Już sam tytuł jest tak mocny, że nie byłam pewna, czego się spodziewać po wnętrzu tej niepozornej książki. Do tej pory kotłują się we mnie rozmaite emocje i wiem, że na bardzo długo zapamiętam jej treść.
Akceptacja i miłość w rodzinie. Hasła, którymi bombardują nas media, psychologowie czy księża. Nie zdajemy sobie sprawy, co one TAK NAPRAWDĘ oznaczają, jeśli ich nam nie brakuje. Jeśli jednak dziecko w swojej rodzinie, w swoim domu czuje się niekochane i nieakceptowane, to coś jest nie tak...
Właśnie taką sytuację opisuje nam główna bohaterka, Gabriela. W jej domu brakowało ciepłych uczuć, pogłaskania po głowie czy słów: "jestem z ciebie dumna, córeczko/synku". W zamian za to dzieci dostawały wyzwiska, szturchanie, czy nawet bicie i ciągłą krytykę. Ojciec - postać nie tylko despotyczna, ale też agresywna - nie stronił od alkoholu. Matka zresztą również uwielbiała imprezy, stąd dzieci były podrzucane na krócej (lub dłużej, jak w przypadku starszej siostry Gabrieli - Beni) do dziadków. To z ich domu Gabi ma najwięcej dobrych wspomnień. Z własnego - ma ich tylko kilka.
Co mnie ogromnie dziwiło? Ano fakt, że Gabriela wciąż żyła przeszłością. Ciągle ją rozpamiętywała, mimo że swoje życie pokierowała tak, jak chciała. Miała niezwykle kochającego męża, dwóch cudownych synów i czasami sama nie wierzyła, że ma życie jak z bajki. Wciąż czujnie się rozglądała, czekając na jakiś "kopniak" od życia. Była wręcz uzależniona od przeszłości. Demony tamtych lat osaczały ją praktycznie każdego dnia. A telefony od matki długo odchorowywała. Czemu? Bo jej matka w późniejszych latach nadal nie potrafiła się zdobyć na ani jedno dobre słowo, wciąż porównywała życie Gabrieli do życia innych, a czynnikiem najważniejszym w jej ocenie była sytuacja materialna. Wciąż krytykowana (a to za dziwne umeblowanie a to ogólnie za wyprowadzkę na wieś) kobieta z coraz większą niechęcią dzwoniła do matki. Dopiero po latach dowiedziała się, co jej "dolega". To pani psycholog otworzyła jej oczy.

