, jak wtopiły się one w życie społeczne, polityczne zarówno Europy, jak i Zachodu. Antysemityzm postrzegany bywa jako kategoria psychologiczna o szerokim wachlarzu zjawisk: od zwykłych uprzedzeń względem Żydów aż po nienawiść do Żydów, którzy mogliby zniszczyć zachodnią cywilizację. Autor zauważa, że choć ściśle powiązane, to jednak antysemityzm i Holocaust nie są tym samym. To, że antysemityzm się rozwinął w takiej a nie innej formie, ma swoje podłoże w konkretnym kontekście historycznym. Steven Beller dokonuje próby opisu składników zjawiska antysemityzmu oraz najważniejszych interakcji pomiędzy nimi.

Aby zrozumieć, czemu antysemityzm odniósł "sukces", należałoby cofnąć się w przeszłość. Żydzi odrzucali dogmat chrześcijaństwa, że Jezus z Nazaretu to Mesjasz. Ten konflikt dotyczący tego, kto w co wierzy, nadał Żydom w czasach średniowiecza status chronionej mniejszości. Sytuacja Żydów uległa zmianie, kiedy to podczas pierwszej krucjaty w 1096 roku giną ich tysiące, gdyż plebs postrzega tę ludność jako wroga odpowiedzialnego za śmierć Chrystusa ("zabójcy Chrystusa" - tak o nich mówiono). Jakoś w połowie XII wieku zaczęto oskarżać ludność żydowską o popełnianie mordów rytualnych na dzieciach z chrześcijańskich rodzin. Równolegle z tą rozprzestrzeniającą się nienawiścią tworzono zakazy wykonywania niektórych zawodów przez Żydów, więc w końcu zajęli się oni lichwiarstwem (nie obowiązywał ich kościelny zakaz pożyczania pieniędzy na procent - lichwa). Kupcy żydowscy byli wówczas kimś na kształt bankierów. Negatywny stereotyp Żyda wciąż się nasilał. Narodowości tej przypisywano różne straszne czyny, więc prześladowaniom nie było końca. Archetyp Żyda przetrwał wieki i utrwalił się również w literaturze (Szekspir, Dickens). Postawy wobec Żydów ewoluowały jednak (jak pokazuje historia Anglii), a do końca XIX wieku w większości krajów Europu przyznano Żydom prawa obywatelskie. Największe uprzedzenia utrzymywały się w państwach środkowoeuropejskich. To taka próbka streszczenia rozwoju antysemityzmu. Jeżeli chcecie przekonać się, jak autor postrzega problem i czy jest obiektywny w swoich osądach - zajrzyjcie sami do książki "Antysemityzm. Bardzo krótkie wprowadzenie".

Steven Beller opisuje antysemityzm w kontekście historii Europy i europejskich Żydów. Postrzega go nie jako zbiór oderwanych idei, ale jako wynik konkretnych historycznych okoliczności. Ta książka jest syntezą antysemityzmu postrzeganego jako polityczna ideologia.

Podtytuł książki wskazuje, iż jest to "Bardzo krótkie wprowadzenie" i rzeczywiście pewne problemy zostały ujęte niezwykle skrótowo. Autor dokonuje wielu uproszczeń. Polski czytelnik może być zawiedziony krótkimi wzmiankami o polskich kwestiach. Dziwić lub drażnić może też fakt, że Beller sytuuje Niemcy jako Centrum Europy czy też Środkową Europę (Polacy wszak traktują niemieckie ziemie jako Zachód). W "Posłowiu" pan Ireneusz Krzemiński nawołuje, by lekturę czytać ostrożnie, z dystansem. Wnioski pana Bellera mogą nas bowiem niejednokrotnie zaskoczyć. Krzemiński zarzuca autorowi książki "amerykańskie" podejście do tematu. Zarzuca mu również zbytnie uproszczenia w wielu kwestiach omawianych na kartach publikacji. Nie jestem historykiem, więc patrzę z perspektywy człowieka, który wie dosyć dużo (ale nie wszystko) na tematy związane z II wojną światową - ale rzeczywiście powyższe kwestie mnie również drażniły. Polecam tę książkę szczególnie osobom interesującym się historią oraz studentom tegoż kierunku - zawsze będzie to poznanie innego spojrzenia na problem.

Ocena: 4,5/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu NOMOS

Grubość książki: 1,30 cm

niedziela, 23 marca 2014

Mitch Albom, Zaklinacz czasu

Nie wiedziałam, czego się spodziewać po tej książce. Głównie dlatego, że z opisu na okładce nie wynikało nic konkretnego, a spotykając na blogach recenzje "Zaklinacza czasu" - nie czytałam ich, sądząc, że to kolejny bestseller stworzony na potrzeby jakichś wydumanych rankingów czytelniczych. Ależ się pomyliłam - jest to typ książki, którą będę polecać każdemu, kto zechce wysłuchać mojej recenzji i opinii o tej lekturze. Marzy mi się posiadanie jej na półce w mojej powoli rozrastającej się biblioteczce. Jest to bowiem lektura uniwersalna, do której chętnie bym powracała. Niesie za sobą proste prawdy, o których nie powinniśmy zapominać.

Spróbujcie wyobrazić sobie życie bez odmierzania czasu. Pewnie nie potraficie. Zawsze wiecie, jaki jest miesiąc, rok, dzień tygodnia. A jednak przyroda nigdy nie zwraca uwagi na czas. Ptaki się nie spóźniają. Pies nie patrzy na zegarek. Sarny nie martwią się kolejnymi urodzinami. Tylko człowiek odmierza czas. Tylko człowiek odlicza godziny. I właśnie dlatego jedynie człowiek doświadcza paraliżującego strachu, którego nie zniosłoby żadne inne stworzenie. Strachu przed tym, że zabraknie mu czasu.” (s. 16-17)

Czas nie jest czymś co można zwrócić. W każdej następnej chwili może czekać na ciebie odpowiedź na twoje modlitwy. Odrzucenie tego oznacza odrzucenie najważniejszej części przyszłości. (s. 249)

Ta książka to trzy przeplatające się historie. Jedna z nich przedstawia losy Dora, człowieka uwielbiającego liczyć i mierzyć. Jest on tym, który stworzył czas. Zwią go Ojciec Czas. Swój czas spędza on w jaskini wsłuchując się w prośby i narzekania ludzi (wszystkie dotyczą oczywiście... czasu). Jego los wypełni się, kiedy ziemia spotka się z niebem. Druga z nich - to dzieje Victora, obrzydliwie bogatego człowieka, który dowiaduje się, że jest chory i pozostało mu niewiele czasu... Mając górę pieniędzy, kombinuje, chcąc przechytrzyć los i żyć dłużej. Jest jeszcze trzecia postać - Sarah, młoda dziewczyna, która się zakochuje, więc każda chwila z dala od ukochanego jest dla niej... wiecznością. Aby dowiedzieć się, co łączy te postaci... zajrzyjcie do "Zaklinacza czasu".

Czas to pojęcie względne. Kiedy się nudzimy, chcielibyśmy, aby czas płynął szybciej. Kiedy robimy coś interesującego, ekscytującego - wręcz odwrotnie - chcielibyśmy go zatrzymać. Nie da się niestety zadowolić wszystkich. Jak to mówią: "Jeszcze się taki nie urodził, który by wszystkim dogodził". Coś w tym jest. Wracając jednak do samego czasu - prawda jest taka, że rzadko go doceniamy, rzadko potrafimy cieszyć się chwilą, rzadko celebrujemy czas spędzany z bliskimi (choć o to ostatnie pewnie się staramy, tak sądzę). Żyjemy w czasach, w których to celebrowanie czasu stało się znacznie trudniejsze niż było w zamierzchłej przeszłości. Mijamy się w biegu, powtarzamy ciągle i uporczywie (w odpowiedzi na propozycję spotkania): "może kiedy będę miał/a czas" i bardzo trudno jest nam "dograć się" ze znajomymi - bo kiedy oni mają trochę wolnego czasu na jakieś spotkanie, imprezę - to my go nie mamy. I tak w kółko. Sytuacji nie polepsza fakt, że wszędzie dookoła nas coś odmierza ten czas - zegary są praktycznie wszędzie: od wież kościołów, urzędów po nasze telefony komórkowe, tablety czy komputery. Chciałoby się rzec: "przeklęty ten, kto wymyślił te diabelskie urządzenia do odmierzania czasu". Zerkając na wyświetlacze tych sprzętów, uświadamiamy sobie wciąż: że tam musimy zdążyć, że gdzieś indziej pod żadnym pozorem nie możemy się spóźnić, że... wciąż mamy za mało czasu. Ile razy słyszeliście od znajomych zdanie: "jak ja bym chciała, żeby doba miała ... (tu następuje podanie liczby godzin, która by naszego rozmówcę satysfakcjonowała) godzin. Myślicie, że dzięki temu ten nasz znajomy stałby się bardziej szczęśliwy? Śmiem wątpić. Aczkolwiek mogę się mylić, wszak errare humanum est

Nigdy nie jest za późno ani za wcześnie. Jest dokładnie wtedy, kiedy trzeba. (s. 103)

Przesłanie płynące z książki powala swoją prostotą na kolana - doceńmy czas, który otrzymaliśmy i wykorzystajmy go w pełni, byśmy pod koniec swej ziemskiej egzystencji nie mogli powiedzieć, że go zmarnowaliśmy.

Kiedy ma się nieskończoną ilość czasu, nic nie jest wyjątkowe. Jeżeli nigdy niczego nie tracimy ani nie poświęcamy, nie potrafimy docenić tego, co mamy. (s. 262)

To wspaniała lektura nie tylko dla tych, którzy chcieliby zacząć coś zmieniać w swoim życiu (czas jest wówczas wyznacznikiem ważności danych spraw). To książka dla każdego, kto czuje, że czas przecieka mu między palcami.
"Zaklinacz czasu" jest również źródłem wielu przepięknych aforyzmów. Jest to swoista przypowieść (z morałem, rzecz jasna) naszych czasów.

Ocena: 5,5/6

 Grubość książki: 2,70 cm

piątek, 21 marca 2014

Domenico Agasso Sr., Domenico Agasso Jr., Papież Jan XXIII. Droga do świętości

Mówi się o Nim: uśmiechnięty Papież, „Jan Pokorny”, „dobry papież Jan” . Taki właśnie pozostał w pamięci wiernych.

Książka ta ukazała się w dobrym momencie - wszak już niedługo odbędzie się kanonizacja Jana Pawła II oraz właśnie Jana XXIII. Szkoda, że nowych rzeczy o dawnych papieżach dowiadujemy się dopiero, kiedy nadchodzi "okazja", ale - w sumie - dobre i to. Po tej lekturze jestem już w stanie powiedzieć coś więcej o tym niesamowitym zwierzchniku Kościoła.

Autorzy zaczynają od narodzin Jana XXIII (właściwie Angelo Giuseppe Roncalli), poprzez jego drogę do kapłaństwa aż do wyboru na papieża.
Co ciekawe, Jan XXIII został wybrany przez (tylko) pięćdziesięciu kardynałów. Tak mało liczne było wówczas konklawe. Imię Jan wybrał z bardzo prostego powodu - takie imię nosił jego ojciec. Te i inne proste gesty papieża autorzy opisują bez zbędnego nadęcia. Opisując autorytet postaci nie próbowali zrobić z niego ani męczennika ani świętego - po prostu pokazali historię odpowiedniego człowieka w odpowiednim miejscu. Nie na darmo mówi się, że jest to papież okresu przełomu. Mówi się także, że żaden jego poprzednik nie zrobił tak wiele na rzecz ekumenizmu, jak właśnie Jan XXIII. Od 1870 roku był pierwszym papieżem, który wybrał się na spotkanie poza mury Watykanu (wizyta w więzieniu oraz pewnym szpitalu w Boże Narodzenie w 1958 roku).

Sympatię ludzi zjednywał sobie nie tylko uśmiechem. On po prostu wychodził do ludzi. Był papieżem, którego można była spotkać przechadzając się po Bazylice św. Piotra. Słynął właśnie ze zmniejszania dystansu między nim a wiernymi. Oprócz bycia pasterzem podjął szereg ważnych decyzji: przede wszystkim zwiększył liczebność Kolegium Kardynałów (unieważniając dekret Sykstusa V), następnie postanowił zwołać synod oraz sobór powszechny, później chciał także zrewidować kodeks prawa kanonicznego. W kwestii reformy liturgii poczynił pewne kroki, mianowicie zatwierdził nowy brewiarz i mszał. 

Jego pontyfikat trwający dokładnie od 28 października 1958 do 3 czerwca 1963 przyniósł powiew świeżości w skostniałych strukturach kościelnych. Powszechnie uważa się, że powołany przez niego II Sobór Watykański miał za zadanie otworzyć Kościół na wszystkich odłączonych i dostosowanie go do wymogów nowej epoki. Papież zrobił psikusa swoim kardynałom, gdyż najpierw poinformował, że odbędzie się sobór (choć powinien najpierw skonsultować to z nimi), a dopiero później rozesłał zapytania do biskupów świata z prośbą o propozycję tematów. Odpowiedzi dostał całe mnóstwo. Na sobór zaproszono również obserwatorów, a sam papież nie uczestniczył w obradach.

Prosty, zrozumiały dla każdego język, ciekawy sposób rozmieszczenia druku i mnóstwo "światła" w akapitach powodują, że książkę czyta się naprawdę przyjemnie. "Papież Jan XXIII. Droga do świętości" to książka dla każdego, kto choć trochę interesuje się historią Kościoła.
Twarda oprawa zawsze była dla mnie zaletą - dzięki temu książka nie tylko ładnie prezentuje się na półce, ale może stanowić również doskonały prezent na przykład dla... babci (pewnie nie tylko ja zauważyłam, że ludzie w podeszłym wieku częściej zwracają się w stronę Boga, Kościoła i modlitw).


"Papież Jan XXIII. Droga do świętości" to biografia na wysokim poziomie. W sposób rzetelny informująca o życiu i pontyfikacie Jana XXIII. Życiorys papieża nie został nam zaserwowany w nadmiernie naukowy sposób, lecz prosty i zrozumiały dla każdego czytelnika. To spójna praca, nie narzucająca nam zbędnych szczegółów, bogata w interesujące anegdoty świadczące o poczuciu humoru papieża Jana. W książce tej znaleźć można również między innymi modlitwy Jana XXIII. Ta pozycja to dobry początek, jeśli chcemy zgłębiać dzieje pontyfikatu tego papieża. Może stanowić podbudowę pod dalsze informacje o Nim.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi Sztukater oraz Wydawnictwu Esprit

Grubość książki: 2,30 cm