„Ritterowie. Rzecz o mazurskiej duszy” to nietypowa saga rodzinna. Informacja na okładce niesie prawdę: tam "czas zapętla się i kluczy". Poznajemy bowiem kolejnych bohaterów, by po chwili znów do nich powrócić. Najstarszym z nich jest pastor Martin Ritter, który przybył na plebanię na Mazurach wraz ze swoją delikatną żoną Grete. W czasach dwudziestolecia międzywojennego młode małżeństwo nie miało łatwego życia. Powoli jednak pastor zdobywał szacunek i uznanie, choć być może niezbyt pełną akceptację. Z miłości Martina i Grete powstaje nowe życie - mały Helmuth. Kiedy pojawia się jedno życie, inne musi odejść. Tak jest i tutaj. Grete umiera, a plebania zostaje pozbawiona tzw. kobiecej ręki. Do czasu, kiedy na drodze Helmutha pojawia się Anna Domińczuk. Związek rodzi wiele kontrowersji, ona jest bowiem katoliczką, a on protestantem. Pastor Martin udziela im sakramentu. Małżeństwem są niecały tydzień, kiedy do Helmutha przychodzi powołanie do wojska. Wojenne czasy nie są łatwe dla nikogo, szczególnie dla młodych małżonków. Helmuth opuszcza rodzinny dom, w którym po pewnym czasie pojawia się nowe życie: jego syn, także Helmuth. I znów los nie jest łaskawy: w wyniku przeciwności losu małego chłopca ostatecznie wychowuje tylko dziadek - Martin Ritter. Nie będę streszczać tu pozostałej części książki. Podzielę się za to pewną refleksją: najciekawszą postacią jest tu właśnie pastor Martin. To do niego, na plebanię, wracają kolejne pokolenia Ritterów (bo warto zaznaczyć, że powieść pełna jest rozstań oraz powrotów). To on jest swego rodzaju ostoją, opoką, która dba o rodzinny dom. To on jest wzorem do naśladowania, kiedy udziela pomocy, nie licząc na rewanż. Te powroty kolejnych Ritterów to symbol upływającego czasu.
czwartek, 14 kwietnia 2016
piątek, 1 kwietnia 2016
Charles Belfoure, Paryski architekt
Uwielbiam takie powieści! "Paryski architekt" po prostu mnie oczarował.
Kiedy architekt* bierze się za pisanie powieści, wydawać by się mogło, że sprawa z góry jest przegrana. Jakież było więc moje zdziwienie, kiedy lektura ze strony na stronę coraz bardziej mnie wciągała. Wykorzystywałam każdą wolną chwilę (pomiędzy karmieniem, przewijaniem, tuleniem, kołysaniem itp.), by poznać dalsze dzieje głównego bohatera.
środa, 30 marca 2016
Harvey Karp, Najszczęśliwsze niemowlę w okolicy
Książka ta otworzyła mi oczy na wiele spraw związanych z malutkimi dziećmi. Najważniejsza z nich jest chyba taka, że dzieci rodzą się... o 3 miesiące za wcześnie. Gdyby rodziły się po 12, a nie 9 miesiącach ciąży, byłyby zdecydowanie lepiej przystosowane do poznawania świata. Ale ciężko sobie wyobrazić kobiety z jeszcze większymi brzuchami - zresztą która chciałaby chodzić z rosnącym brzuchem przez 12 miesięcy?
czwartek, 17 marca 2016
Zostałam mamą!
Dokładnie pięć tygodni temu o godz.17:34 zostałam mamą małej Alicji :-).
Jak pewnie zauważyliście, dawno mnie tu nie było, ale chwilowo po prostu próbuję odnaleźć się w nowej roli. A nie zawsze jest to łatwe. Nasza Kruszynka czasami daje nam popalić, ale miewa też lepsze momenty i wówczas nawet udaje mi się przeczytać parę stron ;-).
Tymczasem idę odespać ciężką noc...
PS. wiedzieliście, że chodzący odkurzacz usypia dziecko w kilka minut? :P (dobrze, że nie mieszkamy w bloku, bo sąsiedzi raczej nie ucieszyliby się na dźwięk odkurzacza o 3 nad ranem)
![]() |
| nasze kochane stópki :* |
niedziela, 7 lutego 2016
Suki Kim, Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit
Jeżeli wydaje Ci się, że Twoje państwo mocno ogranicza Twoje prawa, to jesteś w błędzie. Nie wierzysz? Przeczytaj zatem reportaż Suki Kim, aby się o tym przekonać.
Suki Kim to kobieta pochodząca z Korei Południowej, ale mieszkająca od trzynastego roku życia w Ameryce. Jest dziennikarką, która postanowiła zobaczyć północnokoreański reżim od środka. Jednak nie jest to takie proste. Trzeba pamiętać, że władze tego kraju bardzooo mocno ograniczają kontakty ze światem zewnętrznym. Brzmi to co najmniej dziwnie, prawda? A jednak. Okazuje się, że koszmar przewidziany przez Orwella, jest tu rzeczywistością...
Suki Kim to kobieta pochodząca z Korei Południowej, ale mieszkająca od trzynastego roku życia w Ameryce. Jest dziennikarką, która postanowiła zobaczyć północnokoreański reżim od środka. Jednak nie jest to takie proste. Trzeba pamiętać, że władze tego kraju bardzooo mocno ograniczają kontakty ze światem zewnętrznym. Brzmi to co najmniej dziwnie, prawda? A jednak. Okazuje się, że koszmar przewidziany przez Orwella, jest tu rzeczywistością...
Kult jednostki, który może wzbudzać w nas uśmiech politowania lub niedowierzania jest tam rozwinięty do ogromnych rozmiarów. Praktycznie wszędzie znajdują się wizerunki i posągi Wielkiego Przywódcy. Większość rozmów kończy się jakąś pochwałą, jakąś uwagą, że to dzięki Niemu żyje im się tak dobrze...
W takich chwilach jak ta miałam nieodparte wrażenie, że moi ukochani studenci są obłąkani. Albo byli tak przerażeni, że czuli się zmuszeni kłamać i chwalić się wielkością swojego Przywódcy, albo szczerze wierzyli we wszystko, co mi mówili. Nie mogłam się zdecydować, co byłoby gorsze. - s. 126
poniedziałek, 1 lutego 2016
Sarah Lark, Bogowie Maorysów
Tym razem będzie skrótowo.
To ostatni, trzeci tom sagi Kauri (o wcześniejszych możecie poczytać TU i TU). Niestety, według mnie, najsłabszy. Może wynika to z faktu, że autorka postanowiła sporą część akcji umieścić poza Nową Zelandią, co baaaardzo mi nie odpowiadało.
Mamy tu najmłodsze pokolenie bohaterów. Występują tu bowiem dzieci oraz wnuczęta osób stanowiących trzon pierwszej powieści. Syn Michaela i Lizzie, Kevin wyrusza na wojnę burską do Afryki. Roberta, zakochana w nim młoda dziewczyna, bardzo to przeżywa. Wkrótce sama postanawia wyruszyć w ślad za nim.
Córka Matariki, Atamarie jest z kolei typem kobiety dosyć nowoczesnej. Jest jedyną dziewczyną zaczynającą studia inżynieryjne na uniwersytecie. Do tego zakochaną w pewnym wynalazcy... Ta znajomość działała mi na nerwy, a to głównie za sprawą Richarda Pearse’a, pioniera lotnictwa, dla którego Atamarie straciła głowę. W każdym razie, jak to u Sarah Lark, mamy mnóstwo intryg oraz tajemnic rodzinnych, które wzbudzają całą gamę emocji. A wszystko to okraszone jak zwykle opisami tradycji Maorysów i krajobrazów, tym razem nie tylko Nowej Zelandii, ale też Afryki.
Udało mi się zdążyć z całą sagą przed porodem, z czego się ogromnie cieszę (mąż powątpiewał, czy dam radę), tym bardziej, że każda z części liczy sobie po 600-700 stron niezbyt wielkim drukiem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





