środa, 27 listopada 2013

Elizabeth Camden, Sekrety róż


Elizabeth Camden zabiera nas w pewną podróż – podróż daleką, może nie tyle „usłaną”, co pachnącą różami…



Główni bohaterowie to Libby – młoda, niepiśmienna dziewczyna o ogromnych zdolnościach artystycznych, pochodząca z Nowej Anglii oraz Michael – rolnik z Rumunii o arystokratycznym pochodzeniu. Dziwna z nich para, prawda? A jednak – przeczytajcie, a przekonacie się, że to nie jakiś tani cukierkowy romans.

Historia rozpoczyna się niezwykle interesująco – Michael Dobrescu, wraz ze swoją rodziną dociera do pewnego domu przy Winslow Street w Colden, w stanie Massachusetts. Mamy rok 1879. Zajmuje posiadłość, choć ta w zasadzie należy do profesora Williarsa Sawyera i jego córki, którzy w tym czasie przebywają poza domem. Ale Michael jest w posiadaniu dokumentów, z których wynika, że otrzymał sporny dom w spadku od swojego wuja. Każda ze stron wynajmuje prawników. W międzyczasie w miasteczku wrze, a pomiędzy Michaelem a Liberty rodzi się uczucie. Jak w takiej sytuacji sprawić, aby wilk był syty, a owca cała…?

Akcja rozgrywa się w czasach, jakże odmiennych od naszych. Zawieranie związków małżeńskich wyglądało wtedy zgoła inaczej. Jest to taki wycinek historii, w którym ludzie zmagają się z urazami, jakie pozostawia w nich wojna.

Jest tu jakaś magia… To historia miłosna, która w zasadzie nie powinna się wydarzyć, a jednak ma miejsce. Jak ja uwielbiam takie powieści. Nie żebym czytała ich tak wiele, ale jak mi się trafi taka perełka, jak ta, to potrafię czytać, pomimo że oczy już mi się kleją ;-)

Fabuła niezwykle interesująca, wartka akcja, odpowiedni styl – wszystko to składa się na naprawdę dobrą powieść.

Jeżeli lubicie klimatyczne powieści, których akcja odbywa się w przeszłości, na przykład na przełomie XIX i XX wieku, to „Sekrety róż” będą dla Was lekturą satysfakcjonującą.

Ocena: 5,5/6

wtorek, 26 listopada 2013

Stos recenzencki #4


Oto mój najnowszy stos - książki przyszły dzisiaj :D

Od góry:

Alice Munro, Zbyt wiele szczęścia - w końcu muszę zapoznać się z twórczością tegorocznej noblistki :)
Michael H. Brown, Po drugiej stronie
Tomasz Ponikło,  Józef Tischner myślenie według miłości
Julia Child, Francuski szef kuchni (nie mogłam się jej doczekać :P)
Andrzej Z. Makowiecki, Warszawskie kawiarnie literackie
Marian Zacharski, Operacja Reichswehra (tu około 1200 stron lektury przede mną - to dopiero wyzwanie!)



Zabieram się za czytanie :)

poniedziałek, 25 listopada 2013

Sławomir Cenckiewicz, Wałęsa. Człowiek z teczki



Niedawno w moje ręce trafiła książka Sławomira Cenckiewicza „Wałęsa. Człowiek z teczki”. Pan Cenckiewicz jest doktorem habilitowanym nauk historycznych, publicystą, wykładowcą akademickim,  byłym pracownikiem Instytutu Pamięci Narodowej (2001-2008), autorem ponad 150 publikacji naukowych i popularnonaukowych (najbardziej znane to: „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”, „Sprawa Lecha Wałęsy”, „Anna Solidarność. Życie i działalność Anny Walentynowicz na tle epoki (1929-2010)” czy „Lech Kaczyński. Biografia polityczna 1949–2005”). „Wałęsa. Człowiek z teczki” to już trzecia książka autora dotycząca życia i działalności byłego Prezydenta. Ta pozycja ma stanowić opozycję do filmu Wajdy „Wałęsa. Człowiek z nadziei”, w której to – wg autora – pozwolono sobie na wiele luźnych interpretacji wydarzeń w Stoczni Gdańskiej.

To lektura trudna, wymagająca skupienia i pewnej dawki wiedzy o czasach PRL-u. Jako że sama nie dysponowałam aż taką wiedzą, poprosiłam o pomoc moją teściową, której z tego miejsca pragnę serdecznie podziękować za czas mi poświęcony. Z opowieści rodziców i lekcji historii (ale to w mniejszym stopniu – nie wiem, jak u Was, ale w mojej szkole lekcji poświęconych historii najnowszej było jak na lekarstwo) wiedziałam to i owo o tamtych czasach, więc liczyłam się z tym, że mit „elektryka-obalacza komuny” może być zdecydowanie na wyrost. Nie sądziłam jednak, że aż w takim stopniu.

Wiadomym wszem i wobec jest, że Lech Wałęsa wywodzi się z nieciekawego środowiska, dorastał w czasach głębokiej komuny, gdzie kombinatorstwo było w cenie. Jego cechy charakteru, brak wykształcenia i niechęć do nauczenia się choćby poprawnego wysławiania (nawet za czasów prezydentury) nie świadczą na jego korzyść (słowa teściowej). Po lekturze tej książki mam mieszane uczucia – tak sobie myślę, że mogłoby powstać tyle biografii Wałęsy, ile osób było w bliskich z nim kontaktach. A każda z tych biografii byłaby nieco inna. Choć w wielu z nich przeczytalibyśmy zapewne o braku krytycyzmu wobec własnej osoby byłego Prezydenta czy próbach „zniszczenia” Anny Walentynowicz.

Książka odsłania kulisy politycznego podziemia tamtych czasów, odwołując się do opinii wielu osób. Wielokrotnie spotykałam się (jeszcze przed wydaniem „Wałęsy. Człowieka z teczki”) z opinią, że Wałęsa mógł zostać wykorzystany (niczym bezwolna marionetka) przez komunistów do obalenia systemu. Nadawał się do tego, jak nikt inny. Jego cechy charakteru, pochodzenie i brak wykształcenia powodowały, że był idealnym kandydatem do wystawienia jako przywódca robotników, wierzących w „Solidarność”. Poprzez wspieranie go finansowo, szantażowanie itd. komuniści mieli go w szachu. Ile w takich przypuszczeniach jest prawdy? Na ile prawdziwe są wszystkie „tajne” dokumenty SB czy donosy pisane przez Wałęsę? Może kiedyś historycy odkryją wszystkie karty i będą w stanie ułożyć jedną prawdziwą wersję wydarzeń.

Z książki wypływa znana chyba wszystkim prawda, że kłamstwo wyzwala kolejne kłamstwo i w takim zapętleniu człowiek zaczyna zapominać, co jest prawdą, a co zmyśleniem. Kłamstwo, powtarzane wiele razy, staje się w końcu „prawdą”. Wałęsa, pytany o jakieś niewygodne (z jego punktu widzenia) wydarzenia ze swojego życia, często odpowiada: „nie pamiętam dokładnie, jak to było”. Wymiguje się niepamięcią, a czasem mataczy tak bardzo, że sam chyba zapomina, jak było naprawdę. Jak mamy patrzeć na tego elektryka, „który obalił komunizm”, skoro brnie w tysiące kłamstw, a sam nosi Matkę Boską w klapie marynarki..?

Mam jednak pewien zarzut wobec autora. Uważam, że historyk o takiej renomie powinien być bardziej obiektywny. Natomiast w „Wałęsie. Człowieku z teczki” przebija niechęć autora do osoby byłego Prezydenta. Jak to stwierdziła moja teściowa:

„Kronikarze” każdego systemu wymieniają takie epizody z życia swoich bohaterów, które najbardziej pasują do przedstawienia ich wizerunku w reprezentowanej przez siebie „poprawnej politycznie” koncepcji.

Książka została wydana w interesujący sposób, wiele „istotnych” fragmentów zostało zaznaczonych żółtym kolorem, nazwy rozdziałów również utrzymane są w tej kolorystyce. Mankamentem jest jednak cytowanie wypowiedzi osób czcionką mniejszą niż reszta książki. Utrudnia to czytanie i zmusza do jeszcze większego skupienia.

„Wałęsę. Człowieka z teczki” polecam wszystkim zainteresowanym choć w minimalnym stopniu historią naszego kraju.

Ocena: 5/6


Z powyższą lekturą zapoznałam się dzięki uprzejmości portalu SZTUKATER oraz wydawnictwa Zysk i S-ka, za co serdecznie dziękuję ;-)

sobota, 23 listopada 2013

Sarah Rayner, Jedna chwila


Kiedy na portalu LC przeczytałam, że „Jedna chwila” jest książką przetłumaczoną na kilkanaście języków i sprzedana w ogromnych ilościach, przechodzących moje wyobrażenie, stwierdziłam, że niezwłocznie muszę ją przeczytać. Jeżeli chcecie dowiedzieć się, czy warto wierzyć zachętom na okładkach lub w prasie, przeczytajcie moją recenzję.


Śmierć zawsze jest bolesna, smutna i przygnębiająca. Jeśli jednak zdarza się komuś, kogo nie znamy lub znamy, ale jego wiek niechybnie sugeruje podążanie w kierunku „tamtego świata” – patrzymy na tę śmierć inaczej, jakby nieco spokojniej. Często słyszymy jak jedna sąsiadka do drugiej mówi: „pani X to już miała sędziwy wiek, piękna lata, nie ma się co dziwić, że Pan Bóg wezwał ją do siebie”. Sprawy wyglądają zgoła inaczej, jeśli śmierć zabiera dziecko lub człowieka w kwiecie wieku nagle, bez żadnego ostrzeżenia. Oprócz szoku i niedowierzania bliscy muszą sobie poradzić z nagłą, ale nieubłaganą stratą… To bywa ogromnie trudne; do tego dochodzą pytania zadawane Bogu: „ale dlaczego?”,  „dlaczego właśnie on/ona?”. Czasem ta odpowiedź przychodzi dopiero po czasie…

„Jedna chwila” opowiada o trzech kobietach, złączonych biegiem wydarzeń przez los. Poznajemy tydzień z życia każdej z nich. Poniedziałek, 7:44 rano, w zatłoczonym pociągu relacji Brighton – Londyn pewien mężczyzna w średnim wieku umiera nagle na atak serca. Prócz wielu pasażerów świadkiem tej śmierci staje się żona i młoda kobieta o imieniu Lou, która siedziała w wagonie naprzeciwko tej pary. Tym samym pociągiem, nieświadoma wydarzeń, jedzie również przyjaciółka żony zmarłego, Anna. Jedna chwila, a tyle się zmienia… Po tym wypadku życie tych trzech kobiet nie będzie już takie, jak dawniej.

To książka o miłości, przyjaźni, stracie i problemie uporania się z nią. O miłości – bo pokazuje (w retrospekcji), jak wyglądało życie dwojga kochających się ludzi – Karen i Simona. W natłoku codziennych zajęć potrafili się dostrzegać i okazywać sobie uczucie, nie mijali się w przelocie. O przyjaźni – bo pokazuje dojrzałą już przyjaźń między Karen a Anną, oraz początkującą – między Lou a tymi dwiema kobietami. Początkowo Lou zawiera znajomość z Anną, a ta, kiedy tylko dowiaduje się, że Lou jest terapeutką, postanawia ją zapoznać z przytłoczoną swoją stratą Karen. O stracie – bo żona, traci męża, a dzieci ojca…

Autorka porusza również problem własnej tożsamości i siły na to, by głośno przyznać, kim tak naprawdę się jest. Młoda terapeutka jest bowiem lesbijką, chciałaby móc żyć swobodnie, powiedzieć o tym „sekrecie” własnej mamie, ale z wielu powodów przez długi czas tego nie robi… Dlaczego? Sami możecie sobie odpowiedzieć na to pytanie, nawet nie czytając tej książki.

Książka w mocny sposób rozlicza się z nałogiem alkoholizmu. Pokazuje, jak wygląda życie osoby współuzależnionej. Autorka nie stara się niczego podkolorować i chwała jej za to, bo obserwując uważnie otoczenie, widzę, że pewne rzeczy rzeczywiście mogą wyglądać tak, jak opisuje je Sarah Rayner. Mamy tu więc całkiem przystojnego faceta, który będąc trzeźwym, jest naprawdę uroczym i interesującym człowiekiem, natomiast nawet mała część alkoholu powoduje, że zmienia się nie do poznania. Mamy tu też jego partnerkę, która początkowo stara się pewnych problemów nie zauważać, jednak po pewnej „akcji” nie jest w stanie dłużej przymykać oczu. Jak to mówią: „trzeba sięgnąć dna, by móc się od niego odbić” – coś w tym jest i tę kwestię również znajdziemy w „Jednej chwili”…

Mimo ogromu interesujących tematów, które zamieszczone zostały w tej powieści, czegoś mi tam brakowało. Bywały chwile, w trakcie których musiałam zmuszać się do lektury. Może to próba unikania trudnych tematów przez mój umysł? Nie wiem. Faktem jest, że książka ma ogromny potencjał, ale mnie osobiście brakowało tam jakiejś „iskry”…

Ocena: 4,5/6

piątek, 22 listopada 2013

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak, Niebieskie migdały



O Katarzynie Zyskowskiej-Ignaciak pierwszy raz usłyszałam, a raczej przeczytałam jakiś czas temu, kiedy na blogach pojawiły się recenzje „Upalnego lata Kaliny” oraz „Upalnego lata Marianny” (których to książek jeszcze nie miałam okazji przeczytać). Za drugim razem dostrzegłam jej nazwisko na listach spotkań z autorami na Targach Książki w Katowicach. Tam właśnie miałam okazję posłuchać ciekawych wywodów autorki dotyczących jej przygody z pisaniem książek. Zainteresowana i zaintrygowana jej postacią postanowiłam wypożyczyć coś z dorobku młodej autorki. Wybór padł na „Niebieskie migdały”. Trochę się zbierałam za ich przeczytanie, ale dopiero termin w bibliotece przyszpilił mnie i zmusił do mobilizacji. Lektura okazała się na tyle wciągająca, że połknęłam ją w dwa wieczory (należy jednak pamiętać, że czytam „równocześnie” jeszcze inną książkę i czasem robiłam sobie przerwę od „Niebieskich migdałów”; gdyby nie ten fakt, to może nawet jeden dłuższy wieczór by wystarczył).

Co my tu mamy?

Ina (a tak naprawdę Balbina) Górejko ma całkiem znośną pracę, kochających rodziców, fajnych przyjaciół, a także – nieślubne dziecko. Ina nie do końca zdaje sobie sprawę, że macierzyństwo nie wygląda tak, jak pokazuje telewizja śniadaniowa. Tam mamy tylko piękny obrazek, ociekający lukrem (że niby macierzyństwo jest takie łatwe; trzeba tylko wsłuchać się w swój „instynkt macierzyński” i wszystko będzie dobrze, phiii…). Dziewczyna została porzucona przez młodego prezentera telewizyjnego, który po zobaczeniu testu ciążowego uciekł, gdzie pieprz rośnie. Balbina zmuszona jest codziennie walczyć nie tylko z płaczącym niemowlakiem, ale również z rodziną i znajomymi, którzy natrętnie chcą ją wyswatać. Ona zaś nie chce słyszeć o żadnych randkach. Całkiem niespodziewanie pojawia się w jej życiu mężczyzna, o którym początkowo w ogóle nie chciała myśleć. On również jest doświadczonym przez los człowiekiem. Co z tego wyniknie? Sami musicie się przekonać…

Mamy tu więc zagmatwaną historię młodej kobiety z dzieckiem, która w ciekawych okolicznościach poznaje faceta po przejściach. Cudny temat na kobiecą powieść, prawda? ;-)

Z jednej strony można by zarzucić książce, że jest tylko czymś na kształt umilacza czasu, ale – na Boga – często takich książek potrzebujemy. Szczególnie, gdy jest nam smutno i źle, a za oknem widok taki, że szkoda gadać. Nie szufladkowałabym jednak tej książki jako czytadła, bo - prócz momentami nieco łzawej historii – niesie nadzieję i dotyka problemu młodych mam. Ale nie tych, które często widujemy na okładkach kobiecych czasopism – uśmiechniętych, trzymających na rękach uroczego bobasa, z obłędnie przystojnym mężczyzną u boku – ale niewyspanych, wyczerpanych nocnymi maratonami przy łóżeczku, a często – samotnych, opuszczonych przez dotychczasowych partnerów, niegotowych zmierzyć się z własnym ojcostwem.

W powieści mocno zaznaczony został wątek rodzinny. Czytając o wielu perypetiach bohaterki, dostrzegamy między wierszami pewną istotną prawdę: że podstawa to kochająca rodzina. Jeżeli w niej mamy oparcie, to wszystkie kłody, jakie los rzuca nam pod nogi, da się przeskoczyć, obejść lub przesunąć… Słowem, łatwiej nam walczyć z problemami.

Ogromnie przypadł mi do gustu styl tej niezbyt długiej opowieści. Pani Katarzyna ma lekkie pióro, które czyta się z przyjemnością. Co ważne, nie ociera się o łzawy ani inny tandetny styl, co zaliczam in plus. Kolejną zaletą – niezwykle dla mnie ważną, zarówno w życiu, jak i czytanych książkach – jest poczucie humoru. Ilość zabawnych scenek była całkiem spora i nieraz zaśmiałam się na całe gardło. Podobało mi się takie niestereotypowe podejście do macierzyństwa, jakie reprezentowała nasza bohaterka – Ina. Autentyczność powieści również przemawia na jej korzyść.

Nie jestem obeznana w temacie aż na tyle, by zabierać głos, ale wydaje mi się, że mało mamy na rynku takiej beletrystyki, która by w przyjemny sposób opowiadała o rodzicielstwie.

Polecam wszystkim babeczkom - szczególnie w jesienne wieczory ;-)

Ocena: 5/6

Spotkanie z p. Mariuszem Szczygłem :D

Z powodu postępującej sklerozy zapomniałam sie pochwalić, że w miniony wtorek byłam na spotkaniu autorskim z panem Mariuszem Szczygłem. Na pewno pamiętacie prowadzącego pierwszy w Polsce talk-show "Na każdy temat" :-)

p.Mariusz Szczygieł wraz z panią moderatorką
Przepraszam za jakość zdjęć, ale siedziałam dosyć daleko :P

Miejska Biblioteka Publiczna po raz kolejny postanowiła zaprosić do naszego miasta kogoś wartego uwagi czytelników ;-) Tym razem padło na Mariusza Szczygła - znanego dziennikarza, który wielką estymą darzy naszych południowych sąsiadów - Czechów i który popełnił na ich temat kilka książek (tytuły: Niedziela, która zdarzyła się w środę, Gottland, antologia, 20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła, Kaprysik. Damskie historie, Zrób sobie raj oraz Laska nebeska).

p.Mariusz Szczygieł :)

Jedno z pierwszych pytań moderatorki spotkania  (pani Danuty Lubina-Cipińskiej) dotyczyło zainteresowania Czechami - skąd ono się wzięło. Pan Mariusz opowiedział wtedy o swoich przygotowaniach do wywiadu z Heleną Vondráčková i różnych językowych chochlikach (dla nas język czeski jest śmieszny, dla Czechów - to nasz język brzmi niczym seplenienie dziecka).

W trakcie spotkania pan Mariusz opowiadał między innymi o ateizacji Czech, o ich podejściu do śmierci. Nasi południowi sąsiedzi lubią używać życia tu na ziemi, bo nie bardzo wierzą w jakiekolwiek życie pozagrobowe. Tematów, których poruszył, było naprawdę wiele. Powiem Wam jedno, wyszłam stamtąd z "suchymi zębami" - wiecie, o czym mówię ;-) :D Dawno się tak nie uśmiałam. Pan Szczygieł jest rasowym mówcą, który potrafi sypać zabawnymi anegdotami jak z rękawa. Wyszłam bardzo zadowolona i usatysfakcjonowana, z postanowieniem przeczytania wszystkich książek jego autorstwa - przypilnujcie mnie;-)