niedziela, 2 marca 2014

Solomon Northup, Zniewolony. 12 Years a Slave

Niewolnictwo to temat-rzeka. Dla nas, żyjących w wolnym kraju ta kwestia może wydawać się nierealna, ale jakieś dwa wieki temu w południowych stanach Ameryki było to zjawisko powszechne. Bardzo często ludzi "rekrutowano" na niewolników, porywając ich (wzbogacali się na tym oczywiście "biali"). I takim właśnie przypadkiem porwanego wolnego człowieka był autor książki "Zniewolony" - Solomon Northup.

Solomon mieszkał na Północy. Żyło mu się tam całkiem dobrze. Zapewniał sobie i swojej rodzinie godną egzystencję, pracując jak inni. Nic mu nie groziło, gdyż niewolnictwo zniesiono tam wcześniej (pod koniec osiemnastego wieku). Oprócz tego, że Solomon był pracowity, posiadał wiele talentów (w tym muzyczny - pięknie grał na skrzypcach, co - jak się okaże w toku lektury - nieco "ułatwiało" mu niewolniczy żywot). W 1841 roku życie Solomona wywróciło się do góry nogami - został porwany i trafił w ręce handlarzy niewolników. Zaczął się wówczas dwunastoletni okres, który nasz bohater najchętniej wymazałby ze swojej pamięci. Okres zniewolenia. Przez ten czas Solomon na wszelkie sposoby musiał ukrywać swoje wykształcenie i pochodzenie - właściciele niewolników "źle" reagowali na takie kwestie. Miał być "prostym czarnuchem" do wykonywania ciężkich prac. Mimo tego, wielokrotnie próbował uciekać. Kiedy i te próby kończyły się fiaskiem, postanowił w inny sposób czynić starania w kierunku swojego uwolnienia. W końcu trafił na właściwą osobę, która zawiadomiła jego rodzinę i powoli los zaczął znowu uśmiechać się do Solomona.

Tak się złożyło, że najpierw widziałam adaptację filmową, a po jakimś czasie przeczytałam książkę. W niczym mi to jednak nie przeszkodziło. Wiem, że oceniam tu książkę, a nie film, ale nie byłabym sobą, gdybym choć w jednym zdaniu nie wspomniała o nim. Film bowiem jest dosyć dokładnym odwzorowaniem historii zapisanej na kartach książki. Kilka wątków zostało nieco szczegółowiej opisanych, niż było to widoczne w kinie (ale takie są prawa kinematografii). Ale przecież wiadomo, że w filmie wszystkiego pokazać się nie da, bo treści trzeba skracać i kondensować.

To, co ujęło mnie najbardziej to charakterystyczny, jakby nieco starodawny język, którym posługuje się Solomon Northup opisując swoje dzieje. Nie upiększa ich, nie stosuje wymyślnego języka. Przedstawia wszystko tak, jak czuł i zapamiętał. To nie miała być lektura dla przyjemności, tylko ŚWIADECTWO. Na postawie opowieści jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, jakim człowiekiem był Solomon - prawym, uczciwym, dobrodusznym. O takich osobach mówi się czasem "człowiek-anioł". Ważne jest również to, że przez ten czas jego "właściciele" odebrali mu praktycznie wszystko, co miał, ale jednej rzeczy nie udało im się mu zabrać: wiary w to, że nadejdzie taki dzień, w którym znów będzie wolnym człowiekiem. To trzymało go przy życiu przez te wszystkie lata.

Na plus zaliczam również do bólu realistyczne opisy niewolniczej egzystencji, pracy na plantacjach bawełny, częstych chłost za drobne przewinienia lub błędy. Przerażające jest w tym wszystkim to, że w omawianych tu czasach człowiek człowiekowi był wilkiem... Ludzie o innym (niż biały) kolorze skóry traktowani byli jak istoty, które nie potrafią myśleć. Mają tylko wykonywać powierzone im zadania. Traktowano tych niewolników jak zwierzęta (szukając podobieństwa do małp), jak tanią siłę roboczą - a przecież to też byli LUDZIE.

To poruszająca historia, którą polecam każdemu, komu nieobce jest dobro drugiego człowieka.

Ocena: 5/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi Sztukater oraz Wydawnictwu Replika ;-)


 Grubość książki: 2,40 cm

piątek, 28 lutego 2014

Elżbieta Jodko-Kula, Zdrady i powroty

To przejmująca opowieść o skomplikowanych relacjach rodzinnych, o błędach z przeszłości mających wpływ na teraźniejszość.

Śmierć Ewy (będącej matką, żoną i siostrą) gwałtownie zmienia "układ sił" w pewnej rodzinie. Akcja toczy się wokół życia mężczyzny, będącego (do niedawna) mężem zmarłej. Jest to facet, rzekłabym, specyficzny. Uparty, ale jednocześnie bierny. Żyje, nie walcząc z losem; po prostu płynie z prądem, nie przeciwstawiając się mu, choćby nawet było to dla niego korzystne. Po śmierci żony (z którą jednak niewiele go łączyło) nie potrafi się "pozbierać". Jak ognia unika trudnych rozmów z rodziną. W stresujących sytuacjach coraz częściej zagląda do przysłowiowego kieliszka. Taki ma sposób na życie. Jego córka Joanna, dorosła kobieta, spędzająca większość czasu w pracy, próbuje zastąpić nieobecną mamę w prowadzeniu gospodarstwa domowego. Ojciec ma w tej kwestii dwie lewe ręce, więc córka poczuwając się do obowiązku, przychodzi i gotuje ojcu obiady, sprząta, pierze itd. Syn Artur, będącym typowym przykładem "syneczka mamusi", czuje się jeszcze bardziej opuszczony. Nie może liczyć na żadne ciepłe gesty ani słowa od własnego ojca. Odsuwa się więc coraz bardziej od rodziny. Siostra zmarłej, Ilona, zaczyna wyrzucać z siebie zadawnione żale. Nie ma już Ewy, więc uważa, że o pewnych sprawach można już zacząć rozmawiać głośno. Sieć powiązań i zależności rodzinnych jest ogromnie zagmatwana. Każda z osób ma jakieś żale do kogoś z pozostałych. Każda z postaci zmaga się z jakimiś trudnościami. Pozornie wydaje się, że wszystko ich dzieli. Prawda jest jednak inna. Łączy ich bardzo wiele, tylko bohaterowie nie potrafią zdać sobie z tego sprawy...

Kiedy długo skrywane tajemnice z przeszłości zaczynają wychodzić na jaw, wszystko się komplikuje. Niektórym z bohaterów brakuje czegoś na kształt ogłady, zrozumienia drugiego człowieka - po co zdradzać tajemnice zmarłej osoby? - to niewiele zmienia, a jeśli już - to raczej na gorsze (stąd moja niechęć do dwóch kobiet występujących na łamach tej powieści: Ilony i Joanny).

Uderzające jest to, jak bardzo widoczny staje się fakt, że tajemnice i oszustwa z przeszłości mają moc nawet "zza grobu"... A co jeszcze ciekawsze, niewyjaśnione zadry z dawnych lat potrafią namieszać w życiu osób pozornie niezwiązanych z danymi wydarzeniami. Kiedy jednak życie podsuwa nam szanse na wybaczenie i naprawę błędów, warto z tego skorzystać.

To powieść, której fabuła - według mnie - mogłaby zostać przedstawiona na deskach teatru. Mała liczba rekwizytów, wszystko ograniczone do minimum. Jedyne, czego nie brakuje w powieści Elżbiety Jodko-Kuli, to emocje. Ta książka wręcz kipi od rozmaitych emocji.

Niejakim zaskoczeniem było dla mnie zakończenie. To taki specyficzny "happy end" z serii tych rokujących dobrze na przyszłość, ale nie przesłodzonych do granic możliwości. W ogóle cała fabuła powieści to "samo życie" i choć nie życzę nikomu tak poplątanych losów, to zdaję sobie sprawę, że takie historie zdarzają się w rzeczywistości.

"Zdrady i powroty" to opowieść o rodzinie. Takich rodzin z całą pewnością jest wiele. Rodzin, w których jej członkowie nie potrafią ze sobą rozmawiać, okazywać sobie uczuć. Ta książka jest przestrogą przed tym, byśmy żyjąc z ukochanymi osobami pod jednym dachem, nie mieszkali OBOK siebie, lecz ZE sobą. Byśmy się zauważali... A jednak powieść niesie nadzieję, że przebaczenie może wiele zmienić.

Ocena: 5/6

Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu Szara Godzina :-)

Grubość książki: 1,90 cm

czwartek, 27 lutego 2014

Nello Scavo, Lista Bergoglio. Ocaleni przez Franciszka w czasach dyktatury

Ojciec Jorge jest rodzajem księdza gotowego cuchnąć człowieczeństwem. (s.102)

Cofamy się do roku 1976. Są to czasy*, kiedy w Argentynie do władzy dochodzi armia. Wtedy też rozpoczyna się siedem trudnych lat - lat cierpienia i terroru. Wojsko morduje tysiące osób. Część z nich zostaje porwana - mówi się o nich "desaparecidos" ("ci, którzy zniknęli"). W tym gorącym okresie pewien jezuita Jorge Mario Bergoglio próbuje ratować, kogo się tylko da. W książeczce "Lista Bergoglio. Ocaleni przez Franciszka w czasach dyktatury" osoby przez Niego ocalone opowiadają o tym, jak ojciec Jorge działał i pomagał.

Krótkim rysem historycznym autor wspomina wyniesienie kardynała Bergoglio do godności następcy świętego Piotra. Papież Franciszek - bo tak teraz należy o Nim mówić - na wzór świętego z Asyżu małymi, ale widocznymi krokami próbuje zmieniać Kościół. Mam cichą nadzieję, że uda Mu się oczyścić Kościół z negatywnych naleciałości, afer pedofilskich i innych nieprzyjemnych historii... Ciekawa jestem, czy Jego koncepcja Kościoła ubogiego (praca na rzecz najuboższych, wyrzeczenie się zbędnych bogactw) ma szansę przetrwać obecnie i w nadchodzącej przyszłości.

Autor, Nello Scavo (reporter i dziennikarz śledczy) opisuje, jak ciężko było dotrzeć do osób, które mogły opowiedzieć coś o działalności znanego obecnie wszystkim jezuity. Nikt nie ułatwiał mu pracy. A chodziło głównie o to, że przyjaciele papieża milczeli, żeby nie potwierdzić podejrzeń, że przez nich Bergoglio próbuje manipulować na swoją korzyść faktami sięgającymi lat dyktatury (s.17).

Autor dokonuje swoistych rekonstrukcji dni, w których Bergoglio wymyślał sposoby unikania kontroli, gubienia policji. Wszystko po to, by ludzi skazanych na zamordowanie, po kryjomu przeprowadzić na drugą stronę granicy, całych i zdrowych.

Były to bestialskie czasy, kiedy Dyktatura mordowała wielu niewinnych ludzi. Kiedy nawet rodziny bywały podzielone, a niektórzy dostojnicy kościelni popierali reżym. Rozdział dotykający tej problematyki mocno mnie poruszył - no bo jak, księża i zabijanie? W głowie mi się to nie mieści. Wielu kapłanów oskarżono później o współpracę z siłami represyjnymi (zarzucano im współudział w aresztowaniu niewinnych osób). Do Watykanu docierały wieści o tych aktach terroru, ale w rozmowie z papieżem Pawłem VI arcybiskup Plaza wyrzekł się tego, zarzucając "informatorom" kłamstwo.

W drugiej części omawianej tu książki zamieszczone zostały historie kilkunastu ocalonych przez papieża Franciszka. Z relacji wyłania się obraz sprytnego jezuity, który stworzył swoistą "siatkę" wsparcia. Nikt nie wiedział, że należy do "systemu Bergoglio", bo każdy robił pojedynczą rzecz, o którą poprosił argentyński prowincjał. Podział funkcji - to było clou działań.

Autor dotarł do dokumentów, z których jasno wynika, iż obecny Papież nie był w żaden sposób powiązany z reżymem. Co więcej, istnieje wiele świadectw, świadczących o tym, że ksiądz Jorge udzielał pomocy ludziom prześladowanym przez juntę. Czy mógł zrobić coś więcej - jeden z bohaterów odpowiada:
Był prowincjałem jezuitów, nie supermanem. Na ile wiem, zrobił wszystko, co mógł. A nawet więcej. (s. 115)

To lektura krótka, acz przejmująca. Jest wspaniałym świadectwem nie tylko wiary, ale także człowieczeństwa. Uświadamia nam, że nasz Papież nie przyjął żadnej "pozy", o co niektórzy Go oskarżają, lecz zawsze był taki: czuły, opiekuńczy, niosący pomoc potrzebującym. Oby Jego pontyfikat trwał jak najdłużej. Niesie bowiem ze sobą ożywczy powiew świeżości w nieco zatęchłych zakamarkach chrześcijaństwa...

* Krótka lekcja historii: Działano pod pretekstem rozpoczęcia procesu reorganizacji narodowej. Wojskowa junta usunęła prezydent Isabelitę Peron, parlament został rozwiązany, a członkowie Sądu Najwyższego - usunięci. Wojskowi ogłosili stan wyjątkowy, uchylając prawa zawarte w konstytucji. Zakazano działalności związków zawodowych, gazety były kontrolowane, a politycy i aktywiści społeczni - zostali zamknięci w więzieniach. Tortury były sposobem na uzyskiwanie informacji. W czasach dyktatury próbowano za wszelką cenę zmusić do milczenia tę część Kościoła, która postanowiła nie klękać przed mundurami generałów (s.26).

Polecam!

Ocena: 5/6

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego serdecznie dziękuję portalowi Sztukater oraz Wydawnictwu "Jedność"

Grubość książki: 1,80 cm

środa, 26 lutego 2014

Artur Barciś, Marzanna Graff, Rozmowy bez retuszu

W wywiadzie prowadzonym przez Marzannę Graff - pisarkę, scenarzystkę, a także aktorkę - Artur Barciś oprowadza nas po historii swojego życia. Cofa się we wspomnieniach do trudnych lat dzieciństwa. Spora część owych trudności brała się z choroby ojca oraz... skromnych "gabarytów" pana Artura. Postura nie działała na jego korzyść - początkowo spotykał się z manifestowaniem siły przez "większych" i silniejszych, później wielu nauczycieli uznawało ją (tę posturę) za mało "aktorską". Były to bowiem czasy, w których do szkół teatralnych/filmowych przyjmowano wysokich, przystojnych mężczyzn, a pan Barciś nie wyglądał nawet na swoje lata!

 Z rozrzewnieniem wspomina aktor swoje początki na scenie, pierwsze występy recytatorskie i pierwsze wygrane. Jak się okazało podczas lektury, niewiele wiedziałam o panu Arturze Barcisiu. Kojarzyłam go co prawda z kultowego sitcomu "Miodowe lata"  (to taki typ rozrywki, przy której cała moja rodzina zaśmiewała się do łez), z "Rancza" (genialna kreacja Czerepacha) czy z flagowego serialu TVP2 - "M jak miłość"; ostatnio widziałam go w cudownym "Braciszku", ale ponad to - niewiele o nim wiedziałam.

Dzięki "Rozmowom bez retuszu" mogłam poszerzyć tę garstkę informacji o wiele nowych szczegółów. I tak między innymi dowiedziałam się, że pan Artur Barciś jako młodzieniec startował w Ogólnopolskim Konkursie Recytatorskim i w 1974 roku wygrał, otrzymując tym samym tytuł Recytatora Roku. Należałoby tu nadmienić, iż w jury zasiadała wówczas sama... Wisława Szymborska. Dedykację w pamiętniku od poetki aktor posiada po dziś dzień.

Zafascynowana wczytywałam się w opowieści o szkole średniej i perypetiach maturalnych oraz egzaminach na studia. Trzeba przyznać, że pan Barciś przebył długą drogę, od ucznia gnębionego przez silniejszych (w szkole podstawowej), poprzez duszę towarzystwa, kawalarza (w szkole średniej) aż po... uznanego aktora filmowego i teatralnego. Niesamowite, prawda?

Niezwykłe opowieści dotyczą pracy aktora w różnych teatrach. Początkowo w Teatrze na Targówku (1979-1981), później w Teatrze Narodowym (1982-1984), a od 1984 r. w Teatrze Ateneum. Z sentymentem wspomina pan Artur dawne kreacje oraz spotkania z twórcami polskiego teatru i kina.

Z "Rozmów bez retuszu" wyłania się obraz aktora niebanalnego, znającego własną wartość. Człowieka, który nie boi się iść ścieżkami innymi niż ogół. Wyłania się także obraz człowieka niezwykle ciepłego, uprzejmego. Pan Artur potrafi pięknie opowiadać o ludziach, z którymi przyszło mu współpracować. Wspomina ich miłym słowem, a jeśli już ktoś "zalazł mu za skórę" - to wspomina o istnieniu jakiegoś pana X, ale nigdy nie podaje personaliów. Piękne, godne naśladowania zachowanie!

W moim odczuciu pan Barciś to aktor "kompletny", znający smak zarówno zwycięstwa, jak i porażki. Występowanie na deskach wielu teatrów pozwoliło mu zdobyć "warsztat", tak bardzo przydatny w latach, kiedy rozpoczynał karierę telewizyjną.

Do tej pory bardzo lubiłam pana Artura, ale po tej lekturze mam ochotę przyjrzeć się bliżej jego filmografii. Oglądałam na przykład niektóre części "Dekalogu" Kieślowskiego (lata temu!), ale nie potrafię sobie przypomnieć obecności pana Barcisia w tych filmach. Koniecznie muszę nadrobić braki.

Wspaniałe wydanie, w twardej oprawie z bardzo charakterystycznym zdjęciem aktora. Odnoszę wrażenie, że z okładki spogląda na mnie prawdziwy człowiek. Mierzy mnie spojrzeniem tak przejmującym, że nie umiem oderwać od niego wzroku. Wywiad został poprowadzony w taki sposób, że wydawało mi się, iż przebywam w tym samym pomieszczeniu i przysłuchuję się rozmowie dwójki znajomych. Dodatkowo książka opatrzona jest ogromną liczbą fotografii, co uprzyjemnia lekturę.

Serdecznie polecam!

Ocena: 5/6

Za udostępnienie egzemplarza recenzeckiego uprzejmie dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu M ;-)


Grubość książki: 2,20 cm

poniedziałek, 24 lutego 2014

Anna Ficner-Ogonowska, Szczęście w cichą noc

Liczyłam, że skoro "Szczęście w cichą noc" jest dodatkiem do trylogii, to będzie to książka z przytupem. Że zostanę zaskoczona, wbita w fotel, powalona na łopatki rozgrywającą się akcją. A tu taki... pogrom. Trzymając tę króciuchną powieść w dłoniach, zastanawiałam się, co też takiego ciekawego zaserwuje nam autorka. Najciekawsze okazały się... przepisy kulinarne zamieszczone na końcu...

Spotykamy wszystkich bohaterów, znanych nam z wcześniejszych książek pani Ficner-Ogonowskiej. Hania nadal jest idealną istotą, która cudownie gotuje, wybacza i nawet w ciąży wzbudza zainteresowanie swojego męża, Mikołaja. Prowadzi magiczny zeszycik, w którym zapisuje różne mądrości, przepisy - no coś takiego, tak jakby żadna z nas czegoś takiego nie prowadziła! Wszystko jest idealne - nawet przygotowania przedświąteczne, które większości kobiet kojarzą się z rozstrojem nerwowym, notorycznym brakiem czasu i zaparowanymi oknami w kuchni - w świecie wykreowanym przez autorkę. Ta opowiastka ocieka lukrem nie mniej niż różne hollywoodzkie filmy klasy B. A co za dużo, to niezdrowo. Tak cudowne święta chyba rzadko się zdarzają, a jeśli już - to są takie z perspektywy dzieci, a nie dorosłych, twardo stąpających po ziemi ludzi...
Wiem, czytałam tę książkę nie wtedy, kiedy trzeba - bo już po świętach. Może to wpłynęło na mój odbiór tej idyllicznej historii.

Jeżeli za mało Wam lukru w lukrze, to zerknijcie sobie do "Szczęścia w cichą noc", ale ostrzegam - robicie to na własną odpowiedzialność.


Grubość książki: 1,80 cm

niedziela, 23 lutego 2014

Język ojczysty - godny naszej uwagi

Jak zwykle... obudziłam się z ręką w ... No, sami wiecie w czym. Ale to przez to, że w piątek po pracy byłam wyczerpana i jakoś tak wyszło, że mej uwadze umknęło baaardzo ważne wydarzenie - Dzień Języka Ojczystego. Owo święto ma na celu ochronę różnorodności językowej jako dziedzictwa narodowego. W przypadku naszego języka - ochronę przez zalewem między innymi zwrotów anglojęzycznych. Dlatego mam mały apel - dbajmy o nasz język, wertujmy od czasu do czasu słowniki, by pewne słowa nie wypadły z obiegu. Przecież nasz język jest taki piękny!

A propos kwestii językowych - nie wiem, czy powinnam się przyznawać, ale w moim domu najczęściej jest tak, że to mąż poprawia mnie, a nie ja jego. Choć ponoć w szafie mam schowany dyplom ukończonych studiów polonistycznych... Cóż, życie :P

I jeszcze jedna tycia anegdotka: pamiętam, jak w czasach gimnazjalnych pani polonistka wbijała nam do głów, że mówi się "wziąć" a nie "wziąść" i od tamtej pory namiętnie poprawiam rodzinkę i znajomych. Aż do znudzenia. Innym błędem językowym było to, że przez sporą część swojego życia mówiłam "salseson" (!!!) - tak, wiem, możecie się śmiać. Poznanie poprawnej formy było dla mnie szokiem... A Wy jakie mieliście perypetie językowe? Ciekawa jestem ogromnie :-)


Serdecznie polecam Wam stronę: www.jezykojczysty.pl