piątek, 6 czerwca 2014

Raimund von Helden, Zdrowie w 7 dni. Sukces terapii witaminą D

Czy wiecie, że już Hipokrates zalecał codzienne kąpiele słoneczne?

Witaminę D nasz organizm wytwarza, gdy korzystamy z dobrodziejstwa promieni słonecznych. Ale czy zdajemy sobie sprawę, jak ważna jest ta witamina? Jakie procesy reguluje w naszym ciele i co zaczyna się w nim dziać, gdy jej zabraknie? Raczej się nad tym nie zastanawiamy, a szkoda. Mieszkamy w takiej, a nie innej strefie klimatycznej, stąd też (oprócz wiosny i lata) jesteśmy narażeni na niedobór wyżej wspomnianej witaminy. Jakie są pierwsze objawy? Chroniczne zmęczenie, osłabienie czy "zwykły" ból głowy. Jednak, gdy ten stan utrzymuje się dłużej, możemy nabawić się cukrzycy, osteoporozy lub nadciśnienia.

Raimund von Helden jest lekarzem, który w trakcie swojej praktyki zorientował się, że większość jego pacjentów ma niedobory witaminy D. W zasadzie doszedł do tego przez przypadek - postanowił zlecić pewnej pacjentce badanie poziomu witaminy D we krwi. Wynik okazał się zaskakujący: poziom był zatrważająco niski (poniżej tzw progu mierzalności, czyli 7 ng/ml). Doktor postanowił wprowadzić ową witaminę do terapii i stan zdrowia pacjentki uległ znacznej poprawie. Z czasem okazało się, że takich pacjentów jest więcej. Opracował więc prostą metodę przywracającą zdrowie.

"Zdrowie w 7 dni..." to kolejna pozycja w mojej "zdrowotnej" biblioteczce. Publikacja ta zawiera bardzo szczegółowy opis terapii witaminą D. Autor postanowił zamieścić w niej także informacje dotyczące wartości tej witaminy zależne od określonych miesięcy w roku (wyżej wspominałam o "dostępności" promieni słonecznych). Warto mieć jednak na uwadze pewien fakt: najpierw należy przeprowadzić test pozwalający określić poziom witaminy D w organizmie, a dopiero potem można zająć się leczeniem. W tym poradniku można znaleźć informacje, jaką zawartość witaminy D mają poszczególne produkty spożywcze, a także jak wiele dostarczą nam jej promienie słoneczne.

Jeden z rozdziałów książki traktuje o konkretnych osobach, które poddały się terapii witaminą D i w ten sposób pozbyły się wielu męczących przypadłości (od wyczerpania począwszy, a na bólach pleców czy stwardnieniu rozsianym skończywszy). Autor dowodzi, że dzięki osiągnięciu przez pacjentów optymalnego stężenia witaminy we krwi dolegliwości zdrowotne odchodziły w niepamięć "od ręki". Były wśród nich różnego rodzaju alergie, zawroty głowy czy uporczywe migreny. Niestety jest pewien problem z tą witaminą - nie ma dla niej żadnej alternatywy, więc najzwyczajniej w życiu trzeba ją pacjentowi podać: albo w preparatach albo poprzez naświetlanie (które trwa nieco dłużej). Jednak są z tego niewymierne korzyści: ponad 80% pacjentów po kuracji witaminą D zauważało znaczną poprawę zdrowia. Czyli coś jest na rzeczy...

Smutne jest także to, że przemysł farmaceutyczny prawie wcale nie skupia się na tej witaminie, bo jest ona stosunkowo tania, a przecież tam chodzi głównie o zyski...

"Zdrowie w 7 dni. Sukces terapii witaminą D" zawiera także informacje dotyczące suplementacji witaminy D w czasie ciąży oraz optymalny poziom dla dzieci. Książka "Zdrowie w 7 dni..." to publikacja dla tych, którzy przeczuwają, że za ich złym samopoczuciem może stać brak wyżej opisywanej witaminy.



Grubość książki: 0,70 cm

czwartek, 5 czerwca 2014

Michał Ogórek, Polska Ogórkowa. Podręcznik dla wszystkich klas

Całkiem przez przypadek trafiła w moje ręce niezbyt gruba książka pt. "Polska Ogórkowa" autorstwa Michała Ogórka, znanego mistrza dowcipu, elokwencji i ironii, publikującego felietony w "Gazecie Wyborczej". Podtytuł niniejszej publikacji brzmi: "Podręcznik dla wszystkich klas" i - co chyba najciekawsze - książka ta dostała rekomendację od samej pani minister edukacji Joanny Kluzik-Rostkowskiej. "Polska Ogórkowa" to zbiór miniatur, krótkich felietonów, które w zabawny, ironiczny sposób traktują o polskiej absurdalnej rzeczywistości. Autor zaprasza nas na kilkanaście lekcji: języka polskiego, matematyki, historii, religii, geografii czy wychowania seksualnego. Nauczycielem "wspomagającym" jest rysownik Jacek Gawłowski, którego kreska od razu przypadła mi do gustu.

Na okładce można znaleźć takie oto informacje:

Oddajemy Państwu do rąk pierwszy podręcznik
dla wszystkich klas, bez ograniczeń wiekowych.


Zatwierdzam do użytku pozaszkolnego.
Podręcznik wieloletni.

Joanna Kluzik-Rostkowska

Język polski - autor sprawnie i przezabawnie operuje naszym ojczystym językiem, dowodząc na przykład, że niektórzy z nas są czasownikami (są to ci, którzy są zatrudniani nie na stałe, lecz tylko "czasowo";)). 
W rozdziale tym autor analizuje również najpiękniejsze polskie słowa - między innymi słowo PAN/PANI - wszak najważniejszym dobrem narodowym jest... "Pan Tadeusz" - oraz polskie przysłowia. Z inteligentnym humorem naigrywa się pan Ogórek z mody na żeńskie końcówki (ministra Mucha!):

Są przecież słowa wykluczające mężczyzn (...). Mąż żadnej przywódczyni nie może się nazywać "pierwsza dama", ale tylko - co nie jest przecież zbyt eleganckie - pierwszy dam. (s.11)

Języki obce - w tym rozdziale autor rozkłada na czynniki pierwsze naszą znajomość języków obcych oraz opowiada różne zabawne historie związane z różnicami językowymi.

Historia. Rok 1000 - tu zdecydował się Michał Ogórek na formę znaną z gazet - wąskie kolumny z krótkimi wzmiankami na różne - w tym przypadku historyczne - tematy:

Zalew łaciny
Najwyższy czas na podjęcie jakichś prób ochrony naszego języka ojczystego przed naporem łaciny. Niepokój budzi szczególnie to, że wszystkie napisy w Polsce są w języku łacińskim. (...) Bez znajomości tego języka i umiejętności pisania rylcem znalezienie pracy jest obecnie właściwie niemożliwe. (s.20)

Historia najnowsza - tu z kolei wkraczamy na grunt polityki najnowszej. Każdy, kto choć trochę orientuje się w obecnej sytuacji politycznej - uśmiechnie się pod nosem podczas lektury.

Nauka o społeczeństwie - zakres poruszanych tematów jest tu szeroki - od problemów ludności poprzez słabnące poparcie dla świętego Mikołaja czy dylemat z właściwymi podpisami w relacjach telewizyjnych. Pan Michał Ogórek ubolewa tu nad upadkiem autorytetów w Polsce, ale czyni to w sposób przeuroczo inteligentny.

Podstawy przedsiębiorczości - genialny tekst dotyczący wyboru zajęcia na przyszłość:
Jeżeli dziecko jest flegmatyczne, wszystko zostawia zawsze rozgrzebane, nigdy niczego nie kończy, ale zostawia na potem - dobrze się będzie czuło w wymiarze sprawiedliwości. (...) Jeżeli lubi się włóczyć z kolegami po mieście, może pracować w straży miejskiej. (...) Jeżeli dziecko wyciąga nam po cichu pieniądze z portmonetki, a następnie zaraz je gubi, będzie się dobrze czuć w urzędzie skarbowym. (s. 44-45)

Prawo - obrywa się polskiemu sądownictwu, które umarza, zamiast karać... Zdarza się i tak, że część oskarżonych zdąży umrzeć, nie będąc w stanie doczekać się wyroku. Bywa i tak. Satyra na polską rzeczywistość, ukazaną z jej słabostkami i śmiesznostkami.

Powyżej zamieściłam krótkie wzmianki tylko o niektórych rozdziałach. To - w języku kulinarnym - tylko mała przystawka, która ma dać Wam, drodzy czytelnicy, wyobrażenie, jaką lekturą jest zbiór felietonów Michała Ogórka. Całości zresztą i tak nie da się streścić :-). Elokwencja i ironia przebijają w wielu krótkich formach wypowiedzi zastosowanych i prezentowanych w niniejszej książce. 

Gdyby "Polska Ogórkowa" była własnością moją, a nie miejskiej biblioteki, ułożyłabym ją w swojej biblioteczce obok książki pana Jacka Wąsowicza (recenzja TU). Każda z nich z przekąsem przedstawia rzeczywistość nas otaczającą, lecz każdy z autorów robi to z właściwym sobie urokiem...

To książka, podczas czytania której będziecie często sięgać po szklankę z wodą - efekt "suchych zębów" (ze śmiechu) macie gwarantowany!

Jeżeli lubicie od czasu do czasu spojrzeć na polską rzeczywistość z przymrużeniem oka, serdecznie polecam Wam lekturę "Polski Ogórkowej". To podręcznik obowiązkowy! ;-)


Grubość książki: 1,10 cm

środa, 4 czerwca 2014

Dorota Stasikowska-Woźniak, Mandragora

Życie, kochana, pisze takie scenariusze, że nawet najbardziej łzawy serial telewizyjny nie jest w stanie go przebić. (s.233)

Dorota Stasikowska-Woźniak zabiera nas w magiczną podróż do kręgu Mandragory. To grupa istniejąca od wieków w dwunastu krajach, licząca maksimum dwunastu członków, której zadaniem jest czuwanie nad utrzymaniem piękna, harmonii oraz równowagi pomiędzy męskim i żeńskim pierwiastkiem wszechświata. Działa raczej anonimowo, rzadko ingerując w bieg wydarzeń, którym się przygląda. Głównym zadaniem jest przekazywanie wiedzy i doświadczeń kolejnym pokoleniom. Do kręgu Mandragory zostaje zaproszona Ewa, jednak zawsze z przystąpieniem nowej, zaufanej osoby wiąże się to, że dotychczasowy członek grupy dobiega kresu swych dni i wyznacza swojego następcę. Wchodzący musi otrzymać akceptację pozostałych osób. Ewa, zanim dozna wtajemniczenia i stanie się kapłanką Bogini, musi poznać dwanaście osób wchodzących w skład Mandragory i wysłuchać ich - niezwykle barwnych - opowieści. Każda z tych osób reprezentuje inne środowisko - są tam zarówno ludzie ze świata nauki, kultury, mediów czy polityki, ale intrygujące jest to, jak ich losy ciekawie się przeplatają.

Wiele z tych opowieści mogłoby stanowić odrębną formę literacką. Tu jednak łączą się w zgrabną całość. Można w nich odnaleźć elementy czarów, magii, mistyki. Znajdujemy w nich także pełen wachlarz emocji, towarzyszących człowiekowi od zarania dziejów: mamy tu więc szeroko pojętą miłość, ale także zazdrość, zdrady. Nie brak i odważnego seksu. Ewa poznaje tajemnice Mandragory, ale także coś ważnego dla niej samej...  Podczas spotkań z ludźmi należącymi do Mandragory Ewa usłyszy nie tylko ludzkie pogmatwane historie, ale także mądrości życiowe. Ma możliwość przeżycia kilku "żyć" - nasłucha się nie tylko o romansach, trójkątach w związkach, relatywizmie moralnym. Usłyszy także o odwiecznej kobiecej sile i związkach homoseksualnych.

Mamy tu poematy o poszukiwaniu miłości, o ludzkiej psychice, o trudnych życiowych wyborach. A także o obowiązkach, przyjemnościach, zatraceniu się w drugiej osobie. O tym, jak przewrotnie przeplatają się ludzkie losy, a my nie zawsze jesteśmy kowalami własnego losu...

Niektóre z tych historii przypominają nam baśnie znane z dzieciństwa. Inne ubrane zostały w płaszczyk magii i ludowych wierzeń, co czyni lekturę niezwykle zaskakującą. Ewa nie tylko wysłuchuje opowieści, stara się także pytać rozmówców, zdobywać wiedzę. Każda z rozmów jest elementem większej układanki - niczym puzzle łączą się one w jedną całość. Czasem zdarza się, że bohaterowie prawie niezauważenie "przeskakują" z kart jednej opowieści do drugiej.

Autorka porusza szerokie spectrum różnorodnych zachowań i postaw moralnych, starając się wykazać, że w kobietach tkwi ogromna siła... Bohaterowie niejednokrotnie chcą uciec od skostniałych zasad moralnych. Poszukują innego, nowego modelu szczęścia. Historie, których tu wysłuchujemy, otwierają oczy na wiele zjawisk. Każda z osób dzieli się nie tylko z Ewą, ale także z nami swoją mądrością życiową.

"Mandragora" jest dla mnie czymś na kształt przepięknej, barwnej mozaiki, która zachwyca nie tylko jako zgrabna całość, ale cieszy oko i duszę również tymi małymi elementami składowymi, jakimi są tu poszczególne opowieści. To energetyczna powieść, z której każdy może wyciągnąć coś dla siebie. A co wyciągnęłam dla siebie? Niech to pozostanie moją słodką tajemnicą... ;-)

Powieść pani Doroty Stasikowskiej-Woźniak jest także głębokim studium ludzkiej psychiki. Ogromną zaletą powieści jest ogromna ilość mądrych myśli, które skrzętnie sobie notowałam. Oto kilka z nich:

Życie to powieść, która pisze się dla każdego z nas, aż do śmierci. (s. 11)

Każdy ma choć raz w życiu chwilę iluminacji, bliskości, zrozumienia, bycia w nieodgadnionym, niemal dotknięcia istoty rzeczy(...) Wtedy wie, że nawet w słabości, rozgoryczeniu i największym nieszczęściu jest niepokonany. Bo stanowi cząstkę trwającego wiecznie porządku. (s.85-86)

Za hardość i brak szacunku dla autorytetów trzeba płacić (...). (s. 97)

Kto decyduje, jakie są kryteria prawdziwości lub nieprawdziwości czegokolwiek? Każdy z nas może rozważyć to wyłącznie we własnym sumieniu i jeśli sam odczuje potrzebę wartościowania, dokonać wyboru. (s. 195)

Czym gardzisz, po tym poznać, kim jesteś naprawdę. (s. 282)

Opis jednej z bohaterek - Romy, która studiowała polonistykę. Czasem ja sama chyba zachowuję się podobnie:

Zanurzała się w książki cała, wchodziła w nie, zatrzaskując za sobą okładki niczym drzwi, żeby tylko nikt nie podążył tam za nią. I udawała, że przeszłość nie istnieje, a ona jest Anną Kareniną, Małgorzatą, Emmą Bovary albo wyemancypowaną George Sand. Nie chciała dotykać rzeczywistości, bo wiedziała, że tam zawsze czai się niebezpieczeństwo. Chętnie więc oddawała się w ręce tych, którzy wiedzieli, jak go unikać. (s. 29)

I jeszcze jedna myśl dotycząca książek:

Wchodzenie do książek to jak zanurzanie się w czyjeś życie. Wymaga wysiłku i skupienia, może nawet odwagi. Przede wszystkim jednak potrzebna jest chęć poznania. (s. 64)

Autorka ustami tejże bohaterki pyta nas: Jak często konformistycznie poddajemy się społecznym nakazom kultury? (s. 48).

To lektura niejednorodna, która każdego może zaskoczyć i zmusić do refleksji. Nie jest linearna w tradycyjnym znaczeniu - to znaczy Ewa chronologicznie odwiedza poszczególne osoby, wchodzące w skład Mandragory, ale nie jest to typowa powieść z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem oraz frapującą fabułą. Przynajmniej w moim odczuciu. To raczej skarbczyk życiowych mądrości, do których warto wracać...

Grubość książki: 2,70 cm

Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu Burda Książki

wtorek, 3 czerwca 2014

Mark Stavish, Strzeżone sekrety alchemii

Zastanawialiście się kiedyś, czym jest alchemia? Jakąś pradawną, zapomnianą już dzisiaj magiczną sztuką? A może jest obecna w dzisiejszych czasach, wspomaga naukę? Czy jest dostępna dla wszystkich czy tylko dla wybranych? Odpowiedzi na te i inne pytania znaleźć możecie w książce znanego ezoteryka Marka Stavisha, którego celem życiowym jest szerzenie nauk tajemnych we współczesnym - jakże "racjonalnym" - świecie.

Alchemia - sztuka i nauka wewnętrznej inicjacji, duchowego przebudzenia. To dziedzina wykorzystująca materialne czynności do urzeczywistniania postawionych przed nią celów. Wykazywanie alchemicznej efektywności odbywa się ściśle poprzez tworzenie produktów roślinnych oraz mineralnych, w tym nalewek. (s.231)

"Strzeżone sekrety alchemii" to pierwsza książka autora, wydana w Polsce. Wprowadza nas, czytelników w tajniki alchemii, a także nie ucieka od powiązań z astrologią, kabałą czy Tarotem. Autor (ezoteryk) oczyszcza alchemię z aury wiedzy tajemnej, dostępnej tylko dla wybranych, dowodząc, że nawet "zwykły" człowiek może się nią posługiwać.

Mark Stavish na kartach "Strzeżonych sekretów..." prezentuje podstawowe kompendium wiedzy o prostych lekach roślinnych, które mogą pomóc nam uleczyć zarówno ciało, jak i duszę - tak przynajmniej książka jest zachwalana. Wiedza tam zawarta pomoże w przyrządzaniu rozmaitych nalewek czy eliksirów. Oprócz umiejętności leczenia organizmu autor proponuje także medytacje, które mają rzekomo pomóc w transformacji, zarówno duchowej, jak i fizycznej. Publikacja ta zawiera wiedzę alchemiczną, ezoteryczną i okultystyczną. Znajdziemy tam opisy roślin używanych do stworzenia eliksirów wraz z ich przynależnością do określonych planet, znaczenie żywiołów i ogrom różnorodnych "sekretów alchemii".

Alchemia według opinii autora powoduje, że nasz umysł staje się spokojny i że bardziej pozytywnie spoglądamy na otaczający nas świat. Wzmacnia też naszą kreatywność oraz witalność organizmu.

Mam wrażenie, że jest to książka próbująca wpasować się w dzisiejsze czasy - proponuje przepisy stosunkowo proste i szybkie w wykonaniu. Eksperymenty są w miarę łatwe w wykonaniu i w zasadzie, oprócz dostępnych (praktycznie wszędzie) narzędzi potrzebny jest tylko... entuzjazm odkrywcy. Autor uczy, jak rozcierać zioła moździerzem czy tłuczkiem, by móc sporządzać nalewki. Zaznacza, że czytelnik szybko dostrzeże, iż właściwie wystarczy mu (do eksperymentów) zwykły sprzęt kuchenny.

We "Wstępie" autor prosi czytelników, by podczas korzystania z "przepisów" stosowali się do zasady "spiesz się powoli". Poleca medytacje, mające ułatwić działania alchemiczne. Rozdziały w książce podzielone są w taki sposób, by znalazło się w nich miejsce na streszczenie omawianego w nich wątku, różne zadania do wykonania oraz praktyki medytacyjne. Mark Stavish stara się wyjaśniać fundamentalne metody alchemii, ale zaznacza jasno, że najpierw trzeba zapoznać się z zasadami dotyczącymi bezpieczeństwa, które wymienia na początku publikacji.

Książka napisana jest prostym, przystępnym językiem, zrozumiałym nawet dla osób, dla których alchemia wydawała się dotychczas "czarną magią" (jak na przykład dla mnie). Do tej pory alchemię kojarzyłam tylko i wyłącznie z Harrym Potterem, a dzięki autorowi zdałam sobie sprawę, że istnieją nawet w dzisiejszych czasach ludzie, dla których alchemia jest czymś więcej. Przy okazji zrozumiałam też jednak, że alchemia nie mieści się w kręgu moich zainteresowań i sytuacja ta raczej nie ulegnie zmianie. Nie do końca przemawia do mnie traktowanie eliksirów czy nalewek osobowościowo, a w taki sposób autor o nich traktuje. W niektórych momentach czułam się z tego powodu nieco zagubiona.

Publikację polecam jedynie osobom, które interesuje praca z roślinami i minerałami; które chcą posiąść umiejętność leczenia organizmu i osiągania wewnętrznego spokoju; które rozumieją podstawy alchemii i chcą się dalej w tym kierunku rozwijać.
Jeżeli jesteście zainteresowani pozytywnymi zastosowaniami alchemii, jak na przykład wzmocnieniem witalności i kreatywności, to zajrzyjcie do "Strzeżonych sekretów alchemii". Jeżeli jednak w ogóle nie interesują Was powyższe zagadnienia, nawet nie otwierajcie stronic tej książki.

Alchemia należy do najbardziej tajemniczych sztuk mistycznych. Od dawna znana jest z wielkich ksiąg o symbolicznym przesłaniu; z metaforycznych odniesień do roślin, minerałów i elementarnych czynników wiedzy. (...) powszechne są wyobrażenia sędziwych mężczyzn w zabawnych kapeluszach, którzy całe dnie spędzają nad kuchennymi piecami i próbują zamienić ołów w złoto, wynaleźć Eliksir Życia bądź stworzyć Kamień Filozoficzny. Niemniej alchemia (...) ma sporo do zaoferowania obecnej epoce. (s. 27)


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu
Studio Astropsychologii


Grubość książki: 1,50 cm


poniedziałek, 2 czerwca 2014

Podsumowanie maja

Krótko i na temat: w maju przeczytałam 17 książek.

źródło

Największe emocje wzbudziły we mnie poniższe lektury (kolejność przypadkowa):

- Anna Mulczyńska, Powrót na Staromiejską (recenzja TU)
- Tomasz P. Terlikowski, Faktura na zabijanie. Współczesny przemysł śmierci (recenzja TU)
- Agnieszka Kaluga, Zorkownia (recenzja TU)
- Jeannette Kalyta, Położna. 3550 cudów narodzin (recenzja TU)

Łącznie przeczytałam 5847 stron, co daje około 188 stron dziennie (sytuacja poprawiła się - w kwietniu było to średnio 120 stron dziennie).

Jeśli chodzi o wyzwanie "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu" to przeczytałam kolejne 41 cm. Mój wzrost 173 cm - 43 cm (styczeń) = 130 cm - 40,5 cm (luty) = 89,5 - 31,7 (marzec) = 57,8 - 25,7 (kwiecień) = 32,1 cm - 41 cm (maj) = -8,9 cm

TA DAMMMM... udało mi się uporać z tym wyzwaniem. Nawet nie sądziłam, że nastąpi to tak szybko. Obecnie mam 8,9 cm "na plusie". Teraz moim założeniem będzie... zdublowanie mojego wzrostu;-) Może się uda...

Tak więc chciałabym uporać się z kolejnymi 173 centymetrami :D czyli za kilka miesięcy chciałabym mieć przeczytane w sumie 346 cm.

Tym razem będę liczyć inaczej: 173 cm (mój wzrost) + 8,9 cm + kolejny miesiąc, czyli CZERWIEC... = na razie jest to 181,9 cm.

źródło
zauważyliście, jak pięknie makami ozdobione są pola i łąki?

W minionym miesiącu napisałam 22 posty, z czego 16 to recenzje książek. 

Ps. Hmmm, chciałam uspokoić niektórych... mam szansę tyle czytać, dzięki miejscu, w którym pracuję. W "normalnych" warunkach nie byłoby to możliwe ;-)

A jak Wam minął maj? :)

niedziela, 1 czerwca 2014

Barrie James Matthew, Piotruś Pan i Wendy

Trzeba sobie po prostu pomyśleć o czymś przyjemnym i cudownym - wyjaśnił Piotruś - i takie myśli uniosą was w powietrze. (s.69)

źródło

Na Dzień Dziecka jak znalazł - recenzja klasyki dziecięcej, czyli "Piotrusia Pana i Wendy". To powieść autorstwa szkockiego powieściopisarza i dramaturga J.M. Barriego, która w Polsce znana jest także pod tytułami "Przygody Piotrusia Pana" czy po prostu "Piotruś Pan". Początkowo autor napisał sztukę teatralną. Pierwszy raz wystawiona została w teatrze w 1904 roku  w Londynie pod tytułem "Piotruś Pan, czyli o chłopcu, który nie chciał dorosnąć". Natomiast w 1911 r. Barrie zaadaptował ją na powieść, której nadał tytuł "Peter Pan and Wendy".

Bohaterem jest słynny na cały świat Piotruś Pan - chłopiec, który nie chce dorosnąć. W towarzystwie Zaginionych Chłopców przeżywa ciekawe przygody, spędzając dzieciństwo na wyspie zwanej Nibylandią. Piotruś potrafi latać - uczy tej umiejętności Wendy, którą poznaje w ciekawych okolicznościach (przecież nie każdy z nas potrafi zgubić swój cień, prawda?). Jego wrogiem jest Kapitan Hak - dziwny typ z hakiem zamiast dłoni.... Mamy tu też pewną nietypową rodzinę, składającą się z rodziców, trójki dzieci oraz niani, która jest... psem. Dzieciaki wierzą w postać Piotrusia Pana, co spędza sen z powiek ich rodzicom. Ech, jesteście pewni, że mam nadal streszczać tak znaną wszystkim historię..?

Każda z postaci jest naprawdę genialnie scharakteryzowana, z ogromną dawką humoru i ironii. Do gustu przypadło mi paru agentów z bandy Zaginionych Chłopców, a uśmiech na twarzy spowodowała charakterystyka piratów Kapitana Haka. Wróżki również odgrywają tu niebagatelną rolę - Dzwoneczek potrafił w kilku momentach zagrać... mi na nerwach. Taka mała istotka, a taka złośliwa...

Jest to - w mojej ocenie - lektura dla nieco starszych dzieci. "Maluchy" nie będą jej do końca rozumieć i mogą się nudzić. Chyba że chcecie, żeby szybciej zasnęły? Spora ilość scen przemocy, rozmaitych walk i bitew również przemawia za tym, by nie raczyć tą opowieścią najmłodszych czytelników.

Poniżej pozwolę sobie zacytować mój ulubiony fragment:

Mam tu przy sobie jednego funta i siedemnaście szylingów, a w biurze dwa szylingi i sześć pensów. Mogę przestać pić kawę w biurze, to będzie, powiedzmy, jeszcze dziesięć szylingów. Razem dwa funty, dziewięć szylingów i sześć pensów. A z twoimi osiemnastoma szylingami i trzema pensami da to trzy funty, dziewięć szylingów i siedem pensów. A z jeszcze pięcioma na mojej książeczce oszczędnościowej to wyniesie w sumie osiem funtów, dziewięć szylingów i siedem pensów. Któż to się poruszył? Osiem funtów, dziewięć szylingów i siedem pensów. Kropka!... Teraz trzeba przenieść te siedem na... Nic nie mów, kochanie, błagam!... Aha! I jeszcze jest ten funt, który pożyczyłaś temu człowiekowi, co to przyszedł do drzwi... Cicho, dziecko!... Kropka i przenieść dziecko... No i widzisz?... Czy powiedziałem: dziewięć funtów, dziewięć szylingów i siedem pensów? Tak! Powiedziałem: dziewięć funtów, dziewięć szylingów i siedem pensów. Pytanie brzmi: czy możemy przeżyć rok za dziewięć funtów, dziewięć szylingów i siedem pensów? (s. 10-11)

Nie będę zbyt odkrywcza, gdy stwierdzę, że ogromnie spodobały mi się ilustracje siostry tłumacza niniejszej książki, czyli pani Joanny Rusinek. Jej kreska coraz bardziej przypada mi do gustu. Obrazki są czarno-białe, ale przez to jeszcze lepiej oddają ducha tej historii i pozwalają uruchomić własną wyobraźnię.

Pewnie narażę się fanom Piotrusia Pana, ale muszę to napisać: nie za bardzo lubię głównego bohatera. Moja niechęć najpewniej wynika z jego kurczowego trzymania się dzieciństwa oraz jego charakteru. Może nie lubię go także dlatego, że w dzisiejszych czasach Piotrusiami Panami nazywa się dorosłych, ale niedojrzałych mężczyzn..?

Wydawnictwo Znak emotikon trzyma poziom. To kolejna z serii klasycznych bajek w naprawdę ładnym wydaniu: piękne ilustracje, twarda okładka plus tasiemkowa zakładka, gdybyśmy akurat nie mieli pod ręką własnej zakładki. A do tego to tłumaczenie! Chylę czoła. Pani Wisława Szymborska naprawdę miała nosa - wiedziała, kogo wybrać na swojego sekretarza. Oczywiście samego Michała Rusinka.



Grubość książki: 2,70 cm

Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu ZNAK emotikon :-)