sobota, 31 maja 2014

Spotkanie autorskie z... OLGĄ TOKARCZUK

W dniu wczorajszym miałam przyjemność uczestniczenia w spotkaniu autorskim z panią Olgą Tokarczuk, wybitną polską pisarką, prozaiczką, autorką wielu prestiżowych nagród - m.in. Nike (2008 r.) za powieść "Bieguni". Jej najbardziej rozpoznawalne książki to "Prawiek i inne czasy", "Dom dzienny, dom nocny" oraz "Bieguni". Spotkanie poprowadził Bartosz Walat z kędzierzyńskiego Radia Park Fm.

Jako powieściopisarka zadebiutowała w 1993 roku, więc - jak sama opowiadała podczas spotkania - miała okazję przyglądać się zmianom na polskim rynku wydawniczym.

Pani Olga bardzo ciekawie opowiadała o różnych kwestiach związanych z tłumaczeniami jej książek oraz o współpracy z tłumaczami - jak się okazuje różnice światopoglądowe, kulturowe czy klimatyczne (dana roślina może nie rosnąć w innym kraju) są czasem tak wielkie, że niejednokrotnie pytania od tłumaczy wbijały ją w fotel.

Autorka wprost i "bez ściemy" zauważyła, że obecnie na rynku wydawniczym brak dobrych powieści w stylu "Anny Kareniny" czy "Wojny i pokoju". Ze smutkiem muszę się z nią zgodzić. Takich "monumentalnych" książek obecnie w zasadzie brak, chociaż wydawnictwa zalewają nas ogromem nowości i bestsellerów, to daleko im do "klasyki"... Olga Tokarczuk stwierdziła również, że obecnie pojawia się sporo książek, w których autorzy traktują tylko o... sobie. Czym się zajmowali, gdzie byli, jakie przygody przeżyli - ale czy zawsze jest to aż tak interesujące?

Smutna rzecz jest taka - to kolejna z kwestii poruszonych podczas spotkania przez panią Olgę - że pisarze w naszym kraju nie są konkretną grupą zawodową, więc wszelkie sprawy związane z ubezpieczeniem czy składkami na emeryturę muszą załatwiać we własnym zakresie. Ponoć kiedyś pani Olga poszła do banku, żeby wziąć kredyt. Kiedy powiedziała, że jest pisarką (no bo padło pytanie, z czego się utrzymuje) - została wyśmiana... Dlatego śmiała się, że chętnie przyjęłaby kolejną nagrodę NIKE, bo z wygranych pieniędzy mogłaby utrzymać się przez dłuższy czas.

Usłyszeliśmy również, jak wygląda obecnie współpraca z wydawnictwami - bardzo często jest to praca w kieracie, bo co rok lub dwa lata należy mieć napisaną nową powieść (jeśli jest się już poczytnym autorem). Pani Olga trochę zazdrości Niemcom, bo tam ta współpraca jest na bardzo wysokim poziomie (bardzo dokładnie zaplanowane trasy promocyjne książki, do tego stopnia, że autor może jechać w nie ze swoją rodziną) i tam pisarze, poeci to konkretny zawód (doceniany jako "dobro kultury"). Niestety zanim takie podejście będą mieli polscy urzędnicy... ach, szkoda gadać.

Jeden z czytelników pokusił się o stwierdzenie, że widzi pewne podobieństwo książki "Prawiek i inne czasy" do "Stu lat samotności", co autorka przyjęła z uśmiechem, czując się zaszczycona takim porównaniem.

Na koniec mogliśmy dowiedzieć się, czym obecnie zajmuje się pani Olga - kończą się prace nad jej najnowszą książką pt. "Księgi jakubowe" (nie jestem pewna, czy dobrze zapisałam tytuł) - czyli kontrowersyjną powieścią historyczną.


Oczywiście udało mi się zdobyć autograf, z czego jestem ogromnie zadowolona:



Ps. Naprawdę fantastyczna z pani Olgi kobieta, sympatyczna, wzbudzająca zaufanie i chęć podyskutowania o literaturze... :D

piątek, 30 maja 2014

Sara Connell, Surogatka. Jak moja mama urodziła mi syna

Bycie matką to najprawdopodobniej najpiękniejsze uczucie na świecie. Piszę najprawdopodobniej, bo sama jeszcze nie dostąpiłam tego zaszczytu. Niektóre z kobiet zostają matkami nieoczekiwanie, a ich dzieci są wynikiem radosnych igraszek. Inne w sposób planowy i systematyczny przygotowują się do macierzyństwa. Jeszcze inne - ogromnie pragną go doświadczyć/doświadczać, ale z różnych powodów medycznych nie jest im to dane. Mają problemy z samym zajściem w ciążę, a jeśli już się im to uda (nierzadko z "laboratoryjną" pomocą), to miewają trudności z tzw. "donoszeniem" ciąży. Właśnie do tej ostatniej grupy należy Sara Connell, autorka książki "Surogatka. Jak moja mama urodziła mi syna".

Sara i jej mąż Bill przez siedem lat starali się o dziecko. Przeszli wyboistą drogę, naznaczoną trudnościami, ćwiczeniem cierpliwości i wielokrotnie... łzami. Początkowo pomocy szukali w akupunkturze, a gdy ta nie przyniosła oczekiwanych efektów, zdecydowali się na proces sztucznego zapłodnienia - przeszli aż siedem jego cykli! Los doświadczył ich boleśnie: przeżyli jedno wczesne poronienie, a później - gdy Sara była już w piątym miesiącu kolejnej ciąży - stracili dwoje bliźniąt. To odcisnęło ogromne piętno na kobiecie, która po tych smutnych doświadczeniach stała się bardzo nieufna i bojaźliwa.

Sara Connell opisuje swoją trudną i żmudną drogę do macierzyństwa. Aby czytelnicy w pełni mogli pojąć "cud", który się przydarzył jej i jej mężowi, nie stroni od opisu swoich relacji z mamą, z rodzicami - które przez pewien czas nie były natchnione miłością i zrozumieniem. Sara w wyniku pewnych przeżyć odsunęła się od rodziców i utrzymywała z nimi jedynie kurtuazyjny kontakt. Tym bardziej zadziwia fakt, że jej własna matka zdecydowała się zostać surogatką - w wieku prawie sześćdziesięciu lat!

Wiele wspomnień autorki przepełnionych jest tym, czym zajmuje się ona na co dzień - tworzeniem "wizualizacji" własnego życia (Sara jest trenerem rozwoju osobistego, prowadzi szkolenia dla kobiet). Sporo uwagi poświęca refleksologii i technikom medytacyjnym. Przyznam szczerze - do wszystkich tych fragmentów książki byłam uprzedzona. Chyba jestem małostkowa: nie podoba mi się coś, czego tak naprawdę nie znam. Źle to o mnie świadczy... ale mówię, jak jest.

Pokuszę się o refleksję - uważam, że książka mogłaby być o 1/3 krótsza. Autorka wiele razy niepotrzebnie - moim zdaniem - skupiała się na opisach otaczającego ją świata, próbując opóźnić właściwy tok narracji. Czy naprawdę w całym tym zamieszaniu pamiętała, jaka była w danym dniu pogoda? Albo kto był jak ubrany? Szczerze w to wątpię. A ja przecież chciałam wiedzieć, co działo się dalej. Sara skupiała się na opisach wystroju wnętrz, architektury czy pogody, a ja naprawdę nie o tym chciałam czytać. Ten element książki bardzo mnie drażnił. Poza tym język lektury jest prosty, a całość czyta się płynnie.

Nie potrafię podjąć się oceny sytuacji opisanej w książce. Jestem świeżo po lekturze "Faktury na zabijanie" Terlikowskiego i na kwestię zapłodnienia in vitro patrzę teraz z innej perspektywy. Jednak historia Sary i jej męża Billa zmusza do zastanowienia - co my byśmy zrobili na ich miejscu? Całkiem zrezygnowali z posiadania potomstwa? Zdecydowali się na trud życia rodziny zastępczej lub adopcyjnej? Na te pytania nie ma łatwej i jednoznacznej odpowiedzi.

Spoilerem nie będzie informacja (w kontekście okładki i kilku zdjęć wewnątrz książki), że w końcu Sarze i Billowi udało się zostać rodzicami. Cała fabuła prowadzi nas do tego szczęśliwego momentu. Ramy książki wypełniają opisy walki o rodzicielstwo, ból i rozpacz po nieudanych próbach... Wspaniałe jest to, że Sarze udało się odbudować relację z własną matką - zżyły się ze sobą i więź między nimi jest teraz niezwykle silna. To pokazuje, jak wielka siła tkwi... w rodzinie.

Abstrahując od filozofowania, czy Sara i Bill podjęli słuszną (pod względem etycznym) decyzję, czy też nie, jest to opowieść o tym, że warto mieć nadzieję...

Zainteresowanych tematem odsyłam na stronę: http://www.saraconnell.com


Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu Nasza Księgarnia


Grubość książki: 2,40 cm


środa, 28 maja 2014

Jeannette Kalyta, Położna. 3550 cudów narodzin

"Żyję z seksu i pracuję na telefon" - tak sama o sobie mówi Jeannette Kalyta, autorka książki "Położna. 3550 cudów narodzin".

Ostatnio mam szczęście do książek - trafiam na same wartościowe "perełki". O "Położnej..." gdzieś kiedyś przeczytałam i zamierzałam zabrać się za nią w niedalekiej przyszłości, ale w mojej bibliotece udało mi się szybko wskoczyć w kolejkę oczekujących na tę książkę i już - już jestem po lekturze. Cóż na początek mogę powiedzieć? FANTASTYCZNA. Ogromnie cieszę się, że przeczytałam tę książkę teraz. Choć nie jest to poradnik - wiem już, czego mogę się spodziewać, a czego mogę wymagać na oddziale położniczym.

"Położna. 3550 cudów narodzin" to autobiograficzna historia Jeannette Kalyty - znanej wielu jako "położna gwiazd'. Przyznam się bez bicia, że nie kojarzyłam wcześniej tej pani, która od ponad 25 lat jest położną i która przyjęła (a nie "odebrała" jak to się czasem mówi - wszak odebrać można życie, a poród się "przyjmuje") ponad  trzy tysiące porodów. Dopiero po przekopaniu połowy internetu dotarłam do reklamy pewnego środka służącego do higieny intymnej i przypomniałam sobie, że dziwiło mnie imię i nazwisko osoby polecającej ten specyfik. To była właśnie pani Jeannette Kalyta. W swoim środowisku znana jest jako propagatorka rodzenia po ludzku, z pełnym zrozumieniem wobec kobiety mającej wydać na świat potomstwo.

Z książki przebija obraz powoli zmieniającego się położnictwa w Polsce. Był to proces podobny do porodu - rodził się wolno i w bólach... Często bywało tak, że szpitale były już zaopatrzone w odpowiednie sprzęty, ale... mentalność lekarzy i położnych nie nadążała za zmianami. Zdarzało się i tak, że problemem była na przykład przełożona położnych, która celowo utrudniała pracę autorce. J. Kalyta z czasem została doceniona za pracę na rzecz rodzenia po ludzku i to powodowało w środowisku zawiść. Oto Polska właśnie.

Pani Kalyta opisuje swoje doświadczenia w pracy położnej. Niektóre są przerażające, inne zabawne, jeszcze inne powodują „pocenie się oczu”. Widać, że praca jest jej powołaniem. Trochę trwało, zanim zrozumiała mechanizmy rządzące szpitalami (oddziałami położniczymi w połowie lat ’80), ale nie chciała zgadzać się z nimi. I już na swoim pierwszym dyżurze w pracy sprzeciwiła się powszechnie obowiązującym  regułom, kładąc dziecko na brzuchu matki (zaraz po urodzeniu).

Autorka odczarowuje poród z mitów, których wszędzie pełno. Uświadamia, że ból to "standardowy" towarzysz przyjścia na świat nowej istoty. Pani Jeannette pomaga go oswoić... Pokazuje, jakie zmiany dokonały się na przełomie ostatnich 20-30 lat w polskim położnictwie.

Obecnie czasy są inne, ojcowie są bardziej uświadomieni. Mają więcej przywilejów. W połowie lat osiemdziesiątych mogli tylko pomarzyć o tym, że wejdą do sali zaraz po porodzie, by obejrzeć dziecko, a co dopiero, by w tym porodzie uczestniczyć. Prawda jest też taka, że ówcześnie położne nie miały dobrego PR-u - rodziło się wtedy mnóstwo dzieci (wyż demograficzny), one same bywały przemęczone, a co za tym idzie - złe i niemiłe. Ileż opowieści krąży o wrednych położnych... Moja Mama zaraz po przybyciu do szpitala również od jednej z nich usłyszała: "Boże, kolejna do rodzenia?".

Oprócz zwykłych czy niezwykłych porodów, pani Kalyta ma również do czynienia z zabawnymi historiami. Pozwolę sobie przytoczyć tu jedną. Na oddział została przyjęta pani, która była dziewicą oraz... mężatką od czterech lat. Autorka zapytała więc męża, czemu nie zgłosili się do ginekologa na przecięcie błony dziewiczej:

- Moja żona miałaby stracić dziewictwo z innym mężczyzną?! Chyba pani żartuje - odburknął niemiło.
- Trzeba było pójść do kobiety - zasugerowałam.
- Jeszcze gorzej - odparł. - Żaden zabieg nie wchodzi w grę. Zdecydowaliśmy, że najlepiej będzie, jak się to stanie przy porodzie. Poza tym zawsze możemy powiedzieć, że syn się urodził z matki dziewicy, jak Jezus. (s. 260)

Wiele podobnych historii w trakcie rodzinnych ploteczek opowiada i opowiadała mi moja własna Mama. Jak na przykład opowieść o kobiecie, która leżała w pokoju razem z Mamą i również czekała na rozwiązanie. Tyle, że miała naprawdę ogromny brzuch. Mama próbowała żartować, że na pewno będą bliźniaki, ale pani zarzekała się, że nie - że jest po badaniach i czeka na JEDNO dziecko. A że były to czasy, kiedy USG nie było standardem, to nic nie powinno nas zdziwić. Nadszedł czas porodu. Siłami natury owa pani wydała na świat jedno dziecko (płci niestety nie pamiętam), no i już zespół był przygotowany na to, by kończyć... ale ta pani stwierdziła, że coś jej nie pasuje, coś jakby się w niej jeszcze rusza. Więc lekarz podszedł i dosłownie położył się na jej brzuchu... po czym na świat przyszło KOLEJNE dziecko... Mąż był w takim szoku, że po przyjściu w odwiedziny do żony prawie zaraz wyszedł, bo stwierdził, że "to drugie" na pewno nie jest jego... Dalszej historii niestety nie pamiętam, ale do dziś napawa mnie ona przerażeniem. 

Książka ogromnie przypadła mi do gustu, urzekła mnie historiami porodów, "ludzkim" podejściem do tematu (bez nadmiernego epatowania medycznym słownictwem). Ta ciepła opowieść zawierająca przedziwne historie z sal szpitali położniczych, Domów Narodzin czy zwykłych domów co najmniej kilkukrotnie doprowadziły mnie do płaczu (również płaczu ze śmiechu;)). Autorka - jako doświadczona położna - dowodzi, że nie ma dwóch identycznych porodów. Każdy jest indywidualnym i mistycznym przeżyciem. Cieszę się, że przeczytałam tę książkę już teraz, pomimo że doświadczenie macierzyństwa jest - mam nadzieję - wciąż przede mną...

Grubość książki: 2,40 cm

wtorek, 27 maja 2014

Agnieszka Kaluga, Zorkownia


Jakoś tak się złożyło, że dzień po dniu przeczytałam dwie niezwykle trudne, wartościowe książki. Tego typu lektury pozwalają mi otrząsnąć się z marazmu negatywnego myślenia czy użalania się nad sobą. "Zorkownia" na nowo pomogła mi ustawić hierarchię rzeczy ważnych i ważniejszych. "Zorkownia" to nie tylko tytuł książki, to również nazwa bloga, którego prowadzi Agnieszka Kaluga. Po niezwykle trudnych doświadczeniach we własnym życiu, autorka postanowiła użyć swoich sił w wolontariacie - wybrała jego najcięższy kaliber: wolontariat w hospicjum palium.

To przejmująca opowieść o cierpieniu, bólu, stracie, nad którymi nie da się przejść do „porządku dziennego”. Autorka jest - jak wspomniałam -  wolontariuszką w hospicjum. Na co dzień spotyka się z chorymi, w większości przykutymi do łóżek. Pomaga im być w tych dniach, które dla większości z nich są ostatnimi dniami życia. Jakie pokłady ciepła, serdeczności, wewnętrznej siły trzeba mieć w sobie, by być dla tych ludzi wsparciem? Czasem potrzebny jest dotyk, pogłaskanie, podanie szklanki wody, innym razem - wystarczy samo przebywanie, bycie obok - chociaż może nie tyle obok, ile z tymi ludźmi. Autorka uczy się tam, jak z nimi pomilczeć, jak im pomóc (by ulżyć w cierpieniu).

Uczę się dopiero rozmawiać, denerwujące napięcie, 
że muszę mówić, zagadać cierpienie.
Nauka milczenia o niebo trudniejsza. (luty 2010)

To książka, której nie da się streścić. No bo jak w skrócie opisać ból, cierpienie i ostatnie godziny życia tak wielu ludzi.

- Nie można płakać po dziecku. Słyszałam, że potem
dźwiga na ramionach dzbany pełne łez i nie może
przez to odejść do nieba. Więc nie płakałam. (marzec 2010)

Widzę, że ból przeszedł. Odczuwanie bólu jest takie
względne. Sporo zależy od bariery, jaką mu postawimy
sami, od naszego przekonania, że jesteśmy nadal
nad nim, że nas nie topi. Domyślam się jednak, że
przychodzi moment, gdy ból połyka nas wielorybim
brzuchem i powyższe teorie nadają się do kosza. (marzec 2010)

Przed śmiercią nie uciekniemy - tego uczy nas autorka. Jeżeli mamy w sobie pokłady dobrej woli, możemy próbować pomóc tym, którzy powoli zaczynają przechodzić na drugą stronę...

Przed lekturą „Zorkowni” rozmawiałam z pewną panią, która już ją przeczytała. Stwierdziła, że żałuje, iż nie przeczytała tej książki przed śmiercią swojego taty, bo wtedy wiele rzeczy inaczej by zrobiła, spróbowałaby inaczej przeżyć te ostatnie chwile z tatą. Myślę, że te słowa mogłyby zastąpić moją marną recenzję.

Bycie wolontariuszem w hospicjum to naprawdę… wielka rzecz. Ale myślę też, że trzeba mieć wiele hartu ducha i mocne nerwy, by pomagać tym, którym pomóc już się nie da (przynajmniej w głównej kwestii - przedłużenia życia). Autorka sama zmagała się ze stratą córeczki…

Piękny, prosty, ale zarazem niezwykle poetycki język, z bogactwem metafor i krótkimi zdaniami przemawia do mnie, jak mało co. Pani Kaluga w prostych zdaniach potrafi zmieścić taki ładunek emocjonalny, że... wysiadam. To obowiązkowa lektura dla tych, którzy przed śmiercią uciekają i nie chcą pogodzić się z jej nieuchronnością.

To druga pozycja wydana przez ZNAK, o trudnej, bolesnej tematyce. Była "Chustka", teraz jest "Zorkownia", obydwie wydane w dosyć niecodzienny sposób, bez podania numerów stron. To uświadamia nam, jak błahe są niektóre sprawy w obliczu śmierci...

Na koniec muszę się do czegoś przyznać - początkowo oceniłam książkę po okładce i jakoś tak się złożyło, że nawet nie czytałam jej recenzji. Dopiero po jakimś czasie przypadkowo trafiłam na nią i... nie mogłam się oderwać. Tak więc w tym przypadku sądzę, że okładka jest nieco myląca, ale w zasadzie... taka dająca nadzieję?

Polecam wszystkim, bez wyjątku.


Grubość: 1,60 cm

poniedziałek, 26 maja 2014

Agnieszka Turzyniecka, Dziewczynka z balonikami


Szpital psychiatryczny mało komu kojarzy się pozytywnie. Nie inaczej jest z bohaterką powieści Agnieszki Turzynieckiej pt. "Dziewczynka z balonikami". Ona również spogląda w stronę budynku szpitala z wielką nieufnością...
Marlena, jest młodą Polką mieszkającą od dłuższego czasu w Niemczech. Jest kobietą inteligentną i wykształconą, lecz od wielu lat cierpi na depresję. Leki, które przepisywali jej lekarze, nie działały tak jak trzeba, więc postanowiła sama, z własnej woli udać się na leczenie do szpitala. Marlena wierzy, że uda się jej tam dojść do siebie. Konkretna nazwa choroby uprzykrzającej życie młodej kobiecie to zaburzenia afektywne dwubiegunowe, czyli coś, co większość zna pod nazwą psychozy maniakalno-depresyjnej. Marlenie wydaje się, że nikt (ma tu na myśli lekarzy i pielęgniarki) nie chce jej pomóc, nie widzi poprawy ani sensu dalszego życia, więc… próbuje je sobie odebrać. Zresztą – nie pierwszy raz. To jej sposób radzenia sobie z własnymi myślami, które nie pozwalają jej normalnie funkcjonować i cieszyć się życiem. Choroba uaktywnia się w przypadku Marleny zawsze w jakimś szczególnie trudnym momencie życia.

Bohaterka stopniowo, podczas indywidualnej terapii z lekarzami zaczyna dostrzegać pochodzenie swojej depresji, i – jak to zwykle w takich przypadkach bywa – niebagatelne znaczenie ma dzieciństwo. Trudne relacje w rodzinie, szczególnie na linii matka-córka są przyczyną problemów Marleny. Brak miłości, czułości, zrozumienia, brak pochwał i znikoma ilość czasu spędzanego razem – tak wyglądała dziecięca rzeczywistość bohaterki. Jest ona tak głęboko uwikłana, że lekarz w pewnym momencie orzeka, iż psychicznie jest ona nadal małą dziewczynką. A przecież czas „dojrzeć” i stać się kobietą... Brat przyjeżdżający odwiedzić Marlenę jeszcze bardziej pogarsza sytuację – stwierdza, że powinna przestać „cudować” i wracać do pracy, bo mieszkanie samo się nie opłaci… zero zrozumienia! 

Można odnieść wrażenie, że otoczenie, w jakim przychodzi Marlenie dochodzić do zdrowia, nie służy jej w ogóle. Klimat szpitala, współmieszkańcy, pacjenci tak dalece odbiegają od rzeczywistości, że Marlena czuje się początkowo, jakby trafiła na Księżyc. Dopiero po pewnym czasie dostrzega, że są to „normalni” ludzie – tyle że borykają się z problemami natury psychicznej.

Marlena jest podręcznikowym dowodem na to, że przemoc psychiczna (wyzwiska) mogą zniszczyć człowieka. Brak akceptacji ze strony rodziców – w tym przypadku matki – doprowadza do nieszczęścia. A gdy doda się do tego wiele nieszczęśliwych okoliczności, wszystko się kumuluje i młoda dziewczyna trafia do szpitala psychiatrycznego.

Narracja jest pierwszoosobowa – całą historię poznajemy z perspektywy Marleny. To pozwala nam wczuć się w jej sytuację. Kobieta bowiem dokładnie, ale prostym językiem opisuje to, jak się czuje i jakie zmiany zauważa po kuracji lekami. O ile dobrze pamiętam, to moje pierwsze zetknięcie się z tematyką chorób psychicznych i szpitala psychiatrycznego - od wewnątrz.

Nie można obojętnie przejść obok bohaterki i jej historii. Ja przynajmniej nie umiem – książka poruszyła mnie do głębi. Podziwiam Marlenę za to, jak wciąż na nowo próbowała walczyć ze swoimi demonami - ona najzwyczajniej w życiu walczyła o swoją "normalność". Depresja jest niestety chorobą naszych czasów, więc brawa dla autorki za odwagę i chęć poruszenia tego trudnego tematu.

Wyraziście nakreślona została również postać matki oraz – w mniejszym stopniu – brata. Oboje wzbudzali we mnie niepohamowaną złość. Jak można tak uogólniać i spłaszczać problemy bliskich? Miałam ochotę potrząsnąć nimi. Kreacje bohaterów, ukazanie odczuć bohaterki oraz rzeczywistość świata przedstawionego zostały odtworzone tak realnie, że miałam wrażenie, jakbym słuchała opowieści, która wydarzyła się naprawdę na przykład mojej sąsiadce czy koleżance z pracy... Za ten realizm - wielki szacunek dla autorki.

To, co podniosło mnie na duchu to… zakończenie. Jego pozytywny, ale nie lukrowy wydźwięk pozwala mieć nadzieję, że „najlepsze wciąż przed nami”:

Wierzę, że wszystko w życiu ma jakiś cel. Wierzę, że we wszechświecie jest równowaga. Jeśli coś się wznosi, to musi też opaść. Jeśli coś opada, to musi powstać. Najlepsze wciąż przed nami. (s. 174)

Polecam serdecznie - "Dziewczynka z balonikami" to lektura poruszająca najczulsze struny, uczulająca na drugiego człowieka i jego potrzeby. Otwierająca oczy na wiele spraw...


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję portalowi SZTUKATER
oraz Wydawnictwu Szara Godzina 





Grubość książki: 1,40 cm

czwartek, 22 maja 2014

Historia ludzi. Historia dla ludzi. Krytyczny wymiar edukacji historycznej

Według Rolanda Meighan'a szkoła jest w pewien sposób "miejscem nawiedzonym", w którym uczniowie oraz nauczyciele obcują z "duchami" - przodków, autorów książek itd. W przypadku edukacji historycznej wpływ owych "duchów" jest największy i najbardziej odczuwalny. Uczniowie korzystając z podręczników, przerabiają materiał według określonych tematów, a te z kolei wybierane są (oprócz "kanonu") spośród zainteresowań autorów. I wtedy często mamy do czynienia z subiektywnym oglądem historii.

We wstępie autorki zastanawiają się "jakiej historii nam trzeba". Jak jej uczyć, by nie produkować uprzedzeń, nie dyskryminować? Czy ważny jest światopogląd samych nauczycieli historii?

Gdyby zapytać uczniów, o czym jest historia, której się uczą na szkolnych zajęciach, musielibyśmy się przygotować na odpowiedź, że nadal (...) jest to historia konfliktów, wojen i bitew, wielkiej polityki z domieszką kultury, mitologii i legend (...). Szkolna narracja historyczna budowana jest wokół idei wyścigu zbrojeń i wojen, których głównymi bohaterami, uczestnikami oraz ofiarami są... mężczyźni. (s.13)

Autorki pytają, czemu historia nie może być opisywana z perspektywy codzienności, pokoju, z punktu widzenia zwykłych ludzi. Niestety nawet w demokratycznych państwach "obiektywna" wiedza historyczna ma ideologiczne podłoże i jest narzędziem sprawowania władzy.

Edukacja historyczna jest jednym z fundamentów kształtowania nowoczesnego, demokratycznego i pacyfistycznie nastawionego społeczeństwa. (s.16)

Autorki pytają o miejsce i rolę edukacji historii we współczesnej szkole, do dyskusji zaprosiły ludzi nauki, zajmujących się w teorii i praktyce edukacją historyczną. Książka została podzielona na osiem części. Tematyka obejmuje rolę historii w budowaniu tożsamości, przygotowanie nauczycieli, podręczniki czy pozaszkolne formy edukacji. To nie wszystkie zagadnienia omawiane w tej publikacji.

Z ogromnym zainteresowaniem przeczytałam rozdział napisany przez Jana Hartmana pt. "Jak uczyć historii pod naporem reakcji?", w którym tłumaczy, czemu na lekcjach historii nie opowiada się o winach i błędach własnego narodu, lecz o zwycięstwach i walecznych przodkach. Mitologizowanie bohaterów to chleb powszedni na lekcjach historii. J.Hartman pisze:

Patriotą jest człowiek z empatią i krytycyzmem myślący o historii swojego kraju i kochający go, mimo wszystkich tych strasznych rzeczy, których dopuścili się jego przodkowie (...). (s.109)

Godny uwagi jest także rozdział "Historia u źródeł interpretacji i analizy literatury i sztuki", a także ten traktujący o tym, czego historia nie naucza. Autorzy pokusili się nawet o ocenę podręczników szkolnych (do nauczania historii) z drugiej połowy ubiegłego wieku i wpływie ideologii na treść przekazu.

Praca zbiorowa pod redakcją Iwony Chmury-Rutkowskiej, Edyty Głowackiej-Sobiech oraz Izabeli Skórzyńskiej zawiera ogrom refleksji dotyczących problemów w nauczaniu historii we współczesnej Polsce. Edukacja historyczna jest swego rodzaju trzonem świadomości narodowej. To, jak - przykładowo - spoglądamy na konflikty dotyczące naszych sąsiadów w Europie, w dużej mierze zależy od tego, jaką mamy o nich wiedzę historyczną. Z wielu artykułów zawartych w tej książce przebija bardzo wyraźna wskazówka, kierowana w szczególności do pedagogów: nie można nauczać historii "w zawieszeniu", bez kontekstu (kulturowego, społecznego itd.). To właśnie ów kontekst często pomaga w zrozumieniu różnych kwestii.

"Historia ludzi. Historia dla ludzi. Krytyczny wymiar edukacji historycznej" to lektura naukowa, w której dominuje język takiego właśnie dyskursu. Jednak osobom zafascynowanym tematyką związaną z edukacją historyczną z pewnością nie przysporzy problemów. To typ publikacji niezbędnej w moim odczuciu podczas studiów na kierunkach historycznych. Gdyby nie to, że już jest po studiach, poleciłabym tę książkę mężowi przyjaciółki - historykowi właśnie.

Drobna uwaga w stronę Oficyny Wydawniczej "Impuls": warto zwrócić uwagę na sposób klejenia tak grubych książek - marginesy wewnętrzne mogłyby być większe, ułatwiłoby to czytanie szczególnie od połowy książki (trzeba pomagać sobie obiema rękami, co mnie osobiście wyprowadzało z równowagi). To jednak tylko kwestia techniczna, pod względem merytorycznym nie mam publikacji nic do zarzucenia.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Oficynie Wydawniczej "Impuls"


Grubość książki: 4 cm