niedziela, 6 kwietnia 2014

Ana Veloso, Bądź zdrowa, Lizbono

Jak już pewnie wiecie, mam słabość do sag rodzinnych. Lubię do czasu do czasu zanurzyć się w perypetie jakiejś familii, poznawać losy poszczególnych jej członków, patrzeć jak dorastają kolejne pokolenia i delektować się poplątanymi historiami miłosnymi. Taką już jestem uczuciową babeczką i bardzo mi z tym dobrze :-)

Akcja powieści Any Veloso rozpoczyna się w 1908 roku w Portugalii i toczy się aż do 1974 roku. Dzieje bohaterów rozgrywają się przez prawie cały XX wiek, a tłem dla nich są rozmaite wydarzenia historyczne (dwie wojny światowe czy dyktatura polityczna).
Piętnastoletnia Juliana Carvalho jest córką właściciela plantacji dębu korkowego w malowniczej prowincji Alentejo. Juju - bo tak mówią na nią bliscy - potajemnie spotyka się z Fernandem Abrantesem - chłopakiem pochodzącym z biednej, wiejskiej rodziny. Jest on ambitnym młodzieńcem, pragnącym wyrwać się ze swojego światka i oderwać od chłopskich korzeni. Juju i Fernando znają się i przyjaźnią od dziecka. Z czasem jednak coraz bardziej muszą ukrywać swoją znajomość, tym bardziej, że z przyjaźni przeobraziła się ona w miłość. Różnice w pochodzeniu - na tamte czasy to była przepaść, mezalians, a młodzi nie mieli tyle sił, by przeciwstawić się powszechnie obowiązującym normom społecznym. Kiedy okazuje się, że Juju spodziewa się dziecka, pod wpływem impulsu postanawia wyjść za mąż za chłopaka z tak zwanego "dobrego domu". Rui da Costa juz od jakiegoś czasu starał się o rękę dziewczyny, więc decyzja ta nikogo specjalnie nie zaskoczyła. Najgorsze dla Juju jest (oprócz niemożności życia z ukochanym mężczyzną) jednak to, że sama do końca nie wie, który z mężczyzn jest ojcem jej dziecka (wiem, że to zaczyna brzmieć jak skrót jakiejś telenoweli:P). Wybiera opcję "wygodnego życia" z facetem, którego nie kocha, a jedynie lubi. Drogi Juju i Fernanda rozchodzą się, każde idzie w swoją stronę. Po pewnym czasie do Juju dociera, jak bardzo kocha Fernanda i że jej życie bez jego obecności jest jałowe. Natomiast Fernando, jak na faceta przystało "wraca na ziemię" - wyjeżdża z Belo Horizonte w Altenejo, realizuje swoje dziecięce marzenia i zostaje pilotem wojskowym. Los płata figle, więc często drogi Juju i Fernanda krzyżują się. A wtedy - dzieje się, oj dzieje...

Echa dawnych decyzji - odzywają się po latach. Tajemnica goni tajemnicę, a pełnokrwiści bohaterowie sprawiają, że lektura powieści Any Veloso jest przyjemnością.

Nie potrafię jednak klarownie wytłumaczyć, co za myśl kołacze mi z tyłu głowy. Powieścią się delektowałam, ale z jakichś przyczyn miałam czasem wrażenie, że oglądam brazylijski serial (czytaj: telenowelę). Do tej pory nie wiem, co było tego przyczyną - gdybym jednak miała porównywać, to saga Sarah Lark zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu (a raczej: skradła moje serce). Może istotne znaczenie ma również tło i sceneria wydarzeń? Może Nowa Zelandia zauroczyła mnie bardziej niż Portugalia? Nie jest to jednak mankament, przez który "skreśliłabym" całkowicie tę barwną historię. Piękny język, intrygujące wydarzenia i brzemię przeszłości - chociażby dla nich warto sięgnąć po książkę "Bądź zdrowa, Lizbono". Uczuciowym kobietkom ceniącym zawiłe rodzinne historie - jak najbardziej polecam.

Grubość książki: 2,90 cm

sobota, 5 kwietnia 2014

Benjamin Weiser, Ryszard Kukliński. Życie ściśle tajne

Ostatnio stwierdziłam, że powinnam była urodzić się chłopcem (zresztą ponoć miałam nim być - mama nie zrobiła X lat temu badania USG, więc sama nie była pewna płci dziecka) - zamiłowanie do tajnych agentów, ich misji to w zasadzie domena płci męskiej. A ja odkąd pamiętam interesowałam się takimi fascynującymi historiami - najpierw było oglądanie filmów akcji, filmów szpiegowskich i słuchanie o różnych teoriach spiskowych w towarzystwie taty, a później męża.

Nie tak dawno zaczytywałam się w historii rotmistrza Nałęcz-Sosnowskiego w "Operacji Reichwehra", a teraz przyszedł czas na poznanie tajnego życia Ryszarda Kuklińskiego (ps. Jack Strong, Mewa) - pułkownika Ludowego Wojska Polskiego, zastępcy szefa Zarządu Operacyjnego Sztabu Generalnego (do którego wiele lat wcześniej należał Jerzy Sosnowski - przypomnienie), który chcąc chronić Polskę przed zakusami Związku Radzieckiego zdecydował się na prowadzenie podwójnego życia.

Benjamin Weiser przez wiele lat zajmował śledztwami dziennikarskimi współpracując z "Washington Post"; pisuje na tematy dotyczące terroryzmu oraz prawa. Autor przez 12 lat badał archiwa CIA i potajemnie spotykał się z Ryszardem Kuklińskim. W 1992 roku przeprowadził z nim wywiad-rzekę. Nie byłby dobrym dziennikarzem śledczym, gdyby nie weryfikował wypowiedzi pułkownika. Mamy więc tu zebrane opinie nie tylko agentów CIA, ale również polityków polskich: od Siwickiego, przez Kiszczaka aż do samego Jaruzelskiego. W swojej książce "Ryszard Kukliński. Życie ściśle tajne" odtwarza przebieg całej współpracy pułkownika z amerykańskimi służbami. Pokazuje, jakie metody i techniki stosowano, by chronić życie Mewy i jego bliskich.

Dla jednych bohater, dla innych zdrajca. Oceniać jest najłatwiej, warto jednak przy tym pamiętać, że Kukliński poświęcił dobro swoje i swojej rodziny, by Polska nie dostała się całkowicie w sowieckie ręce.
Pułkownik miał wgląd w ściśle tajne dokumenty wojskowe, plany operacyjne i zdawał sobie sprawę, jak Rosja zamierza wykorzystać nasz kraj do swoich celów. Nie podobało mu się, w jakim kierunku to wszystko zmierzało - nie zamierzał zabijać rodaków tylko dlatego, że taki na przykład byłby radziecki rozkaz. Trzeba pamiętać, że Polska po II wojnie światowej nie była prawdziwą Polską - komunizm był narzucony z góry i nie było nic do gadania. O ironio, pułkownik Kukliński był mocno zaangażowanym wojskowym, działającym w tamtym reżymie. Nie chciał jednak iść za tłumem i potulnie zgadzać się z decyzjami Rosji, więc rozpoczął swoją własną walkę o prawdziwą polskość. Z własnej nieprzymuszonej woli nawiązał kontakt z amerykańskimi służbami CIA (choć początkowo chciał się skontaktować z amerykańskim wojskiem), by walczyć o wolność Polski.

Po tej lekturze Ryszard Kukliński jawi się jako polski James Bond. Nie do końca jestem przekonana do AŻ tak wyidealizowanego obrazu pułkownika, ale wiem też, że nie miał łatwego życia. Egzystowanie w ciągłym strachu, czy nie zostanie się przyłapanym, niemożność "wygadania się" rodzinie czy najbliższym przyjaciołom - to musiało powodować ciągłe napięcie. Był to jednak człowiek, wierzący w swoje ideały, kochający swój kraj i ubolewający, że nie dane mu było w nim żyć. Bolało go również to, że w kraju postrzegano go jako zdrajcę narodu i jego dobre imię zostało zszargane. Mogę sobie wyobrazić, co czuli ówcześni wojskowi - ich najlepszy pułkownik działał (w ich ocenie) na niekorzyść swojego państwa. Ale to samo wojsko strzelało do polskich obywateli - mając w założeniu ich obronę. Czy to ten sam kaliber "zdrady"? Czy na pewno możemy mówić o zdradzie w przypadku pułkownika Ryszarda Kuklińskiego?

To historia szpiegowska godna polecenia każdemu, kto chciałby orientować się w podstawowych kwestiach politycznych. Genialnie prezentuje mechanizmy funkcjonowania CIA oraz Sztabu Generalnego.
W sieci znalazłam piękne określenia: to "historia szpiegostwa, historia życia na krawędzi i historia miłości do ojczyzny", ktoś inny napisał "opowieść szpiegowska o Konradzie Wallenrodzie naszych czasów". Podpisuję się pod nimi obiema rękami. Czyta się jak najlepszą powieść sensacyjną. Gorąco polecam.

Grubość książki: 1,50 cm

Za udostępnienie egzemplarza dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu Świat Książki

piątek, 4 kwietnia 2014

Stosikowo #8

 Dawno nie prezentowałam żadnego stosiku. Ostatniej sorty książek recenzenckich jakoś nie uwieczniłam na zdjęciach, ale najnowszą za to wczoraj obfotografowałam wczoraj i poniżej prezentuję - jak zwykle jest to totalny misz-masz:  

 

Na pierwszym i drugim zdjęciu zdjęciu (od góry): 

- Szacunek ulicy - 50 cent, Laura Moser
- Szczęście za progiem - Manula Kalicka
- Tajny raport Milingtona - Martin Zelenay
- Ja, kobieta. Jak pokochać i zrozumieć swoje ciało - Cameron Diaz, Sandra Bark
- Big Beat - Marcin Jacobson, Marek Karewicz




















Na trzecim zdjęciu (od góry):

- Równowaga Twoich Hormonów, Równowaga Twojego Życia - Claudia Welch
- Rozmowy z hinduskim Mistrzem - Agnieszka Kawula
- Magia mózgu - Philip H.Faber
- Strzeżone sekrety Alchemii - Mark Stavish
 



Poniżej (stosik dziecięcy):
- Piotruś Pan i Wendy - J.M.Barrie
- Czworo dzieci i "coś" -Jacqueline Wilson
- Jaśki. Repeta - Jean-Philippe Arrou-Vignod


Stosik religijny:
- Pod skrzydłami aniołów przez cały rok - Alberto Vela
- Biblia na każdy dzień - praca zbiorowa




Trochę się tego nazbierało :) Powoli zaczynam się zastanawiać, gdzie zaczynać układać mój księgozbiór. Trzeba będzie namówić Szanownego Małżonka na zainstalowanie jakichś dodatkowych półek :*:)

Wczoraj zaczęłam się już zaczytywać historią "Jaśków" i jestem ogromnie usatysfakcjonowana - warto się przenieść w krainę dzieciństwa :D

Widzicie coś dla siebie? Jesteście ciekawi którejś książki? :)

PS. Przepraszam za jakość zdjęć, ale tak bardzo chciałam uwiecznić te stosiki w pełnym słońcu - a nie jestem profesjonalna w cykaniu fotek, więc wyszło jak wyszło :P

czwartek, 3 kwietnia 2014

Robert Kirkman, Jay Bonansinga, The Walking Dead. Żywe Trupy. Upadek Gubernatora (część pierwsza)

Na początku był... komiks, później pojawił się serial, który zdobył rzesze fanów na całym świecie. Aż ostatecznie nadszedł czas na powieści opowiadające historie kultowych postaci.

Zacznę może od niewielkiego usprawiedliwienia - nie miałam bowiem do czynienia ani z komiksem ani z serialem (przepraszam! - jedynie ze ścieżką dźwiękową tego ostatniego;) - mąż jest zagorzałym fanem, więc nawet zamknięte drzwi pokoju mi nie pomagały), więc oceniam "The Walking Dead. Żywe Trupy. Upadek Gubernatora" tylko i wyłącznie na podstawie lektury (oraz paru spostrzeżeń i uwag mojego męża). Dlatego też moja opinia będzie w pewien sposób niepełna, ale liczę na zrozumienie.

Akcja rozkręca się dosyć długo, dopiero po pewnym czasie mogłam stwierdzić, że wciągnęłam się w nią. Trafiamy do - na pozór spokojnego - miasteczka Woodbury, w którym urzęduje Philip Blake, życzący sobie, by zwracać się do niego per Gubernator. Próba zamachu się nie powiodła, więc Gubernator nadal ma swój "stołek". Blake jest naprawdę dziwnym typem (odnosiłam wrażenie, że był nie lepszy niż same żywe trupy) - rządzi tak, jak rządzi, bywa nieprzewidywalny, ale równocześnie ma się za Obrońcę Uciśnionych. Gubernator uznaje prostą zasadę, że ludziom potrzeba jedzenia i ... rozrywki ("chleba i igrzysk"). I właśnie z tym pierwszym bywają problemy. Pewnego razu do Woodbury trafia niewielka grupa ocalałych (pochodzących z innej społeczności) i sytuacja ulega zmianie. Kiedy pod murami miasta zostaje złapana dwójka mężczyzn oraz kobieta, Gubernator (mając taką wizję "ochrony" sennej mieściny) postanawia ich uwięzić. W skład tej grupki wchodzą Rick, Glenn oraz Michonne (postaci znane z komiksu i serialu).

"The Walking Dead. Żywe Trupy. Upadek Gubernatora" nie jest ujednolicona pod względem narracji. Poszczególne sytuacje poznajemy z perspektywy albo samego Gubernatora albo Lilly Caul (postać z poprzedniego tomu - jak wyszperałam w sieci). Pojawia się też narracja trzecioosobowa, więc generalnie pod tym względem (przynajmniej początkowo) ciężko było mi się połapać - pamiętajcie proszę, że jestem zombiakowym laikiem!

Tytułowy "bohater" to postać, która powodowała u mnie mieszane uczucia - w większości jednak czekałam, aż ktoś w końcu ukróci jego specyficzne rządy.

Od męża wiem, że akcja książki odbiega dosyć od fabuły serialu, ale zdaję sobie sprawę, że media rządzą się swoimi prawami. Żałuję nieco, że nie miałam okazji rozpocząć czytania serii od "Narodzin Gubernatora" - to ułatwiłoby mi zrozumienie niektórych wydarzeń i postaci (oraz ich zachowań).

A teraz powiem coś, co wielu pewne zadziwi. Prawda jest taka, że to nie są "moje klimaty". Spróbowałam, wiem już o czym mowa, kiedy słyszę "The Walking Dead", ale ani postaci, ani fabuła nie zachęciły mnie do dalszej przygody z "Żywymi trupami". Po prostu - umęczyłam się nieziemsko (prawie jak podczas czytania niektórych niechcianych, ale obowiązkowych lektur szkolnych) i wiem, że drugi raz do tej rzeki nie wejdę. Jak to mówią: "Sorry Winnetou!". Chciałam przekonać się na własnej skórze, czym tak bardzo zachwyca się mój małżonek, ale już wiem, że tej pasji, fascynacji nie będę z nim dzielić.

Grubość książki: 1,70 cm

Za udostępnienie egzemplarza dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu Sine Qua Non

środa, 2 kwietnia 2014

O marcu słów kilka...

Kolejne krótkie podsumowanie - dzięki niemu nieco porządkuję swoją wiedzę o tym, ile przeczytałam:-)

Jak do tej pory jestem zadowolona, choć wiem, że miałam kilka dni, w których czytanie szło mi opornie - za to później, po takiej przerwie - jeszcze bardziej wygłodniała rzuciłam się na kolejne lektury.

Przeczytałam w minionym miesiącu 14 książek (od stycznia odnotowuję tendencję spadkową). 

Łącznie przeczytałam 4357 stron, co daje średnio 140 stron dziennie (poprzedni miesiąc był znacznie lepszy pod tym względem, bo wtedy wychodziło bodaj ponad 200 stron dziennie).

Jeśli chodzi o wyzwanie "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu" to przeczytałam kolejne 31,7 cm. Mój wzrost 173 cm - 43 cm (styczeń) = 130 cm - 40,5 cm (luty) = 89,5 - 31,7 (marzec) = do przeczytania pozostało mi jeszcze 57,8 cm. Ilość przeczytanych "cm" w tym miesiącu spadła, ale liczę się z tym - na wiosnę coraz częściej wychodzę z domu i na czytanie pozostaje mniej czasu.

Napisałam 21 postów, z czego 16 to recenzje książek. 

Poniżej inspiracje, czyli to, co mnie zachwyca:

popcorn.pl
 zszywka.pl



Lara Pizzorno, Zdrowe kości

Postanowiłam na wiosnę nieco doszkolić się z innych dziedzin - czytając można się nie tylko zrelaksować, ale również dowiedzieć wielu różnych ciekawych rzeczy. Jedną z takich dziedzin, o których do tej pory niewiele czytałam, jest zdrowie i to o nim będzie dziś tu mowa.

Wiem, że jest to lektura, którą chciałabym się podzielić z moimi bliskimi i zamierzam to uczynić przy najbliższej nadarzającej się okazji.

Publikacja autorstwa Lary Pizzorno (dyplomowanej masażystki) porusza temat osteoporozy, która obecnie zdaje się być plagą dotykającą coraz większą liczbę ludzi. Autorka dowodzi, że często leki, które powinny pomagać, mogą nam bardzo zaszkodzić. W "Zdrowych kościach" omówione zostały przyczyny powstawania osteoporozy, sposoby jej uniknięcia lub znacznego wyeliminowania. Pizzorno w przystępny sposób omawia wyniki najnowszych badań, dzięki którym zapobieżenie tej chorobie jest możliwe.
Warto nadmienić, że u samej autorki w wieku 50 lat zdiagnozowano kruchość kości - ta książka powstała, by opinia publiczna poznała bardziej naturalne metody walki z chorobą niż zażywanie farmaceutyków (przez panią Pizzorno określanych mianem 'parafarmaceutyków').

W "Pochwałach dla książki" umieszczono kilkanaście pochlebnych opinii o niniejszej publikacji. W wielu z nich podkreślano, że wiadomości są tu zaprezentowane w sposób przystępny, zrozumiały dla każdego. Coś w tym jest, ale nie byłabym sobą, gdybym nie dojrzała jakiegoś mankamentu. Otóż "Część 2" (za chwilę omówię dokładniej podział książki) emanuje nadmiarem naukowych pojęć i nazw leków. Po lekturze tych stron wiem mniej więcej, o czym autorka pisała, ale gdybym miała "przed tablicą" opowiedzieć o tym własnymi słowami - to byłaby kompletna klapa. Podawane nazwy leków dotyczą wyłącznie Ameryki - i choć autorka tłumaczy, dlaczego nie podano nazw odpowiedników polskich - to wyjątkowo mnie to drażniło.

"Zdrowe kości" są podzielone na cztery części: w pierwszej omówione zostały grupy podwyższonego ryzyka zachorowania na osteoporozę, w drugiej - ostrzeżenia przed medycyną konwencjonalną (a konkretnie przed zażywaniem parafarmaceutyków opartych na bifosfonianach) w próbie leczenia kości, w trzeciej - omówione przyczyny (czyli wszystko, co zwiększa ryzyko osteoporozy), a w czwartej - propozycje, co robić, by zachować mocne kości przez całe życie. Druga część najmniej przypadła mi do gustu. Ciągłe powtarzanie naukowych terminów i nazw leków psuło mi przyjemność lektury. Na szczęście z pozostałych części publikacji zapamiętałam więcej, gdyż zdecydowanie lepiej mi się je czytało. Książka opatrzona została wieloma tabelami, z których możemy się dowiedzieć, po jakie produkty warto sięgać, chcąc zapewnić zdrowie swoich kości.

Z niuansów, które mnie zaskoczyły wymienię przynajmniej dwa - do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, w czym zawarta jest spora ilość wapnia (głównego budulca naszej masy kostnej) - oprócz oczywiście przetworów mlecznych. Szokiem było dla mnie to, że przykładowo 1/4 szklanki sezamu zawiera więcej wapnia niż szklanka krowiego 2% mleka. Chyba będę musiała częściej podbierać mężowi sezamki. Druga sprawa - spożywanie między innymi cukrów rafinowanych zakwasza organizm i osłabia nasze kości. Nie wiedziałam, że nasz genom (który od Paleolitu zmienił się zaledwie o 0,01%) przyzwyczajony jedynie do spożywania małych ilości miodu (naturalnego zdrowego "cukru"), nie radzi sobie z tą masą cukrów, jakie mu fundujemy. 

"Szlachetne zdrowie..." - warto pamiętać, że nie będziemy wiecznie młodzi i zdrowi. Warto więc zawczasu "wziąć się za siebie" i skorzystać chociaż z niektórych porad autorki, jak chociażby spożywanie większej ilości zieleniny czy uprawianie jakiegoś sportu.

Nie będę Wam tu ściemniać, że "musicie" przeczytać tę publikację. Nie każdego kręci czytanie o chorobach. Jednak, jeśli macie w rodzinie kogoś, kto z zmaga się z kruchością kości, to możecie podsunąć mu chociażby tytuł tej książki.


***
Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi SZTUKATER oraz Wydawnictwu Vital
***

Ta recenzja bierze udział w wyzwaniach: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (2 cm) oraz Czytamy literaturę amerykańską.